Subskrybuj
Ilustracja, Kamienne popiersie i ręka na niebieskawym tle. Wygląda, jakby znajdowały się pod wodą. Postać wtula głowę w rękę po jej lewej stronie.
Ilustracja: Dominika Ćwiertnia-Potoczny
Psychoterapeutka, filozofka. Współtworzy ośrodek „Znaczenia. Psychoterapia”. Wraz z Tomaszem Stawiszyńskim prowadzi podcast Nasze wewnętrzne konflikty w Radiu TOK FM

Po stronie łagodności

Kiedy tylko przeczytałam maila z propozycją napisania tekstu o tym, co zabierzemy ze sobą w przyszłość – naprędce odpowiedziałam, że Beatlesów

To nie było wyznanie głębokiej miłości do tej formacji, ale skojarzenie ze zjawiskiem będącym nośnikiem przeżycia i doświadczenia, którego nie da się zamknąć w idei ani wyłożyć teoretycznie. W tych melodiach i tekstach zawsze pobrzmiewały dla mnie sens i prostota istnienia. Z całym spektrum emocji, od beztroski po głęboki smutek.

Wystarczy przywołać słowa utworu Because – „Because the sky is blue / It makes me cry” (Ponieważ niebo jest niebieskie / To doprowadza mnie do łez). Bez ozdobników, bez rozbudowanych metafor, afirmacja świata i odczuwania w czystej postaci. Choć wydźwięk jest jasny, niesie za sobą pewną przewrotność, tak samo jak przewrotną chciałabym uczynić myśl przewodnią moich rozważań. Tym, co możemy zabrać w przyszłość, nie jest wszak żaden artefakt, żadna konkretna idea czy treść, ale zdolność do odczuwania, podatność na poruszenia. Logika piosenki Because polega właśnie na tym, że wymyka się ona logice, tłumaczy coś sama przez się, a tym samym, chociaż powołuje się na „ponieważ”, tak naprawdę znajduje odpowiedź gdzieś indziej niż w logicznej implikacji.

Ponoć John Lennon rzucił kiedyś w wywiadzie, że ten utwór zrodził się z pomysłu zagrania akordów Sonaty księżycowej Beethovena od końca. Tekst miał być jasny i przejrzysty. Choć koneserzy zwracają uwagę, że piosenka wcale nie jest zbudowana na prostym odwróceniu, to łączy ją ze wspomnianym dziełem powinowactwo nastroju.

Muzykolog Wilfrid Mellers w książce Twilight of the Gods. The Music of the Beatles wyjaśnia, że utwór kończy się w zawieszeniu, bez powrotu do „bezpiecznej” tonacji, przez co zostawia słuchacza z poczuciem niedokończenia i lekkiego napięcia.

Ten brak rozwiązania jest celowy – to moment, który nie prowadzi dalej, tylko trwa sam w sobie, jak krótkie olśnienie. Zanim zaczynamy to rozumieć, już odczuwamy. Chciałabym tu uchwycić ten rodzaj doświadczenia. Nie sposób sprowadzić go do jego opisu, jest to doświadczenie, które otwiera na rzeczywistość, zanurza w teraźniejszości i antycypuje przyszłość. Odczuwanie jest pomostem między przeszłością, chwilą obecną a możliwością pomyślenia w przód.

Z pewnością moje skojarzenie nie jest przypadkowe. Muzyka Beatlesów odnosi do moich najpiękniejszych dziecięcych wspomnień – ciągnięcie ojca za rękaw i proszenie, żeby włączył magnetofon szpulowy (kto jeszcze pamięta takie urządzenie?). Wspominam stojący na wysokiej półce odtwarzacz, wówczas nawet nie marzyłam, że kiedykolwiek do niego dosięgnę. Nie mogłam wtedy rozumieć tekstów, lecz pamiętam odczucia. Te melodie budowały nić porozumienia między dzieckiem a rodzicem i były jednym z najczulszych języków, w jakim do mnie mówiono, choć ich znaczenie odkrywałam dla siebie na nowo dopiero później. Niezmiennie jednak wiedziałam, że chwytają esencję rzadkiego zachwytu światem i niespotykanej harmonii, czasem przebranej w, wydawałoby się, proste melodie. Daleko im było jednak do naiwności. To doświadczenie nie jest jedynie estetyczne ani prywatne – wydaje się raczej odsłaniać coś bardziej podstawowego: warunek, dzięki któremu jakiekolwiek znaczenia mogą się w ogóle pojawić. Warunkiem życia relacyjnego, niezależnie od języka, na którym się opiera, jest poruszenie. Tę zdolność do bycia poruszonymi zabieramy ze sobą dalej.

