Kiedy myślałam o tym, dlaczego moda na minimalizm i ograniczanie się zdaje się dziś słabnąć, a my znów rozbestwiamy się w nieskrępowanej konsumpcji, jako pierwsza przyszła mi do głowy The Tale Meredith Monk. Jedna z interpretacji tego utworu nowojorskiej artystki (od lat 60. tworzącej interdyscyplinarne dzieła, które łączą w sobie muzykę, taniec, teatr, film i performance) mówi, że to rozmowa starej kobiety ze śmiercią. Monk, wcielając się w staruszkę, wylicza Kostusze, dlaczego ta nie może jej zabrać ze sobą: „I still have my hands. / I still have my mind. / I still have my money. / I still have my telephone… / hello, hellooo, hellooooo? / I still have my memory. / I still have my gold ring… / beautiful, I love it, I love it!” To, co zwraca moją uwagę, to użycie słówka have, czyli „posiadać”, jako argumentu za pozostawieniem narratorki przy życiu. I choć wylicza byty zarówno niematerialne, jak i materialne, to wszystkie one – rzeczy posiadane – mają w jakiś sposób chronić nas przed smutnym końcem, trzymać przy materialności i istnieniu.
Może w tym utworze mieści się jakaś uniwersalna zasada, którą aż boję się zapisać, bo jest tak ultraprosta? Że wchodząc w posiadanie, otaczając się przedmiotami i osobami, kupując i jedząc – czujemy, że żyjemy i po prostu unikamy memento mori? To w końcu w celach mnisich – ideałach minimalizmu, które pewnie pokochałaby Marie Kondo (choć wątpię, by dawały jej one osławiony spark of joy) albo modni japońscy architekci wnętrz, z Masato Igarashim z IGArchitects na czele – powtarza się tę maksymę. Idąc dalej: czy to nie widmo śmierci – tak samo jak wojny, głodu, pandemii, niedołężności czy starości – doprowadza do karnawału, rozpasania, czasu zawieszenia praw i nasycania się życiem, tańcem, transem, muzyką, seksem i jedzeniem? A na pewno kupowania wszystkiego, co nasze starzenie się i rozpadanie lub nieuniknioną niedoskonałość miałoby ukryć. Rozpoznaję – choć widzę ten mechanizm i szczerze go nie lubię – że ja sama postępuje właśnie tak: za każdym razem gdy poziom estrogenu spada, za oknem plucha, a ja czuję się brzydka lub dopada mnie poczucie schyłku – zaczynam krążyć w odmętach Vinted, usprawiedliwiając się tym, że kupuję z drugiej ręki, więc „ratuję planetę”. Zakupami strojów, w których będzie przecież mi lepiej, raźniej, piękniej i szczęśliwiej, kompensuję okropności świata i moje własne poczucie niewystarczania w jego obliczu.
Moje przygody z rzeczami
Sama jestem klasycznym paradoksem – choć właściwie z nich ostatnio składa się nasza kultura i świat. Otóż jestem nadmiarem, będąc jednocześnie ograniczoną. Jestem kochającą kolor, wzory i faktury królową stylu camp: z mieszkania do mieszkania przewożę kiczowate bibeloty, do których jestem przywiązana, np. tęczową papugę z końca XIX w. czy sycylijską głowę Maura. W moim kredensie znajdziecie kryształy i zastawę po dziadkach i jest tego, tak jak ubrań w szafach i kosmetyków w łazience, dużo. A jednocześnie nie umiem kupić sobie mieszkania, bo w mojej głowie ciągle nie wiem, gdzie chcę mieszkać. Pracuję między dwoma (czasem trzema) miastami i kocham podróżować, więc ciągle przemieszczam się z walizkami i torbami. Kiedy obrastam w rzeczy, na oko obliczam: czy ta ilość przedmiotów zmieści się do jednego forda transita, tak żeby można było się przemieścić, po czym robię wystawkę, wysyłam rzeczy do fundacji lub upycham je u rodziców w pawlaczach.
