W XIV w. wartość złota na świecie spadła nagle o 25%. Wstrząs spowodował malijski król Mansa Musa I, który między 1324 a 1325 r. pielgrzymował do Mekki. Po drodze zatrzymał się w Egipcie, gdzie zostawił tyle złota, że ceny kruszcu wróciły do poprzedniego poziomu dopiero 10 lat później. Władcy towarzyszyło 60 tys. osób, orszak miał się ciągnąć przez 1400 km, a wydarzenie opisywało kilku ówczesnych kronikarzy. Wizerunek króla znalazł się w katalońskiej mapie żeglugi sporządzonej w 1375 r. dla Piotra IV Aragońskiego, władcy Korony Aragonii rozciągającej się między Walencją a Sycylią. Manuskrypt wykonali majorkańscy kartografowie – Abraham Cresques i jego syn Jehuda. Na miniaturze widać mężczyznę, który w rękach trzyma kulę i berło, a na głowie ma koronę. Zdobione złotem w płatkach, podkreślają skórę zaznaczoną czarnym kolorem.
Johannes Gutenberg użyje ruchomej czcionki w poł. XV w., Krzysztof Kolumb dopłynie do Karaibów w 1492 r., a Portugalczycy i Hiszpanie rozpoczną transatlantycki proceder handlu Afrykanami kilkanaście lat później. Trudno sobie dziś wyobrazić tamten odległy świat. Wydaje się równie obcy co linie brzegowe na mapie majorkańskich kartografów. A przecież starali się jak najlepiej pokazać te same kontynenty co dziś. Pewnie równie trudno jest spojrzeć na Afrykę inaczej niż za pośrednictwem obrazów latami utrwalanych przez kolonialną literaturę, filmowe adaptacje czy akcje niosące pomoc humanitarną w różnych regionach świata dotkniętych głodem. Afryka jest obklejona stereotypami, z którymi na różne sposoby rozprawiają się autorzy książek od pewnego czasu dostępnych w polskich przekładach.
Wszystkie żony Henryka VIII
Historia o Mansie Musie I pojawia się w Afryce. Opowieści o wszystkich krajach kontynentu Astrid Madimby i Chinny Ukaty przetłumaczonej przez Pawła Szadkowskiego i opublikowanej w październiku 2024 r. oraz w Afrykańskiej historii Afryki. Od narodzin człowieka do niepodległych państw Zeinab Badawi w przekładzie Agnieszki Sobolewskiej, która wyszła w maju 2025 r. Obie publikacje są kontynuacją wcześniejszych projektów medialnych autorek. Madimba i Ukata niedługo przed pandemią zaczęły tworzyć podcast It’s a continent przedstawiający różne fragmenty afrykańskiej historii. Program doczekał się pięciu sezonów. Książkę rozpoczyna Glosariusz, w którym tłumaczą pojęcia takie jak despota, dożywotni prezydent czy „osoba zniewolona” i wyjaśniają, że: „Termin »niewolnik« odbiera człowieczeństwo”. Praca jest zbiorem historycznych ciekawostek w formie krótszych i dłuższych tekstów ułożonych regionami Afryki. Czasami pojawiają się w nich zjadliwe wtrącenia zaznaczone kursywą, jak gdyby autorki obawiały się, że czytający mogą źle zrozumieć ironię.
Zeinab Badawi, wieloletnia i niezwykle rozpoznawalna dziennikarka newsowa BBC, również napisała swoją książkę na bazie innego formatu. Wcześniej razem z brytyjską stacją telewizyjną nakręciła imponujący 16-odcinkowy serial dokumentalny History of Africa with Zeinab Badawi. Afrykańska historia Afryki jest książkowym przetworzeniem materiału zebranego w czasie pracy nad tym projektem. Dzieli się na 17 rozdziałów i w myśl pierwszych słów autorki ze wstępu o tym, że: „Wszyscy ludzie pochodzą z Afryki, więc ta książka jest dla wszystkich”, rozpoczyna się historią początków naszego gatunku.