Czy potrafimy jeszcze coś przeżywać?

Nie głoszę tu pochwały czucia przeciw rozumowi, nie uwodzi mnie hipisowska wizja zjednoczenia ze światem, tylko pewne założenia, idee, teorie i wartości zrodzone na żyznej glebie myśli oświeceniowej jawią mi się jako konieczne dla naszego trwania. Pytając jednak o to, co zostaje lub co może—my ze sobą zabrać w przyszłość, ostrożnie zastanawiam się nad tym, co w moim przekonaniu uniwersalne. Zadaję więc pytanie o to, co w ogóle umożliwia wcielanie w życie pewnych idei. A konkretniej co czyni nas zdolnymi do przenoszenia wartości w przyszłość, do pamiętania, trwania – do bycia żywymi i czującymi istotami? Innymi słowy: co sprawia, że wartości nie pozostają martwymi deklaracjami, lecz mogą być przeżywane i realizowane?

Wydajemy się zmęczeni poszukiwaniem sensu – my, czyli przeciętni przedstawiciele globalnej Północy – oraz diagnozą jego utraty. Rozpoznajemy w sobie poczucie wyobcowania, nowe formy alienacji, gdy powszechne jest poczucie samotności pośród ludzi, a my coraz mniej wiemy o sobie. Pracujemy nad sobą, przemyśliwujemy swoje życie, a nawet „kreujemy wizerunek” i skarżymy się na poczucie pustki. Może nie jest to doświadczenie powszechne, ale część z nas rozpozna tu coś własnego. Byung-Chul Han pisze o społeczeństwie osiągnięć, wypalenia czy zmęczenia. Presja sukcesu bądź chociaż utrzymania status quo eksploatuje nas w imię pracy nad sobą i nie mamy nawet wobec czego się zbuntować. Nie sposób wydostać się z kołowrotka walki z lękiem, uwikłaniem, zmęczeniem potrzebami. Z jednej strony trudno nie odnaleźć się w tezie, że żyjemy w systemie wewnętrznych nakazów, w których brak miejsca na pogłębioną refleksję, z drugiej zaś – nawet takie opisy jawią się jako nudne i zużyte. Co bowiem będzie dalej? Gdzie jest przyszłość? W ramach zastanych warunków sama ta diagnoza nie dostarcza perspektywy ani horyzontu wyjścia. Pytanie o przyszłość nie dotyczy już tego, co zbudujemy, lecz tego, czy będziemy jeszcze zdolni to przeżywać.

Czujemy się zagrożeni sprowadzeniem człowieka do pełnionej przez niego funkcji, i to wcale nie z powodu roli, jaką w spektakularnym tempie zaczęła odgrywać w naszym życiu sztuczna inteligencja.

Nie chcemy być trybikami w niewidzialnej machinie, gdzie coraz trudniej o poczucie zakorzenienia – zarazem dużo częściej definiujemy się właśnie przez wyniki, mierzalne parametry, nagromadzone dobra (choćby symboliczne) aniżeli przez jakikolwiek inny rodzaj przynależności. Poczucie bezpieczeństwa i stałości usuwa się nam spod nóg, choć to je właśnie chcemy pielęgnować i utrzymać. Nasze istnienia coraz częściej zorganizowane są wokół ich funkcjonalności. Poczucie uprzedmiotowienia, unarzędziowienia, mechanizacji wbrew woli i intencjom stało się namacalną rzeczywistością, choć procesy te były przenikliwie opisywane już stulecie temu – od Adorna po Heideggera. W takim świecie nie tylko działamy inaczej – zaczynamy też inaczej doświadczać siebie, jako przedmiotu do używania, a nie jako podmiotu zdolnego do przeżywania. Jeśli tak doświadczamy siebie, trudno nam też inaczej doświadczać innych.

