Subskrybuj
Ilustracja. Portret starszej kobiety (Gisele Pelicot) z krótkimi rudymi włosami na turkusowym tle. Ma na sobie ciemną marynarkę, jasną koszulę oraz szarfę z jasnymi kwiatami i przypinkę z napisem „SHAME MUST CHANGE SIDES”. W dolnej części ilustracji widoczne są mniejsze postacie stojące obok siebie oraz sprzęt nagraniowy i mikrofony skierowane w stronę kobiety z portretu
Ilustracja: Klara Gryglicka
Amerykańska reporterka, dziennikarka „New Yorkera”, po polsku ukazała się jej książka Obcy dla samych siebie. Jak choroba psychiczna zmienia to, kim jesteś (2024)

Proces rodzinny

Wstydzić się mają sprawcy gwałtu, a nie ich ofiary – słowa Gisèle Pelicot uczyniły z niej feministyczną bohaterkę. Jeden z najgłośniejszych współczesnych procesów doprowadził do wyroku skazującego dla 51 mężczyzn. A zarazem do podziału między matką a dziećmi

W październiku 2020 r. Gisèle Pelicot siedziała obok kortu tenisowego i patrzyła, jak jej wnuczka ćwiczy uderzenia z forhendu, gdy na ekranie telefonu zobaczyła komunikat o nieodebranym połączeniu. Oddzwoniła, a wtedy policjant, który przedstawił się jako Laurent Perret, zapytał, czy jest świadoma, że przed kilkoma tygodniami policja przesłuchiwała jej męża Dominique’a. Ktoś z ochrony supermarketu przyłapał monsieur Pelicota na nagrywaniu filmów komórką wsuniętą trzem kobietom pod spódnice. Gisèle odparła z dozą satysfakcji, że o wszystkim już wie. Oświadczyła wtedy mężowi, że zachował się niepoważnie, i zachęciła go do terapii oraz przeproszenia poszkodowanych kobiet.

– Wybaczyłam mu, bo wiem, że to zupełnie do niego niepodobne – tłumaczyła później Perretowi. – Mówiłam, że musimy z tym problemem zmierzyć się wspólnie.

Pelicotowie mieszkali w żółtym parterowym domu z bladoniebieskimi okiennicami i basenem w miasteczku Mazan w Prowansji. Przeprowadzili się tam z Paryża siedem lat wcześniej, gdy Gisèle przeszła na emeryturę. Kilka tygodni po telefonie od Perreta pojechali spotkać się z policjantem na komisariacie. Dominique miał na sobie ciemnozielone spodnie ze sztruksu i różową koszulkę polo, które Gisèle wybrała dla niego poprzedniego wieczoru.

– Nic się nie martw, to tylko formalność – uspokajała męża.

Sześćdziesięciosiedmioletnią Gisèle poproszono do osobnego pokoju. Perret pytał ją tam o jej małżeństwo.

– To była miłość od pierwszego wejrzenia – powiedziała.

Poznała Dominique’a, kiedy oboje mieli po 18 lat, spędzili więc ze sobą już prawie pół wieku.

– Jest dobry i troskliwy – czytamy w zapisie wywiadu. – To wspaniały gość, dobrze się dogadujemy i dlatego wciąż jesteśmy razem. Nie jest idealny, ale takie są jego główne cechy.

Perret chciał coś usłyszeć o życiu towarzyskim Gisèle. Powiedziała, że przyjaźnią się z parą, którą znają od ponad 20 lat.

– Cenimy te same wartości: rodzinę, wnuki.

Perret zapytał, czy Gisèle i jej mąż interesowali się kiedyś swingingiem.

– Nie, co za okropność! Nie jestem tego rodzaju kobietą. Mnie potrzebne są uczucia.

Gisèle spostrzegła zakłopotanie policjanta. Jak wyjaśnił, natrafił na dowody na to, że Dominique dosypywał jej do drinków środki nasenne, tak żeby można było ją zgwałcić.

– Myśli pani, że to prawdopodobne?

– To niemożliwe – odparła Gisèle z płaczem.

Perret pokazał jej zdjęcia z kart pamięci i komputera skonfiskowanych jej mężowi po wpadce w supermarkecie.

– Czy rozpoznaje pani osobę w pasie do pończoch, która leży na łóżku i wydaje się pogrążona we śnie?

– Tak, to ja, to moja sypialnia. Nigdy nie sypiam w ten sposób.