Wcześniej, w lutym 2024 r., do polskich czytelników trafiła książka Dipo Faloyina Afryka to nie państwo. Pora przełamać stereotypy w przekładzie Wojciecha Charchalisa, która na tle pozostałych wyróżnia się formą rzutkiego eseju i wartkim stylem autora. To, że wszystkie trzy książki zostały napisane przez osoby pochodzenia afrykańskiego, które sporą lub przeważającą część swojego życia spędziły w Wielkiej Brytanii, wydaje się znaczące. Gdy w 2024 r. rozmawialiśmy z Faloyinem przy okazji tekstu zamówionego przez „Mint Magazine”, autor podkreślał, że: „Wielka Brytania przeważnie unika nauczania o realiach kolonializmu. Imperium Brytyjskie i jego kluczowe figury wciąż są gloryfikowane. To największe wyzwanie: odsuwanie brytyjskiej mentalności od mitów, na których wychowało się zbyt wielu ludzi, i konfrontowanie z brutalnymi realiami tego, co naprawdę oznaczał kolonializm”. W podobnym tonie piszą we wstępie autorki Afryki, podkreślając, że do tworzenia podcastu popchnęły je właśnie lekcje odebrane w brytyjskich szkołach. „Do dziś potrafię wymienić wszystkie żony Henryka VIII, ale nie mam zielonego pojęcia, ile miał ich Mobutu [Sese Seko, prezydent Zairu – przyp. red.]” – stwierdza Madimba.
Historia Europejczyków w Afryce
Oksfordzki historyk Hugh Trevor-Roper urodził się właśnie tam, w imperium, nad którym nigdy nie zachodziło słońce, mniej więcej pół roku przed wybuchem I wojny światowej. Europejskie zmagania trwały także na kontynencie afrykańskim, gdzie Brytyjczycy wcielali Nigeryjczyków do swoich wojsk walczących z Niemcami, którzy robili to samo z Kameruńczykami. Kolonialny porządek organizujący europejskie sposoby myślenia o tym, kto i gdzie ma władzę, zaczął kruszeć dopiero po II wojnie światowej, gdy Trevor-Roper był już po trzydziestce. W 1960 r. 17 państw Afryki ogłosiło swoją niepodległość.
Pięć lat później Trevor-Roper opublikował książkę The Rise of Christian Europe, którą rozpoczął od obserwacji, że dewaluowanie historii Europy stało się modne, a młodzi studenci uwiedzeni przez dziennikarskie trendy domagają się nauczania „czarnej Afryki”.
We wstępie przekonywał, że być może kiedyś pojawi się jakaś godna nauczania afrykańska historia, lecz jak na razie: „Jest tylko historia Europejczyków w Afryce. Reszta to w dużej mierze ciemność tak jak historia preeuropejskiej, prekolumbijskiej Ameryki. A ciemność nie jest przedmiotem historii”. Gdy książka wyszła w 1965 r., na kontynencie afrykańskim znajdowało się już 27 niepodległych państw. Dziś jest ich 54 (i jedno terytorium sporne).
Słowa Trevora-Ropera odbijają to, co Hegel głosił podczas wykładów z filozofii dziejów w latach 30. XIX w., portretując Afrykę jako kontynent bez historii i ducha, a więc bez cywilizacji. Jako miejsce zamieszkane przez ludzi pozbawionych zdolności myślenia w kategoriach uniwersalizmów, przez czarnych, którzy nie rozwinęli idei Boga czy prawa. Hegel dołożył tylko niewielką cegiełkę do oświeceniowej hierarchii kultur, która według David Graebera i Davida Wengrowa sięga XVIII-wiecznej obrony europejskiego stylu życia krytykowanego przez przedstawicieli Pierwszych Narodów Ameryki Północnej, zanim niemal całkowicie je wytępiono. Według autorów książki Narodziny wszystkiego. Nowa historia ludzkości to w tamtym spotkaniu cywilizacji wyznających odmienne wartości tkwią źródła mitów o „dzikusach”. Hierarchiczna wizja świata, obudowana koncepcją ras, stała się wygodną osłoną europejskiego wyścigu o Afrykę. Z czasem wrosła w zachodnią humanistykę tak głęboko, że zaczęła być wszechobecnym myślowym rusztowaniem przesądzającym o znaczeniu czarnego ciała.