Choroba normalności

Problem nie dotyczy wyłącznie struktur społecznych, ale sposobu, w jaki te struktury zapisują się w naszym doświadczeniu. Inną nazwę na chorobę, która toczy współczesność (warto zastrzec, że to może naturalny bieg rzeczy, nie żadna choroba z jej specyficzną konotacją), proponuje brytyjsko-amerykański psychoanalityk Christopher Bollas. Na przełomie lat 70. i 80. zaczął obserwować ludzi, którzy wprawdzie świetnie funkcjonują w świecie zewnętrznym, radzą sobie, nawiązują relacje, realizują się zawodowo, a za-razem – jak zwraca uwagę – są patologicznie normalni. Normopatia – o której możemy przeczytać w jego Wybranych esejach psychoanalitycznych – nie polega na niczym w prosty sposób obserwowalnym, bo wiąże się z byciem doskonale przystosowanym do otaczającej nas rzeczywistości i zarazem wewnętrznie nieobecnym, niezdolnym do głębszego przeżycia. Warto zaznaczyć, że od czasu powstania tej koncepcji minęło kilka dekad, w trakcie których dokonały się potężne zmiany, trudno zresztą zestawiać w prosty sposób funkcjonowanie społeczeństw postkomunistycznych z dynamiką rozwiniętego kapitalizmu, choćby w Stanach Zjednoczonych. Czy rosnące zapotrzebowanie na pomoc psychiatryczną i psychoterapeutyczną nie przeczyłoby tej patologicznej normalności określanej tu mianem normopatii? Otwarta dyskusja o emocjach i życiu wewnętrznym toczy się, wydawałoby się, na skalę dotąd niespotykaną. Zaryzykowałabym jednak twierdzenie, że może to być inna odsłona tego samego problemu. Większa obecność języka psychologicznego nie musi oznaczać większego kontaktu z życiem psychicznym.

Opisywany powyżej stan – jak powiada Bollas – nie polega na tym, że targają nami skrajne emocje (choć mnożą się jednostki diagnostyczne), ale że nasze przystosowanie przykrywa inny głęboki rodzaj cierpienia. Nasze życie kształtujemy na podstawie zapożyczonych z mediów inspiracji (a to wszystko przed epoką Instagrama), więc z grubsza wiemy, jak powinny one wyglądać, jednak znikąd nie przychodzi wizja wyzwolenia, bo brakuje nam połączenia ze światem wewnętrznym, w którym znalibyśmy swoje potrzeby, pragnienia, a może nawet wewnętrzne konflikty. Można oczywiście Bollasowi wytknąć, że dotyczy to określonej grupy społecznej, która ma zapewnione elementarne bezpieczeństwo materialne (choć i ono jest kruche w dynamicznie rozwarstwiającym się świecie). Ale zarazem trudno zaprzeczyć, że podsuwany nam wszystkim wzorzec wciąż odgrywa ważną rolę.

W byciu wyzutym z życia introspekcyjnego Bollas dostrzega głęboką melancholię i cierpienie. Pokazuje, że możemy być do tego stopnia przystosowani i pozbawieni pewnej dozy „nienormalności” (powiedzmy: wewnętrznych idio-synkrazji), iż stajemy się przedmiotami pośród innych przedmiotów. W tym sensie nie tracimy jedynie głębi, lecz także zdolność do tego, by cokolwiek mogło nas jeszcze naprawdę dotknąć. Postać Lestera Burnhama granego przez Kevina Spaceya w American Beauty dobrze to ilustruje. Lester jest znużony swoim poprawnym i uporządkowanym życiem przedstawiciela średniej klasy, bo brakuje w nim czegokolwiek, co by dostarczałoby mu poczucia bycia żywym. Z chwilą, kiedy poznaje Angelę – przyjaciółkę swojej córki – coś w nim pęka, budzi się skrywany rodzaj pragnienia, który wyzwala w nim potrzebę zmian, a jego zachowania stają się dziwaczne.