Zastanowił ją jej dziwnie zwiotczały policzek na fotografii.

– Sama już nie wiem, na czym stoję – przyznała.

Perret podsunął jej inne zdjęcie, na którym w jej sypialni znajdował się siwiejący mężczyzna z tatuażem.

– Rozpoznaje pani to miejsce?

– Co to za facet? – zapytała. – Nigdy nie godziłam się na seks z tym człowiekiem.

Kiedy policjant wymienił login, którego Dominique używał na Skypie do rozmów z jej gwałcicielami, Gisèle oświadczyła:

– Kompletnie nie rozumiem, o czym mowa.

Perret zapytał, czy Gisèle chciałaby wnieść oskarżenie. Jak tłumaczył, jej mąż miał listę nazwisk ponad 50 ludzi, którzy w minionym dziesięcioleciu gwałcili ją, kiedy leżała nieprzytomna. Gisèle nie myślała dotąd o złożeniu skargi, ale na pytanie policjanta odpowiedziała twierdząco.

Policja odwiozła ją do domu, podczas gdy Dominique pozostał na komisariacie.

– Zaplątałem się – wyznał. – Zrozumiałem, że dzięki środkom nasennym bardzo łatwo dostanę to, czego chcę, a czego inaczej bym nie dostał. Co było oczywiste, bo to nie był jej styl życia.

Powiedział, że zniszczył własną rodzinę. Czuł do siebie odrazę.

– Snułem fantazje, które stopniowo stawały się rzeczywistością, i chciałem pociągnąć je dalej.

W domu Gisèle uruchomiła pralkę. Potem zaprosiła do siebie najbliższą znajomą z Mazan. Czekając, wywiesiła bokserki i piżamę Dominique’a na sznurze w ogrodzie. „Dobrze, że wyszło słońce – pomyślała – ubrania szybko mu wyschną”. Poprasowała, odkurzyła sypialnie.

Nazajutrz rano z Paryża przyjechała trójka jej dzieci: David, Caroline i Florian. Na komisariacie Perret przedstawił im szczegóły śledztwa. W drodze powrotnej do Mazan Gisèle przypomniała sobie z ulgą, że w lodówce ma jeszcze zupę dyniową, którą będzie mogła podać na obiad. Jej dzieci jednak nie chciały siadać do stołu. Caroline, 41-letnia menedżerka ds. komunikacji, stwierdziła, że rodzinny dom nagle postarzał się i zbrzydł, a jego zapach już jej się nie podoba. Razem z braćmi zaczęła przeglądać szuflady ojca. Odkryli w nich niezapłacone rachunki. Kilka godzin później Perret zatelefonował do Caroline z prośbą, żeby ponownie przyjechała na komisariat. Uzmysłowił sobie, że widział już jej twarz. Policja pokazała Caroline dwa zdjęcia: na obu spała, leżąc na boku z odsłoniętą bielizną. „Należy odnotować, że mme Caroline Pelicot jest roztrzęsiona i jak nas informuje, czuje się bardzo źle” – czytamy w raporcie. – „Przerwijmy spotkanie”.

W domu – napisała później Caroline – matka spojrzała na nią „przelotnie, jakbym właśnie wróciła z miłej przechadzki”. David, najstarsze dziecko Pelicotów, pracownik marketingu, zawsze uważał, że to ojcu zawdzięcza „solidne wykształcenie, wartości, charakter”.

– Bardzo szybko uznałem, że usunę tego człowieka z pamięci – powiedział mi.

On i Florian powkładali rzeczy Dominique’a do worków na śmieci i wywieźli je na wysypisko. Pokonali tę trasę dziesięć razy. Caroline zniszczyła oprawione fotografie i obrazki ze ścian oraz zbiór rodzinnych albumów ze zdjęciami.

– Matka chyba miała mi to za złe: to, że działałam w takim amoku – mówiła potem.

Gisèle pamięta, że prosiła córkę:

– Nie tłucz wszystkiego. Chciałabym część z tych rzeczy zachować.

Spośród trojga dzieci właśnie Caroline przysparzała Gisèle najwięcej problemów. „Należy do tych nerwowych osób, które w jednej chwili okazują miłość i tracą panowanie nad sobą” – pisze Gisèle w swojej niedawno opublikowanej książce Et la joie de vivre (I radość życia). – „Od dzieciństwa wydaje się pełna niepewności, której nigdy tak naprawdę nie potrafiłam zrozumieć ani załagodzić”.