W domu moich rodziców, zwłaszcza wokół kolekcji książek, toczy się wieczny spór: ojciec z genem zbieracza i instynktem łowcy od zawsze znosi do domu książki i gazety, przy czym w dużej mierze uprawia tsundoku – to japońskie słowo oznacza „stos rzeczy do czytania” i opisuje zjawisko kupowania książek, a następnie układania ich w stertach przy łóżku czy na meblach. Co ciekawe – nie ma oceniającego, negatywnego zabarwienia. Owo gromadzenie jest raczej dla Japończyków, tylko pozornie kochających minimalizm – jak Hirayama, bohater filmu Perfect Days Wima Wendersa – zrozumiałym źródłem radości. Tyle że nie dla mojej matki, bo ta – w przeciwieństwie do ojca – wszystko czyta, ale też trzyma pieczę (często odgrażając się, że z tym tsundoku zwariuje, i wywożąc do bibliotek nadmiary foliałów, np. mapy żeglarskie, które pojawiają się u nas z niezrozumiałych powodów, bo nikt z rodziny nigdy nie postawił nogi na łodzi) nad nieskrępowanym gromadzeniem ojcowym i domem, w którym książki zalegają nawet w piwnicy. To zresztą tam mieści się pokaźna część mojego księgozbioru, jego jądro, którego nie chciało mi się wnosić po schodach kolejnego wynajętego w Londynie, Nowym Jorku, Warszawie, Krakowie mieszkania. Żeby nie było, w każdym z nich pojawiła się jako kolejna warstwa „dostawka” – bo książki meblują mi i życie, i głowę. Po prostu łaknę świata jako obfitości myśli, przygód i życia. Życie powieściowych bohaterów trzyma mnie przy moim.
W innych dziedzinach życia potrafię się już ograniczyć – z wiekiem stałam się wyznawczynią filozofii no waste, której nauczyli mnie kucharze, ze świetnym filozofem kuchni Aleksandrem Baronem na czele (po upieczeniu kaczki kości wygotowuje się na rosół, a tłuszcz zlewa do słoiczków, nać z rzodkiewki przerabia na pesto). Naprawiam – choć to aktualnie kompletnie nieopłacalne – sprzęty, kupuję większość rzeczy w drugim obiegu, nigdy nic nie nabyłam na platformie Temu. Nie mam poduszek z Homli osobnych na Halloween i Boże Narodzenie. Jako osoba urodzona w deficycie lat 80. przeżywam szok za każdym razem, kiedy wchodzę do supermarketu („Boże, tu jest wszystko!” czyli – dla mojej neuroatypowej tożsamości – za dużo wszystkiego). Mieszkam w Krakowie, więc jeżdżę komunikacją miejską i pociągami, głosuję za partiami, które wedle mnie proponują zrównoważony rozwój. Książki jednak moje zrównoważenie kompletnie rujnują.
Pojemniki jak zęby od ortodonty
Pewnie dlatego czuję elitarystyczne powinowactwo duchowe z Beccą Rothfeld – amerykańską krytyczką literacką, eseistką i felietonistką, autorką zbioru Wszystko zbyt małe. Eseje ku chwale nadmiaru. W drugim rozdziale swojego tomiku krytyczka rozprawia się z Marie Kondo – guru minimalizmu, autorką kultowej Magii sprzątania. Rothfeld – nie bez zjadliwości – opisuje zmagania Japonki z odchudzaniem biblioteczki: Kondo najpierw odrzuciła część tytułów, potem doszła do tego, że książki to papier, a liczy się przecież informacja zawarta na ich stronach, jeszcze potem zdała sobie sprawę, że tak naprawdę ważne w książkach są przecież fragmenty – pojedyncze zdania, które ją inspirują. Które to postanowiła przepisać do zeszycika – a same książki wyrzucić. Aż w końcu w ramach poszukiwań idealnego sposobu porządkowania i declutter, odgracania, wydarła wszystkie strony, które dawały jej wspomnianą już „iskrę radości”, czyli japońskie tokimeku – i umieściła je w segregatorze w plastikowych koszulkach.