To nie jest „tylko” kryzys wieku średniego, to jest załamanie się pewnej fałszywej struktury, w której istniał przez lata.

Odwrócenie się od życia introspekcyjnego może skutkować kryzysem, bo u jego podłoża tkwi głęboka utrata poczucia „ja”. Można się przed nią bronić, czyli jej zaprzeczać, unikając przeżywania, ale tylko za cenę zdolności do współczucia i tworzenia. Bollas powiedziałby także – zdolności do symbolizacji. Nasza wyobraźnia jest w tym procesie stępiona i staje się statyczna. Podążanie za myśleniem konkretnym wydaje się racjonalne, ale jednocześnie pozbawia je to wewnętrznego znaczenia i czyni emocjonalnie pustym. Mierzymy osiągnięcia, parametry życiowe, wyniki, liczby kroków, kalorii i BMI, przy czym nic nam to nie mówi o nas samych. Ta pozorna troska o siebie oddala nas od tego, co dostarcza poczucia zakorzenienia, współistnienia, bezpieczeństwa. Oraz wielowymiarowego myślenia o sobie i innych.

„Patologiczna normalność” sama bowiem jawi się jako coś normalnego – staramy się trzymać faktów, rzeczy, rutyny. Relacje są, siłą rzeczy, płytsze, bo zanadto obciążają, emocje są niepożądane, choć odmieniamy je przez tysiąc przypadków, a tęsknotę za życiem wewnętrznym, fantazją i snem staramy się odnaleźć w różnych formach praktyk samorozwojowych. Psychoanalityk powiada więc: najpierw jest melancholia, cierpienie z powodu utraty znaczenia. Po niej przychodzi choroba normotyczności, czyli życie w porządku automatycznym. Stajemy się postaciami z melodeklamacji Thoma Yorke’a z Radiohead na płycie OK Computer – „fitter, happier, more productive” („sprawniejszy, szczęśliwszy, bardziej produktywny”). Wydaje się, że ten stan rzeczy musi odejść, bo znamy mechanizmy, które nim rządzą, i jednocześnie nieustająco mu podlegamy. A przecież nie potrzebujemy tylko funkcjonować, potrzebujemy przeżywać.

Jak wybrać łagodność

W tym miejscu pojawia się pytanie, czy istnieje sposób bycia, który pozwala podtrzymać zdolność do przeżywania. Bliska opisanej wyżej diagnozie jest obserwacja francuskiej filozofki i psychoanalityczki Anne Dufourmantelle, która w wydanej po polsku Pochwale ryzyka pisała o tym, że bronimy się przed nieprzewidywalnością, skrywając się w zasadzie bezpieczeństwa i przezorności (odsyłam do wspaniałego tekstu Barbary Brzezickiej w „Znaku” z czerwca 2023 r.). Dufourmantelle zginęła, ryzykując życie, rzuciwszy się na ratunek tonącemu dziecku przyjaciółki. Dziecko ocalało, ona, niestety, nie. To wydarzenie dodało innego wymiaru jej rozważaniom, w najbardziej tragicznej z form – myślenia i idei wcielonej w życie. Ryzykiem jest istnienie jako takie, to, co się pojawia wbrew naszym przygotowaniom, i to, co ma zdolność, żeby nas przemieniać. Ryzykiem jest otwartość i świadome wejście w niepewność – czy to w ramach trajektorii własnego życia i losu, czy relacji z innymi, które nieuchronnie niosą ze sobą rozczarowanie i utratę. Ryzykiem jest napisanie listu miłosnego do kogoś prawie nieznanego albo zaproszenie do tańca i wyszeptanie „zamknij oczy”. Ale bez tego ryzyka – jak zwraca uwagę Dufourmantelle – życie jest pozorne. Tak jak według Bollasa „patologicznie normalne”, innymi słowy – pozbawione głębi i sensu. Nie chodzi ani o fetyszyzowanie głębi, ani też o odwrócenie się od niej. Ryzyko to nie jest ani brawura, ani lekkomyślność, lecz zanurzenie w rzeczywistości, która nieuchronnie przynosi zmianę, a nie stagnację. Wrócę więc do wcześ-niejszego pytania – co ostatecznie wyrywa nas z bezruchu, co sprawia, że jesteśmy zdolni do przeżywania?