W dzieciństwie Caroline uważała ojca za „bardziej matczynego od matki”. Opisywała go jako tatę, „który słuchał, który przychodził do mnie do pokoju, siadał na brzegu tapczanu i tłumaczył: »Caroline, nie możesz tak mówić – nie możesz się tak zachowywać«”.

Pomagał każdemu ze swoich dzieci przy odrabianiu zadań domowych, grał z nimi w piłkę, gotował dla całej rodziny.

Gdy Caroline doczekała się własnego dziecka, co lato przyjeżdżała ze swoim mężem Pierre’em na kilka tygodni do rodziców. Wieczorami popijali koktajle, grali w Trivial Pursuit, rozmawiali i czasem kładli się dopiero o pierwszej w nocy.

– Uwielbiałem tego człowieka – powiedział później Pierre.

Żona Floriana, Aurore, była podobnie urzeczona rodziną Pelicotów.

– Pamiętam, że mówiłam do męża: wy jesteście chyba z kosmosu. Sama pochodzę ze skomplikowanej rodziny z przeróżnymi tematami tabu, a tu trafiłam między kochających się, serdecznych ludzi. Dla mnie byli kimś w rodzaju rodziny idealnej.

Caroline nie chciała spędzać tej nocy sama. Poprosiła matkę, żeby przeniosła się do niej do pokoju gościnnego. „Czy byłoby nam łatwiej, gdybym przytuliła córkę, gdybyśmy przegadały całą noc?” – zastanawia się Gisèle. Ona jednak potrzebowała wtedy odosobnienia w swojej sypialni – „scenie dokonywanych gwałtów”, owszem, ale wciąż jej „miejscu do spania”. Rano rozmawiały o zdjęciach, które pokazano Caroline na komisariacie. Córka bała się, że ją też gwałcono. „Chociaż rozumiałam jej podejrzenia – pisze Gisèle – nie mogłam pozwolić, żeby przerodziły się w pewność”. Zapytała córkę, czy jest przekonana, że kobieta z fotografii to ona. Caroline czuła, że matka jej nie wierzy.

David, Caroline i Florian uznali, że ich matka nie może dłużej przebywać w domu w Mazan. Po trzydniowym sprzątaniu wszyscy pojechali pociągiem do Paryża. Gisèle miała pomieszkiwać kolejno u swoich dzieci. David pamięta, że na dworcu patrzył na nią i myślał: „Z poprzedniego życia zostały jej tylko walizka i pies”. Gisèle czuła się tak, jakby znowu była 20-letnią dziewczyną.

– Nie dziwiłam się, że chcą wymazać cały ten okres swojego życia – powiedziała mi. – Ale gdyby pozbawiono mnie tych 50 lat, bardzo trudno byłoby mi żyć dalej.

Dziękuję ci, życie

„Trzeba wiedzieć, skąd się przychodzi, żeby wiedzieć, dokąd się zmierza” – napisał Dominique w 30-stronicowej autobiografii, którą zatytułował Z własnymi problemami, dziewięć lat przed swoim aresztowaniem. Kopie dał Gisèle i dzieciom. „Myślę o dniu, kiedy mnie już tutaj nie będzie, a bliscy poznają moją przeszłość, co niewątpliwie pomoże im wzrastać w miłości oraz wartościach, jakie starałem się im przekazać”. W autobiografii, utrzymanej w żartobliwym tonie („Życie w Paryżu, możecie mi wierzyć, to nie bułka z masłem dla wsioka”), sporo jest mowy o radości z gry w piłkę. Dominique jednak określa w niej własnego ojca jako „despotę”, „wilka”, „drapieżcę czającego się w cieniu”, a matkę jako „zbyt uległą i niezdolną do odejścia”. Pisze o „wtargnięciu” do rodziny, o adopcji Nicole, która przebywała wcześniej w rodzinach zastępczych. Ojciec „wykorzystał sytuację, żeby szukać zaspokojenia w tym, co miał do dyspozycji”. Po śmierci żony Pelicot senior zaczął dzielić sypialnię z przybraną córką, wtedy dwudziestoparoletnią. „Rozumiem, że mężczyzna miewa potrzeby, ale nie w taki sposób”. Niemniej za każdym razem, gdy w autobiografii pojawia się ponury temat, Dominique zamyka go szybko: „przejdźmy do innych spraw”, „takie jest życie”. Narrację kończy spotkanie z Gisèle: „Dalej już będzie nam łatwo. Żyliśmy szczęśliwie, jak to się mówi, i mieliśmy wiele dzieci”. Ostatnie słowa autobiografii brzmią: „DZIĘKUJĘ CI, ŻYCIE”.