Rothfeld rozprawia się też z innymi autorami podręczników o sprzątaniu i minimalizmie, których przez lata namnożyło się tyle, że mają nawet osobną półkę w księgarniach i bibliotekach. „Dom, jaki nieodmiennie stawiają na piedestał wszystkie podręczniki porządkowania, to zawsze to samo wnętrze, wręcz hotelowe w charakterze, nieskalane choćby śladem indywidualnej osobowości. Jest zatem wylizany stylistycznie i wierny geometrii, cały w palecie stonowanych beżów i szarości. Sprzęty są w tych wnętrzach geometryczne, pozbawione ozdób, a każdy mebel to właściwie tylko surowy szkielet samego siebie. Spiżarka okazuje się szachownicą doskonale pasujących do siebie pojemników, stojących w szyku precyzyjnym jak szeregi zębów prosto od ortodonty. Na kuchennych blatach nie znajdziemy tu choćby okruszka, nikt też nie wywalił fury drobiazgów na stolik przy kanapie, a po podłodze w sypialni nie walają się brudne skarpetki. Udało się więc zatrzeć ślad, że ktoś tu właściwie mieszka – a na pewno jakikolwiek ślad ludzkiego ciała, z którego, jak wiadomo, nieustannie coś paskudnie wycieka albo od niego odpada. Mistrzowski ład niesie nam wizję domu, w którym nikt się nie gzi w pościeli, nikt nie sra w łazienkach, słowem: ideał domu oczyszczonego z żywych mieszkańców” (tłum. P. Siemion) – pisze Rothfeld.
Amerykańska autorka śledzi też początki minimalistycznej mody. „Możemy ulec złudzeniu, iż mania uładzania świata wyskoczyła nagle znikąd w okolicach roku 2007. (…) Faktycznie jednak mania sprzątactwa miała wiele poprzedniczek, choć w Ameryce znienacka się stała wszechobecna dopiero w dobie załamania gospodarczego w pierwszej dekadzie tego wieku” – pisze Rothfeld. Eseistka przywołuje postać Duane’a Elgina – mówcy, propagatora idei i orędownika tego, co sam nazwał „dobrowolną prostotą”. Elgin dużo pisał (w niewydanych w Polsce książkach, m.in. bestsellerze Voluntary Simplicity) i mówił o wspólnocie, która „może tchnąć nowe życie w naszą cywilizację”. Inaczej niż kontynuatorzy jego myśli z lat 2000., którzy z minimalizmu uczynili przede wszystkim indywidualistyczny lifestyle. Po Marie Kondo i jej wspomnianej już Magii sprzątania z 2014 r. pojawili się liczni naśladowcy, wydawane również w Polsce książki, takie jak: Esencjalista. Mniej, ale lepiej, Pożegnanie z nadmiarem czy Wielkie porządki w domu, umyśle i duszy, podkasty i filmy na YouTubie. Google Trends podpowiada, że pojęcie minimalizmu przeżyło szczyt swojej globalnej popularności w 2017 r. Dziś zyskuje ono średnio trzy razy mniej wyszukiwań niż wtedy. Podobnie zresztą przebiegła nieco późniejsza kariera terminu zero waste (oczywiście dla porządku warto dodać, że nie są to tożsame trendy: minimalizm skupia się na posiadaniu mniejszej liczby rzeczy, a zero waste na tym, żeby ich mniej wyrzucać – a często rytuałem przejścia dla minimalisty, jak w przypadku Marie Kondo, jest właśnie opróżnienie szafy).
O tym, co stało się ze światem, który przez ostatnie dekady porządkowaliśmy, świadczy przemiana samej Kondo – aktualnie świetnie prosperującej businesswoman, która nagle, po urodzeniu dzieci, odkryła, że prawdziwym życiem rządzi jednak bałagan, i mówi, że „odpuściła” porządek, nie odpuszczając jednak pomnażania majątku. Część influencerek również dostrzegła, że radykalne samoograniczenie uniemożliwia zarabianie – np. sprzedaż produktów – i spuściły z ascetycznego tonu.
O tym, że świat znów chce więcej, świadczą również modowe i wnętrzarskie trendy, które mój przyjaciel, specjalista od trendów i user experience Wojtek Skulski określa, korzystając z nazwy oscarowego filmu, mianem „wszystko, wszędzie, naraz”.