Jedna z kolejnych książek Dufourmantelle, mianowicie Puissance de la douceur (Siła łagodności), wydaje się naturalnym rozwinięciem rozważań o ryzyku. Dla autorki łagodność niesie potencjał ocalenia tego, co cenne i kruche, odżegnując się zarazem od przemocy.

W swoim wywodzie Dufourmantelle pokazuje, że łagodność to zdolność do niezamykania się, przepuszczalność, aktywna wrażliwość i odwaga bycia podatnym na zranienie.

Łagodność jest powierzeniem się poruszeniom, które nie są spętane paraliżującym lękiem przed rozpadem. Jej moc nie polega na zakwestionowaniu brutalności czy trudów rzeczywistości, lecz na zdolności do przemiany. Dufourmantelle nie estetyzuje trudnych doświadczeń, raczej widzi w łagodności coś, co subtelnie przesuwa bieg rzeczy, nie za sprawą brutalnego gestu, ale poprzez otwarcie przestrzeni, w której może wydarzyć się coś nowego. Autorka pisze o młodym włoskim żołnierzu podczas I wojny światowej, który zorientowawszy się, że jego oddział nie ma szans na przetrwanie ataku, podchodzi w nocy do obozu wroga. Zbliżając się, słyszy niezwykle łagodną muzykę, która go porusza. Wychodzi z ukrycia i daje się pojmać, a podczas nocnej rozmowy opowiada niemieckiemu oficerowi o beznadziejnej sytuacji swoich ludzi. W wyniku tego spotkania (i muzyki) oficer rezygnuje z ataku i pozwala im się wycofać. To jeden z przykładów Dufourmantelle na łagodność, która pozwala powstrzymać przemoc.

Co istotne, dzieje się to tylko w relacji i spotkaniu – w uważnym przyjęciu drugiego, w zgodzie na jego odmienność i kruchość. W tym sensie łagodność nie jest bierna: wymaga gotowości, by nie odpowiedzieć przemocą na przemoc, oraz zgody na własną wrażliwość i bezbronność. Nie należy tej postawy mylić ani z rezygnacją, ani z uległością. Stanowi raczej akt zawierzenia temu, że możliwy jest inny układ sił niż relacja dominacji i podległości.

Potencjał łagodności ujawnia się szczególnie tam, gdzie inne formy działania zawodzą – w doświadczeniu cierpienia, w miłości, w sytuacjach granicznych – ponieważ pozwala nie tyle usunąć ból, ile uczynić go możliwym do przeżycia i przekształcenia. Dlatego łagodność jest wartością: nie za sprawą tego, że w powierzchowny sposób odpiera ciosy zadawane przez świat, lecz dlatego, że czyni go zamieszkiwalnym, przywracając relacjom głębię, czas i sens, których nie daje ani przemoc, ani obojętność. To dwie skrajności będące w pewnym sensie rezygnacją z możliwości czucia, naszą wobec niego kapitulacją.