Faloyin urodził się w Chicago, dorastał w Lagosie, obecnie mieszka w Londynie. Chinny Ukata urodziła się w nigeryjskiej rodzinie w Wielkiej Brytanii, Astrid Madimba przyszła na świat w Demokratycznej Republice Konga, lecz – podobnie jak współautorka książki – dorastała w Zjednoczonym Królestwie. Zeinab Badawi pochodzi z Sudanu, ale jej rodzina przeniosła się do Londynu, gdy miała rok. Dziennikarka BBC (66 lat) jest o pokolenie starsza od Faloyina oraz Ukaty i Madimby, jednak ich publikacje łączy potrzeba rewizji powszechnej wiedzy o kontynencie, z którego się wywodzą. To próba odzyskania swojego pochodzenia poprzez pokazanie, że istnieje historia Afryki bez Europejczyków, i wcale nie jest opowieścią o braku cywilizacji, lecz o świecie innych układów społecznych i wartości. W książce Badawi temat niewolenia i transatlantyckiego handlu Afrykanami pojawia się dopiero w 14. rozdziale, a proporcje podkreślają znaczenie długiej afrykańskiej historii w innych kontekstach.
Tożsamościowe odzyskiwanie przeszłości
Faloyin, którego reporterski esej nie sięga w przeszłość tak daleko jak książki Badawi oraz Madimby i Ukaty, zaczyna od stwierdzenia: „Tożsamości kształtują się w specyficzny sposób”, i wciąga czytelnika w barwny i zabawny opis swojej nigeryjskiej rodziny, która sprawiła, że stał się tym, kim jest. Choć moja biografia jest inna niż wspomnianych autorów – urodziłam się w polskiej rodzinie, mój ojciec pochodzi z Ghany, lecz dorastałam z daleka od jego bliskich – to rozumiem źródła potrzeby odzyskania prawdziwej historii Afryki. Polskie relacje z kontynentem na przestrzeni dziejów były inne i w dużej mierze przefiltrowane przez nasze kompleksy wobec Zachodu, co opisałam w książce Jak biały człowiek. Opowieść o Polakach i innych opublikowanej kilka miesięcy po polskiej premierze Faloyina. Zaczęłam ją od zdania: „Kwestia pochodzenia jest istotna”. Od tamtej pory na różne sposoby przyglądam się polsko-afrykańskim splotom historii, jakbym gdzieś w tych cudzych opowieściach miała odnaleźć własną. Ten proces biegnie w cieniu pojęcia tożsamości, rozumianej jako samoidentyfikacja, którego znaczenie wzrosło w ostatniej dekadzie.
Wyznacznikiem europejskiej nowoczesności stało się m.in. dążenie do tworzenia państw narodowych. Koncepcja narodu miała łączyć ze sobą ludzi, których dzielił rodzaj i prestiż wykonywanej pracy oraz sutość zastawionego stołu. Dawała przyrzeczenie wspólnoty i siły.
Postępująca od kilku dekad globalizacja migracji utorowała drogę diasporom. Wspólnoty tworzą się inaczej, a stare obietnice potrzebują nowych dekoracji. Zjawisko wykracza poza diaspory – tożsamości kształtują się także wokół identyfikacji płciowej, seksualnej czy stylów życia, które w społeczeństwie późnego kapitalizmu stają się istotnymi wyznacznikami wspólnoty. Czas pokaże, które z nich okażą się napędem długofalowych zmian społecznych. Jak pisał wspomniany niemiecki filozof – sowa Minerwy wylatuje dopiero o zmierzchu.
Gdy o Afryce piszą czarne osoby, których biografie są splecione z Europą, ich narracja siłą rzeczy wchodzi w pole tożsamościowych sporów ideologicznych współczesności. Pisanie historii Afryki jest aktem politycznym, bo za każdą taką publikacją stoi szereg postulatów o wywrócenie zachodniocentrycznego porządku świata. Wezwania te biorą na swoje sztandary zwolennicy kulturowego progresywizmu, często utożsamianego ze światopoglądem lewicy, a kwestionują piewcy prawicowej rewolucji kulturowej, którzy w potrzebie rewizji przeszłości dostrzegają siłę, jaka zdemontuje trwający porządek rzeczywistości.
Drugie dno dekolonizacji
Kamerun, Togo, Federacja Mali, Madagaskar, Dahomej (od 1975 r. Benin), Niger, Górna Wolta (Burkina Faso od 1984 r.), Wybrzeże Kości Słoniowej, Czad, Republika Środkowej Afryki, Kongo (Brazzaville), Gabon, Mauretania, Somalia, Nigeria, Republika Ghany, Republika Kongo. 17 państw, które ogłosiło niepodległość we wspomnianym Roku Afryki 65 lat temu. Czy to dawno? Z perspektywy rozpędzonej technologicznie współczesności tamten świat może wydawać się niemal równie odległy jak ten utrwalony przez majorkańskich kartografów na kartach Atlasu Katalońskiego. Jednak jeśli pomyśleć o tym, ile stuleci trwało wykuwanie europejskiego postrzegania Afryki jako kontynentu bez historii i cywilizacji, wydaje się, że proces dekolonizacji zajmie co najmniej tyle samo.