Dominique był elektrykiem, następnie agentem handlu nieruchomościami, często jednak tracił pracę i brakowało mu pieniędzy. Gisèle zaczynała jako sekretarka w głównym francuskim zakładzie energetycznym, potem wielokrotnie awansowała, żeby ostatecznie, ku własnemu zdziwieniu, objąć kierownicze stanowisko, które pozwalało jej utrzymywać rodzinę. Ceniła styl i kulturę bardziej niż mąż – gdy wzięła go na Madame Butterfly, nudził się przez trzy godziny – ale łączyło ich poczucie humoru.

– Było u nas mnóstwo ironii – opowiadała Caroline. – Bez względu na to, co się działo w życiu rodzinnym, umieliśmy się z tego śmiać.

Urządzali przyjęcia dla znajomych w suterenie, w której z sufitu zwisała kula dyskotekowa.

– Nigdy nie widziałam, żeby się gapił na kobiety – mówiła Caroline o ojcu. – Nigdy nie rzucał niewybrednych, nieprzyzwoitych dowcipów.

W trakcie uprawiania seksu, jak pisze Gisèle, Dominique nazywał ją niekiedy „swoją dziwką”, co wydawało jej się absurdalne. Proponował jej depilację brazylijską, ale odmówiła. Nocą zadowoliłaby się samym oparciem głowy na jego piersi, Dominique jednak wolał seks, dostosowywała się więc kilka razy w miesiącu i czasem nawet odczuwała pożądanie. Kiedyś w paryskim domu towarowym musiała wybrać którąś z dwóch par majtek, bo stać ją było tylko na jedną. Dominique bez jej wiedzy wsunął sobie do kieszeni parę, z której zrezygnowała, ale przyłapała go na tym ochrona sklepu. Gisèle wspominała, że wzruszona jego gestem obsługa zaapelowała: „Madame, niechże się pani nie gniewa na męża!”.

Jedną z przyjaciółek Gisèle była młodsza od niej o dziewięć lat singielka Pascale, koleżanka z pracy, często spędzająca urlop z Pelicotami. Pascale uważała Dominique’a za człowieka „bardzo uczynnego, życzliwego i skorego do żartów”. Z biegiem czasu, jak opowiadała, mąż przyjaciółki zaczął się do niej przystawiać. Któregoś lata, gdy na osobności opłakiwała nieudany związek, Dominique objął ją i wyznał:

– Od tak dawna o tym marzyłem.

Po powrocie do firmy Pascale starała się ostrzec Gisèle:

– Nie wiesz, z kim mieszkasz. Stawiasz go na piedestale.

Gisèle nie spytała przyjaciółki, co ma na myśli. Zjeżyła się na jej słowa. Przestała ją zauważać, kiedy mijały się na korytarzu.

– Bardzo mnie zabolało to zerwanie przyjaźni – mówiła Pascale.

Teraz, po kilku tygodniach u Floriana, Gisèle zadzwoniła do Pascale, z którą nie kontaktowała się od 20 lat, i opowiedziała jej, co się wydarzyło. Pascale zaprosiła ją do siebie na weekend. Rozmawiały do piątej nad ranem.

– Zaczęłyśmy na nowo w miejscu, w którym przerwałyśmy, zupełnie jakbyśmy się rozstały na jeden dzień – mówiła mi Gisèle.

Chciała się dowiedzieć, co Pascale przed laty próbowała jej przekazać – może chodziło o jakąś wczesną zapowiedź występków Dominique’a? Usłyszała jednak tylko banalną historyjkę, jak to ujęła, „o niewiernym mężu, który obłapia młodszą przyjaciółkę żony”.

David, Caroline i Florian reagowali niechęcią na każdą wzmiankę o ich udanym dzieciństwie, dlatego było dla niej pociechą, że Pascale zachowała dobre wspomnienia o Pelicotach.

– Dla niej byliśmy idealną parą – powiedziała mi.

Sześć tygodni po aresztowaniu Dominique’a Gisèle spotkała się z sędzią śledczą Gwenolą Journot, która miała rozmawiać ze wszystkimi osobami związanymi ze sprawą. Gisèle najpierw mówiła o Dominique’u „mój mąż”, ale nagle przestała.

