I wtedy zaczynasz się pocieszać, że pisanie to czynność naturalna: przenosisz impulsy z głowy na papier, proste. Tyle że to nigdy nie jest transmisja bez zakłóceń. To raczej nieustanne strojenie anteny, która przez chwilę łapie odgłosy wszech-świata, natomiast potem znowu gubi zasięg.
A jednak wciąż nasłuchujemy. Wciąż siadamy przed ekranami. Klikamy „nowy dokument” i otwiera się cyfrowa nicość, później zaś słyszymy ironiczne wezwanie: no to pisz, mądralo, chociaż zdanie.
I tu pojawia się pierwszy sekret, jeden z tych, które natychmiast chce się zdradzać: pisania wcale nie zaczyna się od zdania.
Pisanie zaczyna się od bohatera.
To nie mój pomysł, podzielają go zarówno akademiccy nudziarze (których kocham), jak i moi ulubieni autorzy (pytałem ich o to). Bohater jest jak żagiel – porządnie dmuchniesz, to cię pociągnie za horyzont (ale może też przewrócić i utopić). Jeśli jest z kartonu, nawet gdy przykleisz do niego wszystkie świecące papierki z bombonierki i pomalujesz na seledynowo, i tak będzie szeleścił, zamiast gadać.
Tylko skąd mamy wiedzieć, że ktoś – ten ktoś w naszej głowie albo ktoś z rzeczywistości, bo przecież non-fictionteż zaczyna się zwykle od człowieka – w ogóle nadaje się na bohatera? Czy dlatego, że się w nim – jakoś – zakochaliśmy? A może dlatego, że się nam wydaje, iż go naprawdę dobrze znamy i rozumiemy? Ale może tylko mylimy znajomą twarz z historią? Wiedzę z dramaturgią? Dlatego zacznijmy od pytania, które nie jest ani wygodne, ani niewinne: co w nim / w…