Jeśli na sprawy spojrzeć powierzchownie, dekolonizacja oznacza po prostu pozbycie się kolonizatorów. Idea tyle prosta, ile przez dekady nieosiągalna.
Dlaczego? Z wielu powodów. Jak pisze Faloyin: „Mapa była wielka i po prostu zła”. Chodzi o mapę Afryki, której „rysunek opierał się w głównej mierze na sprawozdaniach z przygód na wybrzeżu tego regionu, gdzie ludzie byli ważeni, skuwani, a później uprowadzani w niewolę; na historiach o wielkich zbiornikach wodnych; na opowieściach o ziemiach, gdzie słońce nie przypieka zbyt mocno i gdzie lokalne choroby uważano za dość lekkie, bowiem biały człowiek nie zawsze umierał w ciągu dziesięciu godzin od postawienia stopy na twardym lądzie”. Na jej podstawie 14 listopada 1884 r. przedstawiciele europejskich mocarstw podzielili między sobą kontynent w berlińskiej rezydencji kanclerza Bismarcka, wytyczając granice kolonii od linijki. Z perspektywy Polaków ówczesna mapa Europy również była nie najlepsza, bo od 89 lat nie mieli na niej swojego państwa. Ten właśnie argument bardzo często pojawia się w kontekście postulatów, by rozpocząć dekolonizację polskiego myślenia o Afryce, zaszytego w kulturze i historiografii. Ich krytycy powątpiewają: niby z czego miałoby się dekolonizować społeczeństwo, które w okresie wyścigu o Afrykę samo było skolonizowane, później zbyt słabe, by międzywojenne kolonialne ambicje doprowadzić do końca, a następnie wciągnięte w orbitę socjalistycznego postkolonializmu i zimnowojennej walki o wpływy?
Takie komentarze pojawiły się niedawno, gdy Państwowe Muzeum Etnograficzne (PME) w Warszawie w 2025 r. postawiło na szeroki program wystaw i zajęć edukacyjnych związanych z Afryką i postulatem dekolonizacji muzealnych zbiorów. Pod hasłem „Wbrew stereotypom” otwarto wystawę Afrotopie przygotowaną przez międzynarodowy zespół kuratorski (Amy Njeri Muhoro, Malaikę Nabilę i Witka Orskiego). Projekt prezentujący współczesne prace fotograficzne autorstwa osób z regionu Afryki Wschodniej i Zachodniej powstał w 2024 r. jako część Miesiąca Fotografii w Krakowie, później zyskał stronę internetową, na którą napisałam kilka tekstów o polsko-afrykańskich relacjach w okresie PRL-u. PME również poprosiło mnie o przygotowanie krótkiego tekstu, który można przeczytać, przyglądając się zamkniętemu w szklanej gablocie ceremonialnemu kostiumowi ludu Kuba z Demokratycznej Republiki Konga. Kontrowersje wzbudziła dopiero autokrytyczna wystawa pod nazwą Wybielanie przygotowana przez dyrektorkę Magdalenę Wróblewską i Witka Orskiego. Niewielka i elegancka ekspozycja jest próbą wpisania działalności polskich podróżników z okresu zaborów w szerszy kontekst aspirowania do zachodniego imperializmu oraz spojrzenia na historię kolekcji z uwzględnieniem bieżącego kontekstu politycznego. Kuratorzy starali się pokazać, że przedstawiciele polskich elit, choć nie kolonizowali Afryki bezpośrednio, nierzadko uczestniczyli w europejskim projekcie kolonialnym, podzielając kulturę przesiąkniętą poczuciem cywilizacyjnej wyższości wobec Afrykanów. W roku prezydenckiej kampanii wyborczej wystawa przyciągnęła uwagę mediów, gdy Krzysztof Stanowski, jeden z kandydatów, przedstawił ekspozycję jako próbę obciążania Polaków cudzymi grzechami. W lipcu 2025 r. post opublikowany na portalu X miał ponad 474 tys. wyświetleń.
Drugie dno projektu dekolonialnego leży bardzo głęboko i rodzi postulaty tyle ambitne, ile trudne do zrealizowania. Sugeruje konieczność rewizji wielu obszarów rzeczywistości zorganizowanych według zachodniego sposób myślenia o cywilizacyjnej hierarchii.