Tym, co możemy zatem zabrać w przyszłość, jest właśnie zdolność do pozostania otwartymi pomimo wszelkiej niepewności. Nie mamy recepty na naprawianie świata, ale możemy pielęgnować etyczną odpowiedzialność za drugiego – jak u Lévinasa, dla którego nie rodzi się ona z zasad ani systemów, lecz z samego doświadczenia spotkania. To ono – o ile nie zostanie stłumione – uprzedza nasze rozumienie i wiąże nas z Innym, zanim zdążymy nadać temu sens. Tworzy też miejsce dla przeżywania i odpowiedzi. To podstawowa ufność w możliwość zmiany, która polega na gotowości odrzucenia obrony tam, gdzie konserwuje ona zastany porządek, ale nie służy przemianie.

Dziecko uważa wszystkich ludzi za pięknych

Opisana wyżej otwartość kojarzy się z dziecięcą zdolnością do zachwytu, do doświadczania rzeczy po raz pierwszy, bez założeń. Jak pięknie pisał Peter Handke:

„Kiedy dziecko było dzieckiem,
obudziło się raz w nie swoim łóżku,
a teraz często mu się to przydarza.
Uważało wszystkich ludzi za pięknych,
a teraz, przy odrobinie szczęścia tylko niektórych.
Miało dokładne wyobrażenie raju,
a teraz najwyżej ma o nim pojęcie.
Nie mogło sobie wyobrazić nicości,
A teraz drży na samą myśl o niej”.

Dziecko przyjmuje świat z zadziwieniem i choć nigdy już pewnych rzeczy nie doświadczymy po raz pierwszy, to zdolność do odkrywania i zaciekawienia może z nami pozostać, przeniesiona i trwająca w czasie. Jeśli nasze „dziś”, nasza aktualność jawi się jako zapoznana katastrofa, wynikająca choćby – jak rzekłby Bollas – z wydarzeń XX w., to ruchem przeciwstawnym wobec melancholii byłaby właśnie odwaga do odczuwania, nie tępienie przeżywania, nie zapominanie, ale łagodność. Bo zdolność do czucia i do bycia w relacji jest jednak czymś, co jest naszą wewnętrzną pamięcią, czymś, co odsyła do możliwości budowania od nowa. Nie jako nostalgia, lecz model pierwotnej dyspozycji wobec świata.

Sama Dufourmantelle w Puissance de la douceur nawiązuje do tego wczesnego doświadczenia, pytając: „Jeśli miłość i radość pozostają w głębokim pokrewieństwie z łagodnością, to czy dlatego, że dzieciństwo skrywa jej tajemnicę? Łagodność dzieli bowiem z dzieciństwem nie tylko wspólnotę natury, lecz także siłę. Jest jego ukrytym odbiciem – tam, gdzie wyobraźnia spotyka się z rzeczywistością w przestrzeni niosącej własną tajemnicę, sprawiając, że doświadczamy zdumienia, z którego nigdy całkowicie nie powracamy”. Filozofka upatruje zatem źródeł potęgi łagodności w dziecięcym sposobie bycia – w dostępie do wrażliwości, która pozwala nie tylko widzieć to, co oczywiste, ale przeżywać świat głęboko – w poprzek technicznej „normalności” pozbawionej wyobraźni, w poprzek instrumentalizacji.

Łagodność ma też szczególny czas i szczególne trwanie, zatrzymuje chwilę obecną, przenosi do epoki, kiedy – jak pisze Dufourmantelle – człowiek nie był jeszcze oddzielony od żywiołów, zwierząt, światła i duchów.

Jest raczej tym, co ze światem łączyło i łączy, zanim idee zaczęły nas odeń odsuwać. Nie chcę jednak, aby brzmiało to jak binarna opozycja lub chęć powrotu do natury. Widziałabym raczej to jako tęsknotę za wartościami, której oduczamy się, o której być może zapominamy oraz którą może też boimy się w sobie pielęgnować. Nie możemy wrócić do dzieciństwa, nie chcemy go też idealizować, ale pragniemy zachować tę formę uwagi, która nie została jeszcze całkowicie podporządkowana użyteczności.