Według niego zmniejsza się oddziaływanie minimalizmu w wersji rygorystycznej, ascetycznej i kartonowo-betonowej. Spadek nie byłby problemem, gdyby prowadził do jakiegoś środka. Problemem jest jednak to, że nastąpił backlash. Ograniczanie się, uważność i bycie slow zastępuje wszechobecne już błyskawiczne podbijanie spadającej dopaminy sponsorowane przez nowe zasady i narzędzia rozhulanego rynku. Ma być jeszcze bardziej sezonowo, jeszcze bardziej na wyciągnięcie ręki, na jedno kliknięcie i jeśli trzeba, to na kredyt. Media społecznościowe, które zamieniły się w witryny reklamowo-sprzedażowe, proponują po 600 marek tego samego produktu, a napędzane przez chińskie platformy sprzedażowe fast fashion jest faster than ever.
Przywilej klasowy
O minimalizm i jego przeciwieństwa postanowiłam zapytać Zofię Małkowicz – socjolożkę, z doktoratem z UAM w Poznaniu, która prowadzi także badania służące projektowaniu innowacji poza akademią, współautorkę książki Błędnik. Utrzymując równowagę. Ale zanim przeszłyśmy do kwestii równowagi, Zofia zarysowała mi swoje doświadczenie przy grancie Archiwum Badań nad Życiem Codziennym, w którym wraz z innymi osobami zbierała i archiwizowała badania dotyczące codzienności w Polsce w ostatnim wieku.
– Można tam było znaleźć całe bogactwo różnorodnej wiedzy dotyczącej tego, jakimi przedmiotami się otaczamy, co spożywamy, w jakich kontekstach – mówi badaczka. Czego ją to nauczyło? Rzeczy i przedmioty rzadko mają w naszym życiu tylko jedną funkcję – zazwyczaj spełniają kilka potrzeb jednocześnie. Jakie to potrzeby? Funkcjonalne, społeczne, symboliczne i emocjonalne. – To dlatego trudno nam się ograniczać, bo przedmioty nie są tylko narzędziami, są też nośnikami wspomnień, emocji i relacji – podkreśla Małkowicz. – Zazwyczaj więc nie jesteśmy w stanie posiadać tylko jednej rzeczy, która zaspokaja jakąś podstawową potrzebę. Rzadko kto więc ma tylko jeden kubek do kawy albo dwie pary spodni – tłumaczy badaczka.
A przecież posiadanie dwóch–czterech par spodni zalecali kiedyś minimaliści. Małkowicz wyjaśnia – popierając w tym Rothfeld – że minimalizm, taki, jaki wyskakuje w Trendach Google czy na blurbach książek, pojawił się jako kontrtrend wobec nadprodukcji. Badaczka od razu jednak dodaje:
– Żyjemy w dobie rozwiniętego kapitalizmu, który bazuje na nazywaniu i kreowaniu naszych potrzeb. A im więcej mamy potrzeb, tym więcej pojawia się przedmiotów, zdarzeń, usług, które mają je zaspokoić. I po większą ilość z nich sięgamy. Nie widać sposobu na zatrzymanie tej rozpędzonej maszyny nadprodukcji.
Są jeszcze inne wymiary, które mogą powodować, że minimalizm traci na znaczeniu, np. stojąca za nim ściema. Socjolożka wprost mówi, że minimalizm stał się też jednym z gatunków powierzchniowego „washingu” – sposobem na przerzucenie odpowiedzialności za nadmiar produkcji na jednostkę, i tym samym stanął koło pink czy green-washingów, czyli budowania wizerunku marek na rzekomym wspieraniu społeczności LGBT albo ochrony środowiska. Pamiętacie, kiedy naszą obsesją stały się plastikowe słomki i jednorazowe torby? I kiedy uświadomiono nam, że jakkolwiek byśmy pakowali nasze ziemniaki w torby płócienne czy papierowe, i tak nie uratujemy świata, bo potrzebne są rozwiązania systemowe? Minimalizm bardzo podobnie sugeruje, że to my mamy rozwiązać problem nadprodukcji, rozwiązując przy okazji problem z chaosem w głowie.
Małkowicz boleśnie obnaża też inny „cień” minimalizmu: w tej wersji, którą sugerują przewodniki, to przywilej.