– Nie, nie mogę dłużej nazywać go moim mężem.

Zaczęła określać go „tamten” lub „on”. Była właśnie w trakcie rozwodu.

– Najsmutniejsze jest to, że uważałam nas za szczęśliwych.

Gisèle nie pamiętała gwałtów. Po przeprowadzce do Mazan jednak wielokrotnie śniła sen, który obecnie nabierał nowego znaczenia.

– Byłam przy naszej furtce, na tarasie, i widziałam dwóch policjantów – opowiadała mi. – Pytałam ich, czego chcą, a oni tłumaczyli, że chodzi o skargę dotyczącą pewnej kobiety i monsieur Pelicota. Nie rozumiałam tego snu. Ale kto wie, może to moja podświadomość podsuwała mi wskazówki, a ja nie umiałam ich pojąć.

– Wszystko teraz zaczyna układać się w całość – powiedziała na spotkaniu z Journot.

Pewnego dnia Dominique podał jej piwo, które miało lekko zielonkawy odcień. Gisèle uznała, że należy zwrócić je do sklepu, Dominique jednak szybko wylał je do zlewu. Kiedy indziej, wkrótce po ich przeprowadzce, Gisèle zauważyła na swoich nowych spodenkach z żółtej bawełny plamę jak po wybielaczu.

– Pomyślałam: to dziwne, mam przecież doskonałą pamięć, a nie mogę sobie przypomnieć, co się działo poprzedniej nocy – mówiła sędzi śledczej.

Zapytała wtedy Dominique’a żartobliwie:

– Słuchaj, nie odurzyłeś mnie przypadkiem, co?

Dominique się rozpłakał i przeprosiła go za te słowa.

Nieraz mijał dzień za dniem, a Gisèle nie kojarzyła, z kim rozmawiała ani co robiła. Miała dziewięć lat, gdy jej matka zmarła z powodu guza mózgu.

– Kiedy zdarzały mi się te okresy amnezji – mówiła mi – bałam się, że choruję na to samo co mama i że może ja też po prostu zniknę.

Jej ojciec, zawodowy żołnierz, ożenił się powtórnie. Macochą Gisèle została zimna kobieta, która wygłaszała opinie w rodzaju: „Życie to kanapka nafaszerowana gównem i codziennie zjadamy ją po kawałku”. Gisèle pamiętała, że jej matka umierała z uśmiechem, i sama również starała się żyć w ten sposób – pogodnie, nawet kiedy wszystko wokół się waliło. Jej ojciec sprawiał wrażenie, jakby nigdy nie doszedł do siebie po stracie pierwszej żony, a starszy brat popadł w depresję. Gisèle natomiast opisywała siebie jako „dzielnego ołowianego żołnierzyka radości”.

Zgłosiła się – w towarzystwie Dominique’a – do trzech neurologów, ale nie potrafili wskazać przyczyny tych luk w pamięci. Zdaniem Gisèle uważali ją za kolejną starszą panią z dolegliwościami typowymi dla jej wieku.

– Wszyscy trzej – mówiła do Journot – powiedzieli mi to samo: „Ma pani skłonność do zamartwiania się”.

Joël, jeden z braci Dominique’a, lekarz i burmistrz swojego miasta, doszedł do wniosku, że Gisèle jest przemęczona opieką nad wnukami w Paryżu, którymi zajmowała się za każdym razem, kiedy mieli wolne w szkole. Szwagier porównał ją do odkurzacza wypełnionego do granic możliwości.

– Uspokoili mnie tym odkurzaczem – przyznała.

(Joël odmówił komentarza).

Caroline wybrała dla rodziny prawniczkę, Caty Richard, znaną z zaangażowania na rzecz ofiar przemocy seksualnej. Richard odczytała matce i córce zapisy nagrań z przesłuchań Dominique’a oraz pozostałych gwałcicieli. Aresztowano ich falami mniej więcej po dziesięciu. Dominique kontaktował się z nimi na ogół poprzez francuski serwis komunikacyjny Coco oraz czat o nazwie Bez Jej Wiedzy. Zgodnie z jego poleceniem mężczyźni zwykle parkowali samochody przed szkołą niecałe sto metrów od domu Pelicotów. Starali się wcześniej nie palić papierosów ani nie używać wody kolońskiej. Ręce ogrzewali sobie na kaloryferze albo w gorącej wodzie. Rozbierali się w pomieszczeniu służącym rodzinie za pralnię, a ubrania zostawiali na werandzie, żeby szybko się ulotnić, gdyby Gisèle się obudziła. Po gwałcie Dominique mył Gisèle i znowu wkładał jej piżamę. „W ten sposób zaciera ślady swoich występków i wraca na pierwotną pozycję idealizowania partnerki” – orzekł psychiatra sądowy.