Pamięć uczucia i doświadczenia emocjonalnego nie jest czymś statycznym, lecz przechowuje naszą podatność na odczuwanie świata, rezonowanie z nim, na bycie poruszonymi. W tym sensie nie uczy, co czuć, ale jak czuć. Skrywa ślady zaufania i ton oraz dostrojenie do innych i do świata, które w miarę kolejnych rozczarowań oraz ran tracimy.

Stąd wspomniani przeze mnie Beatlesi jako moja melodia dzieciństwa przynoszą otwartość na czucie, której mogłam nie umieć rozwinąć w innych, bardziej dosłownych i konkretnych językach. Dlatego wracam do piosenki Because, bo streszcza w sobie ten zachwyt i podobnie jak czyni to w swoim pisaniu Dufourmantelle, nie ucieka się do technicznego żargonu – jest prosta i bezpośrednia. A także w żywy sposób pokazuje, że łagodność nie jest słabością, ale siłą i świadomym sposobem bycia wobec innych. To cicha forma oporu mająca zdolność zmieniania nas i innych, siła w ruchu, transformująca, ale bynajmniej nie naiwna.

Ton, w jakim przeżywamy życie

W obliczu powyższego stawką staje się pytanie o to, co trwa i warte jest pamiętania, ocalenia i niesienia w przyszłość. Jeśli przystaniemy na to, że życie jest pełne ryzyka, przygodne i losowe, a zmiennych nie jesteśmy w stanie zaprogramować ani przewidzieć, co może być punktem orientacyjnym? Co mogłoby trwać pomimo nieustającej zmienności?

Bywamy sobą i zarazem wieloma możliwymi wersjami siebie, których nigdy nie zrealizujemy. Życie nie daje nam wglądu w to, co mogło się wydarzyć – możemy tylko iść dalej, nie wiedząc, czy wybrana droga była tą właściwą. Analizujemy, żałujemy, inwestujemy mnóstwo energii w ten obrany wcześniej kierunek. I pozostajemy bez rozstrzygnięć, bo kalkulacja nie zabezpiecza przed stratą. Tę przygodność i przypadkowość, której nigdy w toku naszego życia całkiem nie poznamy, eksploruje książka Paula Austera 4321. Autor bierze w niej na warsztat cztery warianty życia tej samej osoby. Życia, którego początki osadzone są w podobnych okolicznościach, ale na skutek przypadku, rozmaitych uwarunkowań i decyzji skręca w różne strony. W jednych wariantach droga postaci układa się stabilniej, w innych zostaje gwałtownie przerwana lub wystawiona na próbę; zmieniają się relacje, konteksty, a nawet warunki przetrwania. Tym, co jest wspólne wszystkim odmianom Archiego Fergusona, czyli głównego bohatera powieści, jest jego zamiłowanie do literatury, języka i pisania, wrażliwość na świat, pragnienie uczucia. Tym, co go prowadzi, jest jego sposób bycia w świecie – reagowania, doświadczania oraz nadawania znaczenia wydarzeniom.

Sposób przeżywania jest, można by powiedzieć, jedyny w swoim rodzaju, ale to on sprawia, że życie nie jest ciągiem faktów, lecz układa się w doświadczenie.

Wybory Fergusona prowadzą do różnych rozstrzygnięć, ale pozostaje w nim rdzeń, coś, co go konstytuuje w głębszym sensie, pomimo zmienności jego doli. Życie miewa różny przebieg. Cokolwiek by się jednak wydarzyło, możemy zachować sposób, w jaki owo życie przeżywamy. W przyszłość zabieramy sposób patrzenia na świat jako wrażliwość, otwartość i łagodność.

Zastanawiam się więc, kim by był metaforyczny Archie Ferguson. Zbiorowy podmiot opisany powyżej jako reprezentant społeczeństwa zmęczenia, ów wypalony normotyk czy melancholik, który w chwiejnej trzeciej dekadzie XXI w. stoi przed pytaniem o to, co warte jest zachowania. I o to, co jest trwałe w obliczu wstrząsów i zmian.