Trend dostępny wybranym, bardzo klasowy, bo osoby ubogie nie mogą sobie na niego pozwolić – dotyczy wąskiej grupy społecznej, dla której jest estetyką i formą aspiracji. Paradoksalnie minimalizm stał się formą symbolicznego kapitału – aspiracyjnym sposobem pokazywania swojej pozycji klasowej. Razem z nim przyszła też narracja zawstydzania: że przecież nie potrzebujemy tak dużo, że to proste, że wystarczy utrzymać porządek i wszystko będzie dobrze. To zawstydzanie jest subtelne, ale skuteczne – wykorzystuje emocje i działa jak narzędzie utrzymywania różnic klasowych.
Wróćmy do książki, o której wspomniałam i którą – wraz z Markiem Krajewskim, socjologiem kultury – Małkowicz współredagowała: książki o równowadze.
– Lubimy myśleć o tym, że równowaga to jest jakiś umiar, stan optimum, który potrzebujemy utrzymywać i do którego potrzebujemy dążyć, więc różne strategie redukcji i minimalizowania stanowią narzędzie, pomoc w odzyskiwaniu poczucia kontroli nad tym, co się dzieje w życiu społecznym, ale też w naszych indywidualnych życiach. Dzięki temu mamy wrażenie, że jesteśmy w miarę bezpieczni – uważa socjolożka. – Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że jeśli mamy nadmiar, nadprodukcję, to musimy wyłącznie uprawiać minimalizm i redukcję. Jednak badania nad tematami równowagi z perspektywy biologicznej, ale też socjologicznej i psychologicznej pokazują, że wcale tak nie jest. Że równowaga nie jest stanem, ale bardzo dynamicznym procesem. Falującym.
I jako przykłady takich procesów wylicza robienie zapasów na zmianę z sezonowymi porządkami, walkę postu z karnawałem czy fale różnych backlashów, z którymi mamy do czynienia.
– Musimy je po prostu postrzegać jako strategie działania społeczeństw na czasy – symbolicznych nawet – wojen czy pokoju. Taki jest już nasz los rozpięty pomiędzy redukcją a nadmiarem. I to nie jest tylko specyfika kapitalistyczna ani ludzka: wszystkie żyjące organizmy próbują utrzymać równowagę, „przechylając się” raz w jedną, raz w drugą stronę – mówi Małkowicz.
Jest zatem szansa, że minimalizm – nie tyle jako trend, ile jako reakcja – nie zniknął. Że równowaga jest możliwa. Że jesteśmy tak samo zdolni do redukcji jak do nadmiarowego gromadzenia. Że to tylko taki moment!
Rozhulaliśmy się
Nadziei tej nie ma jednak Paulina Górska – ekoedukatorka, dziennikarka i podcasterka. Zajmuje się popularyzacją wiedzy o zrównoważonym rozwoju, ekologią i klimatem.
– Jeszcze kilka dobrych lat temu – z sześć–siedem lat – dużo mówiłam o zero waste, o kupowaniu mniej, bo to dawało mi sprawczość i wydawało mi się ważne, ale potem w miarę upływu czasu zaczynałam czuć, że jednak indywidualne decyzje konsumpcyjne nie mają jakiegoś dużego znaczenia. Nakierowałam się więc na inne rzeczy, zajmuję się klimatem i ekologią, lecz przecież nie można o tym mówić bez analizowania różnych procesów społecznych – opowiada Górska.
I od razu informuje mnie, że we wrześniu 2025 r. chińska platforma zakupowa Temu miała w Polsce 19,8 mln użytkowników na wszystkich urządzeniach, co pozwoliło jej wyprzedzić Allegro, które miało 19,016 mln użytkowników.
Co to oznacza? Że Polacy (choć nie tylko oni oczywiście) rozhulali się w zakupach chińskich produktów – bez atestów, z niejasnymi łańcuchami produkcji i dostaw, czasem praktycznie jednorazowych, szalenie nieekologicznych. Górska, która podejmuje jeszcze trud tłumaczenia, czemu kupowanie tanich rzeczy na tej platformie nie ma sensu, mówi, że nawet niekiedy rozumie, że sterany pracą człowiek szuka czegoś, co będzie łatwe i tanie.
– Kiedyś bym mówiła „kupuj mniej”, bo w przeciwnym razie będziesz nieodpowiedzialny. Teraz widzę, że te narracje nie działają, mają skutek odwrotny, bo człowiek wytykany palcem wchodzi w tryb obrony albo ataku.