Także w społeczeństwach, które jak polskie nie mają za sobą historii handlu Afrykanami czy zamorskiej kolonizacji, lecz ich kultura poprzez bezpośrednie połączenie z europejską przez setki lat była budowana na poczuciu wyższości. Cały współczesny świat – począwszy od większości systemów prawnych, poprzez myślenie o gospodarce, po organizację życia politycznego – w dużej mierze opiera się na zachodnim modelu kulturowym, którego istotne elementy kształtowały się w epoce oświecenia. To z niego wywodzą się międzynarodowe systemy akademickie i polityczne, ich instytucje oraz formy komunikacji. Podobnie cała współczesna technologia i chociażby architektura. Mimo że na fali szukania odpowiedzi na postępującą katastrofę ekologiczną coraz więcej uwagi poświęca się tradycyjnym, regionalnym materiałom budowlanym, to przez dekady uznawano je po prostu za zacofane i gorsze, uniwersalizując rozwiązania wytworzone w północno-zachodnim kontekście geograficznym i klimatycznym. Kolonialne skutki są tak rozległe, że i Afrykanie miewają wątpliwości, do jakiego stopnia głęboka dekolonizacja jest możliwa. Zjawisko świetnie uchwyciła francusko-senegalska reżyserka Mati Diop w filmie dokumentalnym Dahomej, nagrywając studencką dyskusję o dahomejskich figurach, zwróconych przez francuskie muzeum ich benińskim właścicielom. Młodzi ludzie zastanawiają się, w jaki sposób na jej formę i treść wpływa to, że niektóre kwestie mogą określić, korzystając tylko z francuskiego, który na dekady wyparł z oficjalnego obiegu ich rodzime języki.
Anglosaski znak jakości
Dzięki wspomnianym kontrowersjom temat dekolonizacji na chwilę znalazł się w polskim centrum politycznych komentarzy. Zazwyczaj jednak pozostaje w cieniu dyskusji o europejskich i polskich postawach wobec przedostawania się migrantów do strefy Schengen przez zieloną granicę, podczas których rykoszetem często obrywają wszelkie niebiałe osoby. W tym kontekście byłam ciekawa, jak książki Faloyina, Badawi oraz Ukaty i Madimby przyjęli polscy czytelnicy.
„Poszukiwaliśmy przekrojowej, reportażowej książki o Afryce. Afryka to nie państwo miała wszystko, czego szukamy dla naszych czytelników: była narracyjnie sprawnie poprowadzona, zawierała krótki rys historii i polityki, obalała stereotypy obecne w cywilizacji zachodniej, otwierała oczy na wiele spraw i kontekstów, które na co dzień umykają ze względu na nasze myślowe i kulturowe przyzwyczajenia, zawierała wiele współczesnym odniesień do faktów znanych z mediów i z popkultury” – odpowiada Andrzej Stańczyk z redakcji Wydawnictwa Literackiego. Tomasz Gregorczyk z działu marketingu podkreśla, że publikacja została świetnie przyjęta i doczekała się dodruków.
Rafał Czech z Wydawnictwa Otwartego pisze, że książka Zeinab Badawi to kolejny tytuł w ich portfolio wydawniczym, który dotyka tematów związanych z Afryką, lecz pierwszy, który okazał się wydawniczym sukcesem. Podkreśla, że w ciągu niecałych dwóch miesięcy sprzedało się 2500 egzemplarzy, a książka przez kilka tygodni była najczęściej kupowaną książką historyczną Empiku. Wcześniej w imprincie Szczeliny ukazała się książka Johny’ego Pittsa Afropejczycy, reportaż z podróży napisany przez autora o brytyjsko-amerykańskim pochodzeniu, który przygląda się tytułowym Afropejczykom w różnych państwach naszego kontynentu. W 2023 r. poproszono mnie o kilka zdań na okładkę polskiego wydania. Rok później Szczeliny wypuściły reportaż Trzymaj się z dala, kochanie. Opowieść o miłości w Afryce Wschodniej autorstwa Konrada Piskały. Zdaniem Czecha te dwie książki cieszyły się mniejszym zainteresowaniem czytelników.
