Subskrybuj
Małgorzata Rejmer
fot. Katarzyna Lasoń, CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons
Pisarka, reportażystka. Autorka powieści Toksymia (2009) oraz zbiorów reportaży Bukareszt. Kurz i krew (2013) i Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii (2018), za którą otrzymała Paszport „Polityki” i Nagrodę Kościelskich. Obecnie pracuje nad zbiorem...

Miłość w czasach wielkiej samotności

Otwieramy się, opowiadamy historie, szukamy bliskości – a przecież człowiek po drugiej stronie może w każdej chwili zniknąć. Może okazać się tylko efektowną fasadą. Albo czyimś znudzonym mężem, albo spragnioną wrażeń żoną.

Jeśli zaczniecie rozmawiać ze znajomymi o portalach randkowych, szybko zamiga nad waszymi głowami neon: „Piekło to inni”. Zewsząd słychać, że apki stały się taśmą supermarketu z tanimi ludźmi, którzy chcą relacji łatwych i oszczędnych, o krótkim terminie przydatności. Facebookowe strony obnażające skrinszoty najbardziej żenujących randkowych interakcji mogłyby się nazywać: „Krótkie rozmowy z paskudnymi ludźmi”. Teoretycznie szukamy w internecie drugiej połówki jabłka, ale trwa to tak długo, że połówki, które mają się ze sobą zetknąć, są już poobijane i nadpsute. A przecież miały być idealne! Czy na Tinderze można znaleźć męża? Pewnie można, ale najczęściej jest to mąż koleżanki.

Krążą teorie, że mityczne, podstępne algorytmy, które mają nam pomóc w znalezieniu towarzysza życia, tak naprawdę chcą nas wmanewrować we frustracje wiecznego niespełnienia. Żeby trzymać nas w napięciu nieskończonego przesuwania w lewo i w prawo, podsuwają nam osoby niekompatybilne. Raz na jakiś czas pojawia się przynęta w postaci profilu człowieka idealnego, ale najczęściej jest to bot albo scamer, który próbuje nas przekonać do inwestycji w kryptowaluty albo wyłudzić zdjęcie karty kredytowej lub też stóp. A gdy po drugiej stronie wreszcie napotkamy człowieka, to często okazuje się, że prowadzenie rozmowy jest dla wielu umiejętnością akrobatyczną, równie przyjemną jak płukanie ust Kretem.

W czasach wielkiej samotności i indywidualizmu potrzeba dużo dobrej woli, żeby znaleźć wspólny język i zsynchronizować narracje, czym jest dla nas szczęście. Od czasów #metoo i strajku kobiet, gdy polaryzacja między płciami wzrosła, apki jeszcze bardziej niż kiedyś stały się katalizatorami napięć i frustracji. Niższym kręgiem piekielnym marnych interakcji, w którym coraz trudniej się porozumieć, a coraz łatwiej stać się ofiarą nadużycia, przekroczenia czy przemocy. Teoretycznie każda relacja zaczyna się od rozmowy i szukania wspólnych płaszczyzn – w praktyce często drugi człowiek staje się workiem treningowym, na którym można wyładować gniew, pokazać swoją wyższość albo bezkarnie i bezwzględnie oceniać. Gruba, ale za to stara. Brzydki, ale za to biedny. Ci, którzy marzą, żeby znaleźć piękną miłość z Instagrama, trafiają raczej do uniwersum: uwaga, jedzie śmieciarka relacji z jednorazowymi ludźmi. Antyrelacji.

System tworzy sprzyjające warunki, żeby być obojętnym, niemiłym albo nawet bezdusznym, bo promuje impulsywność i brak odpowiedzialności za drugiego człowieka. Śmiga nam przed oczami obrazek przedstawiający skrótowo mniej lub bardziej udaną narrację o kimś wirtualnym, a przecież wiemy, że przed nami niekończąca się kawalkada innych obrazów, innych propozycji, innych obietnic i fantazji. Automatyzm przeciągania palcem i oceniania profili w ciągu sekundy – tak lub nie – sprawia, że łatwo jest nam zapomnieć, że tam, po drugiej stronie, jest przecież człowiek, ze swoimi marzeniami, niedoskonałościami, nadziejami i bólem.

Bycie niemiłym jeszcze nigdy nie było tak proste. I nie przynosi żadnych konsekwencji – poza narastającym długofalowo poczuciem frustracji, wyalienowania i pustki. Poczuciem, że kiedyś świat był inny, bo inne były relacje między kobietą a mężczyzną – i miłość też była inna.

W płyciźnie relacji ciągle bulgoczą bąbelki powiadomień: ktoś, kto chciałby cię poznać, komunikuje to w najnudniejszy sposób na świecie. Niby szukamy miłości, która nas porwie, ale robimy to w najniższych energetycznie rejestrach, bo jesteśmy coraz bardziej zmęczeni kolejnymi porażkami. Otwieramy się, opowiadamy historie, szukamy bliskości – a przecież człowiek po drugiej stronie może w każdej chwili zniknąć. Może okazać się tylko efektowną fasadą. Albo czyimś znudzonym mężem, albo spragnioną wrażeń żoną. Każda interakcja to potencjalne rozczarowanie i strata. Nieważne, jak bardzo się staramy, człowiek po drugiej stronie jest niewiadomą, a my, rozpoczynając kolejną rozmowę, mimowolnie przechodzimy w tryb czujności. Po serii porażek stajemy się coraz bardziej krusi i pełni niepokoju. Chowamy nasze delikatne miejsca i eksponujemy te opancerzone. Zaczynamy kwestionować siebie i swoją wartość. Tracimy dobrą wolę, empatię i nadzieję.

Pauperyzacja naszych relacji to rezultat inflacji niekończących się możliwości i jałowości komunikacyjnej. Pozwoliliśmy się prowadzić systemowi, który sprawia, że jesteśmy niezaspokojeni, nieszczęśliwi i rozdrażnieni. Osamotnieni i niepewni, łatwiej ulegamy konsumpcyjnym modom i narracjom z algorytmów, dajemy się złapać na wędkę obietnicy, że jeśli coś sobie kupimy, to będzie nam lepiej. Szczęśliwymi ludźmi trudniej jest manipulować, bo mają lepsze tarcze ochronne i rzadziej podejmują impulsywne decyzje. Mają fundamenty, które chronią ich przed zawirowaniami, spokój i dystans.

Dlatego system nie chce, żebyśmy znaleźli swoją drugą połówkę, wspólnotę i grupę, w której będziemy czuć się bezpiecznie i która będzie nas chronić. System chce, żebyśmy czuli niepokój i nieustannie gonili za czymś, czego nigdy nie dostaniemy. Musimy chcieć więcej. Przesuń w lewo i zapłać za możliwość znalezienia lepszej opcji. A potem rozczaruj się i zapłać znowu. Być może najlepsze rzeczy w życiu są za darmo, jednak dostęp do nich kosztuje.

Piekło to inni? Nie, piekło to system. I my wszyscy – poranieni, czujni i emocjonalnie zmęczeni. Najlepsze, co możemy dla siebie zrobić, to wyjść do zwykłego życia, spotkać w nim prawdziwego człowieka i o tym porozmawiać. Odetchnąć. Za darmo, offline. Czy potrzebujemy internetowych kursów, jak to zrobić?

Artykuł pojawił się w numerze: Chcę mieć serce spokojne