Do danych o Temu edukatorka dorzuca jeszcze coś, dość unikalne dla Polski. O ile galerie handlowe, świątynie zakupów, dotąd znane były głównie w dużych ośrodkach (gdzie – jak się zdaje – wysyciły już rynek i nawet zaczęły podupadać), o tyle od kilku lat otwierają się głównie w małych miastach. Takich jak np. rodzinne miasto mojej matki, czyli 12-tysięczny Lubaczów na Podkarpaciu. W tzw. parkach handlowych są zazwyczaj Rossman, CCC i np. sprzedający tanią odzież Sinsay, który ma do 2027 r. otworzyć w Polsce 6 tys. sklepów, przy czym dziś ma ich nieco ponad 1 tys. I jak tu nie kupować, zwłaszcza że mnóstwo czasu spędzamy w mediach społecznościowych (a według różnych badań to 2–3 h dziennie) a przez gros tego czasu dostajemy komunikaty zakupowe.
Czy jest nadzieja? Górska przedstawia mi nowy trend – defluencing. W skrócie: przedstawiciele pokolenia Z znudzeni przesytem reklam w social mediach – zwłaszcza takich, w których „zwykli ludzie” albo influencerzy pod płaszczykiem testów produktów tak naprawdę je bezkrytycznie polecają – rozpoczęli ruch obnażający np. ich słabą jakość, a przede wszystkim wysoką cenę, na którą składają się przede wszystkim… koszty marketingu. Niestety, i tu pojawił się cień (ale jak by go mogło nie być). Wykorzystując ten trend, defluencerzy zaczęli polecać alternatywne produkty. Stary, dobry kapitalizm.
Więcej, więcej, więcej
Postanawiam pogrzebać jeszcze głębiej, może znaleźć więcej nadziei. Jednak gdy dzwonię z tematem tego artykułu do Bartłomieja Dobroczyńskiego – psychologa, historyka psychoanalizy i mojej inspiracji w tematach wszelakich – Bartek jest akurat chory i naprawdę nie do życia. Wykończony, jak sam mówi, „żarłocznym kapitalizmem”, komentuje więc tylko: „Co tu się rozwlekać, napisz po prostu o brzusznym prążkowiu, które jest jak rozkapryszone dziecko, albo wiesz, jak »więcej, więcej« u Masłowskiej”.
Dobroczyński ma na myśli strukturę anatomiczną mózgu o nazwie striatum ventrale, która odgrywa kluczową rolę w układzie nagrody. Ten obszar otrzymuje impulsy dopaminergiczne i reguluje procesy związane z odczuwaniem przyjemności oraz motywacją do działania. W kontekście pragnień i niepohamowania prążkowie, zwłaszcza jego brzuszna część, odpowiada za kontrolę impulsów, planowanie nagród i sterowanie zachowaniami zorientowanymi na ich osiągnięcie. Dysfunkcje tej struktury mogą prowadzić do zaburzeń kontroli impulsów, takich jak uzależnienia czy kompulsywne zachowania, w tym gromadzenie przedmiotów lub nadmierne pragnienia.
Skrót „u Masłowskiej” z kolei oznacza ulubiony cytat Bartka z Jak zostałam wiedźmą. Opowieść autobiograficzna dla dorosłych i dzieci tłumaczący, jak striatum działa: „A jak już zasną, to nie śni im się nic ładnego, nie, / tylko że mają więcej, więcej, więcej, więcej – / albo że mają mniej, mniej, mniej, mniej, ciągle mniej, / prawie nic. I śnią im się te wszystkie / rzeczy, które muszą kupić, kupić, kupić i mieć, mieć, mieć. (…) Lecz gdy tylko którą kupią, pojawia się wtem / inna, piękniejsza jeszcze bardziej. O nie, o nie, o nie! / I jęczą, i się męczą, i palcami chciwie przebierają po pościeli, / bo tę też by przecież chcieli. (…) / Wszędzie siedzą tak samo, telewizję oglądają / i liczą, czy więcej, więcej mają / czy tak jak zawsze: za mało, za mało, za mało”.