Sama nie jestem pewna, czy Afrykańska historia Afryki Zeinab Badawi jest szczególnie przystępna. To cegła w twardej oprawie, ponad 500 stron historycznego opisu poświęconego w dużej mierze bardzo odległym wydarzeniom, gdzie epickość nierzadko ustępuje gęstej faktografii. Spekulowałabym, że za sukcesem sprzedażowym książki stoi raczej okładka. W anglojęzycznym oryginale wydanym przez Penguin Books książkę zdobi owalna grafika z kolorowych geometrycznych wzorów luźno nawiązująca do kolorów Afryki i tradycyjnych motywów dekoracyjnych, jednak w polskim wydaniu na okładce projektu Moniki Drobnik-Słocińskiej znalazła się powiększona fotografia maski z bazy zdjęć. Z ciekawości zajrzałam do Adobe Stock i znalazłam podobiznę podpisaną „afrykańska”. Myślę, że opakowanie historii Afryki napisanej wbrew obowiązującym stereotypom w jedno z najbardziej rozpowszechnionych skojarzeń z kontynentem okazało się skuteczną strategią. W górnej części okładki dodano nagłówek: „Bestseller »Sunday Timesa«“, i hasła: „Ponad 50 000 egzemplarzy sprzedanych w Wielkiej Brytanii” oraz „Książka w finale prestiżowego wyróżnienia Nero Book Awards”. Podobny chwyt zastosowało Wydawnictwo Literackie, które na froncie książki Dipo Faloyina Afryka to nie państwo umieściło trzy cytaty z „Publishers Weekly”, „New York Timesa” i „Kirkus Reviews”. Na tym tle Afryka Chinny Ukaty i Astrid Madimby wydana przez Copernicus Press wypada skromnie, choć może to być tylko wrażenie – redakcja nie zdążyła nadesłać odpowiedzi na moje pytania przed zakończeniem pracy nad artykułem.
Jak twierdzi Małgorzata Szczurek, redaktorka Karakteru, najtrudniej zainteresować polskich czytelników literaturą piękną autorów afrykańskich i karaibskich. Krakowskie wydawnictwo, które chętnie wydaje autorów poruszających zagadnienia rasizmu i czarności, w 2008 r. rozpoczęło swoją działalność od przekładu powieści Kielonek napisanej przez kongijskiego pisarza Alaina Mabanckou. Z perspektywy Szczurek o wiele większym powodzeniem cieszy się literatura faktu; redaktorka podkreśla, że dużym sukcesem było Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry? Brytyjki Reni Eddo-Lodge. Po ambitne książki kameruńskiego filozofa Achillego Mbembego, a ostatnio także antylskiego myśliciela Franza Fanona chętnie sięgają akademicy, intelektualiści zainteresowani postulatami dekolonizacji – głównie młodzi i bardzo młodzi ludzie. Swoją drogą to właśnie w tym ostatnim, wówczas dostępnym tylko we francuskim oryginale, zaczytywał się Ryszard Kapuściński podczas pracy nad swoją debiutancką książką Gdyby cała Afryka opowiadającą o afrykańskim karnawale niepodległości u progu lat 60.
O książki Faloyina, Badawi oraz Madimby i Ukaty zagadnęłam także Christiana Kobluka, autora zbioru esejów Zapiski czarnego Polaka wydanego przez Instytut Wydawniczy Książka i Prasa w 2022 r. Jego zdaniem to globalne protesty ruchu Black Lives Matter po zabójstwie czarnego Amerykanina George’a Floyda w 2020 r. utorowały drogę do polskiego zainteresowania tematyką afrykańską. Kobluk, który zajmował się prawami uchodźców w biurze poselskim Tomasza Aniśki, dodaje, że zarówno światowy kryzys migracyjny, jak i ludobójstwo w Gazie sprawiły, że część osób stara się lepiej zrozumieć rozległe skutki wielowiekowej polityki kolonialnej, a przy okazji poszerzyć nikłą wiedzę o kontynencie afrykańskim.
Lokalna popularność książek afrykańskich autorów, których biografie pozostają mocno splecione z Wielką Brytanią, wydaje mi się ciekawym przyczynkiem do namysłu nad zachodnim imperializmem kulturowym i naszym polskim aspiracyjnym spoglądaniem w kierunku Zachodu. We wszechobecnym Empiku to właśnie anglosaski znak jakości okazuje się najlepszą zachętą do sięgnięcia po książki, nawet te wyrastające z chęci posprzątania tego, co pozostawiło po sobie imperium, nad którym nigdy nie zachodziło słońce.