Co takiego wydarzyło się w ostatnich dekadach, że właśnie ta stała, jaką jest wrażliwość, może zostać zablokowana, zredukowana i wyparta? Skoro są rzeczy, które dzięki pamięci mogą trwać, co dzieje się z nami dziś, że właśnie ta stała – wrażliwość, sposób przeżywania, wewnętrzny ton – ulega stępieniu?

Christopher Bollas w tekście dotyczącym osobowości normotycznej opisywał przypadek pacjenta imieniem Tom (oczywiście jego dane i wszelkie szczegóły zostały zmodyfikowane na użytek publikacji). Tom w wieku 16 lat trafił na oddział psychiatryczny po próbie samobójczej. Na pierwszy rzut oka nic nie zwiastowało kryzysu – dobrze radził sobie w szkole, prowadził aktywne życie towarzyskie, nie brakło mu zainteresowań. Z biegiem czasu zaczął się coraz bardziej wycofywać, stopniowo tracił kontakt ze swoimi przeżyciami, co nie zostało dostrzeżone w jego domu rodzinnym. Mimo że w szpitalu nawiązał relację z terapeutą i sprawiał wrażenie bycia w dobrym kontakcie – był uprzejmy, odpowiadał logicznie na pytania – jego życie wewnętrzne wydawało się spłaszczone. Tak jakby nie doświadczał. To nie brak wydarzeń był przyczyną kryzysu, lecz brak ich przeżywania.

Doprowadziło to ostatecznie do gestu, którego sam nie rozumiał, bo trudno było upatrywać jakichkolwiek znamion załamania w faktach czy zdarzeniach zewnętrznych. Przypadek Toma odsłania paradoks normalnego funkcjonowania i bycia zarazem odciętym od siebie. Brak żywego kontaktu z emocjami i ich rozumienia wytworzył jakiś rodzaj wyrwy, która znajduje swój wyraz w dramatycznym i niezrozumiałym na pierwszy rzut oka akcie. Stanowi zarazem metaforę stopniowego zaniku podmiotowości, który przebiega w sposób bezwiedny i niezauważalny.

Nie sposób tego typu rozpoznania zastosować do podmiotu zbiorowego, a tym bardziej przypisać je każdemu z osobna. Można jednak potraktować je jako opis dynamiki pewnego doświadczenia, w którym podczas pozornie normalnego funkcjonowania w świecie dzieje się coś dramatycznego, lecz niewidocznego, bo cichego, niespektakularnego, wręcz społecznie oczekiwanego. Ten typ dramatu stoi w kontraście do brutalniejszych obrazów, które napływają do nas ze smartfonowych ekranów, ale przecież czujemy, że te dawki zatrważających informacji w gruncie rzeczy nas znieczulają, a to, co widzimy, szybko powszednieje. Aby przetrwać, musimy odciąć się od czucia.

Tymczasem czucie, otwartość, łagodność i podatność na zranienie są tym, co czyni nas najbardziej kruchymi, ale zarazem ich brak pozbawia nas życia. To właśnie ta zdolność – subtelna i jednocześnie trudna – okazuje się najbardziej podstawowa.

W przyszłość na pewno zabieram Beatlesów, nie tylko melodie i słowa, lecz uczucie i wspomnienie, które ze sobą dla mnie niosą. Doświadczenie odczuwania, porozumienia, więzi i miłości, które stanowi pomost między przeszłością i przyszłością. Jeśli znamy uczucie otwartości i zachwytu – możemy je w sobie przywołać. A dzięki niemu przechować dobro, jakiego doświadczyliśmy, dobro, które znamy, które można odzyskać – nie cofając się, ale stwarzając je w nowych warunkach. Nie ma żadnych gwarancji powodzenia, lecz póki trwamy, nosimy w sobie potencjał do przemieniania i do bycia przemienianymi. I możemy wciąż dostrzegać błękit nieba, okrągłość Ziemi i odczuwać powiewy wiatru – dokładnie tak jak w Because.

Artykuł pojawił się w numerze: Poza zasięgiem