Uparcie szukam jakiegoś promyka nadziei. Dzwonię więc do Piotra Augustyniaka – filozofa, autora książek m.in. Boga nie ma, jest życie. Jednak startuję do niego z konstatacją, że chyba jesteśmy skończeni i już nic, tylko zatowarowimy się i „zapragniemy” na śmierć jak myszy w eksperymentach dotyczących ośrodka nagrody. Kiedy stwierdzam, że chyba nie jesteśmy stworzeni do ograniczania się, Augustyniak reaguje jak na prawdziwego filozofa przystało.
– To, że do czegoś nie jesteśmy stworzeni, nie oznacza, że nie mamy szukać jakiegoś sposobu, żeby się tego nauczyć. Człowiek – w przeciwieństwie do wielu innych gatunków – jest takim zwierzęciem, które ma ogromne pole do autokreacji. Jeżeli w ogóle chcemy żyć jako społeczeństwa i osadzić się w przyrodzie – kompletnie jej nie dewastując – to musimy te strategie jakoś sami stworzyć – mówi filozof.
Dopytuję go jeszcze o minimalizm.
– Być może minimalizm jako idea ekonomiczna czy systemowa to rzeczywiście pewnego rodzaju utopia. Natomiast jako pewna strategia etyczna, indywidualna wydaje się mądra na wielu poziomach. A na poziomie indywidualnym ma w sobie potencjał antysystemowy, antykapitalistyczny, choć w ten system wszyscy jesteśmy uwikłani – stwierdza profesor. – Oczywiście mam na myśli minimalizm jako wysublimowany sposób konsumpcji, prawdziwie duchową postawę, w tej formie jest wewnętrznie rozwijająca. Natomiast jako jakieś rozwiązanie dla świata na razie wydaje się niemożliwa – dodaje. – Również dlatego, że aktualnie dominuje jednak pseudoetos samorealizacji, samospełnienia. Sposobem na naprawę tego świata, który według mnie by nie powodował retorsji, jest kształcenie w kierunku krytycznego myślenia, ale też w wymiarze autokrytyki: uczenie ludzi autoironicznej w gruncie rzeczy postawy, czyli takiej, która samego siebie jest w stanie dostrzec jako problem. Bo tego kompletnie nie umiemy: nawet jeśli myślimy krytycznie o świecie, to zwykle obwiniamy innych, nie zaś siebie. To ta droga, która mi przychodzi do głowy jako filozofowi – kończy swój wywód Augustyniak.
Naprawić przyszłość
Ta edukacja (ekonomiczna, psychologiczna i filozoficzna) jest nam pilnie potrzebna, jeżeli mamy stworzyć nowy minimalizm, a może raczej… bardziej uwodzicielski i niosący obietnice nie ograniczenia, lecz spełnienia zdrowy i postępowy dostatek? Bo jak pokazują doświadczenia moich rozmówców, sam nacisk na ograniczenie konsumpcji i wzbudzenie poczucia winy zwykle nie jest skuteczny.
Słabości narracji lewicowych i ekologicznych świetnie opisują w swojej książce Dostatek amerykańscy dziennikarze Ezra Klein i Derek Thompson. Pokazują np., że w niektórych z nich człowiek zaczyna być postrzegany jako „zanieczyszczenie” planety. Jak jednak czuje się osoba, która już na wstępie zostaje uznana za zagrożenie, element zbędny, szkodnika? Szuka świata, w którym będzie uznana, chciana i który przyniesie jej ukojenie. Podobnie rzecz się ma z narracjami o końcu świata, które przez pewien czas dominowały w dyskursie publicznym (sama mogłam dołożyć cegiełkę do ich budowania zdjęta trwogą o planetę i naszą przyszłość, obserwując np. ogromne ilości marnotrawionej żywności). Pisał o tym w swojej książce Naprawić przyszłość Marcin Napiórkowski. Semiotyk dowodzi, że potrzebujemy innych opowieści niż te, „że i tak nic nie zrobimy, bo wszystko jest skazane na zagładę” – taka perspektywa zamyka mózg i wolę na jakiekolwiek działanie.
W polskim kontekście ważne jest coś jeszcze.
– Stosując metaforę zastawionego stołu, Polacy nie są gotowi na odmawianie sobie, bo wciąż nie najedli się do syta – mówi mi psycholożka społeczna Marta Majchrzak z pracowni badawczej Herstories. – Zachwyt nad Konfederacją, szczególnie widoczny wśród młodych mężczyzn, bierze się z pragnienia, by się można było „nachapać”, nie płacąc podatków. Oni chcą mieć, gromadzić, budować bogactwo. Minimalizm dla nich nigdy nie będzie atrakcyjny.
Może więc trzeba przedstawić im inną wizję dostatku? „Dostatek dóbr konsumenckich odwraca naszą uwagę od niedostatku mieszkań, energii, infrastruktury i odkryć naukowych” – zauważają Klein i Thompson w swojej książce.
Opisując zawiłości amerykańskiej gospodarki ostatnich lat, nietrafione polityczne decyzje i strategie oraz chybione narracje, piszą – w odniesieniu do USA, choć wydaje się, że może to być zasadnie aplikowalne po części również dla Polski – że „powstała gospodarka, w której wielu ludzi utraciło stabilny styl życia, charakterystyczny dla klasy średniej, a jednocześnie większość ludzi stać na materialne oznaki życiowego powodzenia. (…) Kryzysy kosztów życia zatuszowaliśmy niskimi cenami towarów konsumenckich, szybującą wartością aktywów, co satysfakcjonowało bogatszych Amerykanów i nawarstwiającym się długiem – kredytami na mieszkanie, studia i leczenie, dzięki którym klasa pracująca nie pogrążyła się ostatecznie” (tłum. A. Paszkowska). W książce, która obiecuje rozwiązania, rzeczywiście znajduje się parę wskazówek, które wydają się trafione. Po pierwsze, autorzy proszą, żeby nie zawracać z drogi rozwoju. „Nie powstrzymamy zmian klimatu, namawiając świat, żeby zrezygnował ze wzrostu” – stwierdzają. W zamian chcieliby silnego państwa inwestującego w rozwój rozumiany nie jako krótkowzroczne pomnażanie, lecz inwestycję w badania naukowe, technologie, odnawialne źródła energii, rozwój miast. I apelują o skrócenie procesów decyzyjnych. „Panuje zdumiewająca obfitość dóbr, którymi można zapełnić wnętrze domu, a jednocześnie niedostatek tego, co potrzebne, żeby zbudować dobre życie. (…) Słowo »dostatek« kojarzy się z rogiem obfitości, z mnóstwem dobra dla wszystkich. Ale świat dostatku opiera się na kompromisach, a kompromisy wymagają wyboru” – nie jest to więc postulat ograniczający tak jak minimalizm, lecz apelujący do rozsądku. Nie wiem tylko, czy brzuszne prążkowie polityków i decydentów oraz np. urzędników bez wyobraźni będzie umiało postulatom Kleina i Thompsona sprostać. I czy tak jak transformacja energetyczna może być sposobem na złagodzenie zmian klimatycznych, czy znajdziemy również nowe, „dostatkowe” i niewymagające odwrotu od dotychczasowych nawyków konsumpcyjnych rozwiązania dla takich problemów jak rosnące na wysypiskach zwały tanio produkowanych przedmiotów?
Może oprócz nadziei na „zielony dostatek” pozostaje nam szukanie własnych wysp spokoju? Marta Majchrzak twierdzi, że dla wiecznie – mentalnie, ale też historycznie – biednych, pomijanych, zwyciężanych Polaków dostępny powszechnie minimalizm to minimalizm działkowca: kawałek przyrody, grzybki, przetwory, a do tego długie życie rzeczy, bo na działce „wszystko się przyda”. Minimalizm emocjonalny, brak bodźców i wymagań, za to przyroda i relacje. Wygląda na to, że faktycznie na te czasy to właśnie spokój, ten „święty”, wydaje się odpowiedzią w stylu: „Jaki dewzrost? Jaka katastrofa klimatyczna? Oszczędzanie? Wojna? Prawa kobiet? Odwalcie się wy wszyscy ode mnie z tymi kłopotami świata, nie jestem za nie odpowiedzialny / odpowiedzialna”. Być może to na tych działkach i grzybach, kiedy już wychyniemy z internetu, wyregulujemy rozhulaną dopaminę, faktycznie odzyskamy równowagę. Przynajmniej na chwilę, bo ta przecież ciągle faluje, szukając niemożliwego balansu między brakiem a nadmiarem