Gisèle przyjęła te informacje bez żywszej reakcji.

– Powiedz coś! – krzyczała na nią Caroline. – Dlaczego nic nie mówisz?

Gisèle zanotowała poradę prawniczki:

– Proszę udawać, że pani cierpi. Córce dobrze to zrobi.

Richard nie potwierdziła użycia tych słów, ale rzeczywiście starała się wtedy pomóc Gisèle i Caroline wysłuchać się nawzajem, bo, jak tłumaczyła, „miały całkowicie odmienne metody radzenia sobie z sytuacją”.

– Umiałam tylko jakoś się trzymać, nie poddawać się, robić dobrą minę do złej gry i tego chciałam również dla swojej córki – wspominała Gisèle.

Caroline nie potrafiła jednak zaakceptować podejścia matki. „Dla niej to mechanizm obronny – napisała później – ale taki, jakiego nie będę w stanie tolerować”.

Przeoczone tropy

„W powszechnym odbiorze madame Gisèle Pelicot wydawała się spełniona i szczęśliwa w małżeństwie” – komentowała psycholożka Marianne Douteau. Inny ekspert z zakresu psychologii stwierdził, że Gisèle jest „absolutnie normalna”, chociaż łatwo ulega wpływom: kiedy wręczył jej pustą kartkę i poprosił o podpis, posłuchała, podczas gdy większość osób nie zastosowałaby się do tej prośby. Dominique jednak sprzeciwiał się opinii, że Gisèle jest bezwolna. Porównał ją do trzciny, która „ugina się, ale się nie łamie”.

Biegli wyznaczeni do sprawy mieli kłopot z oceną psychiki Dominique’a. Oskarżony „promieniał szczęściem, kiedy otaczała go rodzina” – obserwowała Douteau. Analizując jego brak elastyczności i problemy z utrzymaniem pracy, komentowała: „pod wieloma względami przypomina własnego ojca”. Dominique natomiast wyraźnie odrzucał myśl, że odtworzył związek rodziców. „W trakcie naszej rozmowy – pisała Douteau – każdą historyjkę o swoim ojcu traktował jako sposobność, by powtarzać niby mantrę, że przysiągł sobie nie upodabniać się do ojca”.

Dwóch psychiatrów argumentowało, że Dominique mógł popełniać przestępstwa na skutek „rozszczepiania się”. „Rozszczepienie pozwala dwóm sprzecznym osobowościom współistnieć ze sobą bez konfliktu – wyjaśniał pierwszy z nich. – Kiedy Pelicot funkcjonuje w jednym trybie, nie jest świadomy drugiego”. Jego kolega zakładał, że Gisèle nie wyczuła ciemnej strony Dominique’a, ponieważ „w pewnym sensie rozszczepiamy się wraz z rozszczepiającym”, a zatem odgradzamy te sektory naszego życia, które nie pasują nam do życiowej narracji.

Trudno powiedzieć, czy za przestępstwami Dominique’a faktycznie kryło się rozszczepienie osobowości, w każdym razie ich skutkiem był podział w samej rodzinie Pelicotów. Każdy wypracował tu inną wersję tego, co rzeczywiście się wydarzyło.

– Przyznaję się do wszystkiego – powiedział Dominique niedługo po swoim aresztowaniu. – Jedyne, co mnie trochę szokuje, to moja córka. Zdjęcia, które mi pokazaliście… te zdjęcia nic mi nie mówią. Nigdy nie tknąłem córki, nigdy.

Caroline przypuszczała, że jedną z fotografii wykonano w dawnym mieszkaniu rodziców pod Paryżem jeszcze przed przeprowadzką do Mazan, drugiej fotografii nie była pewna. Dominique początkowo zapewniał sędzię Journot, że nie przypomina sobie robienia tych zdjęć. Wypowiadał się nieskładnie. Stwierdził, że córka to „wykapana matka”, a potem oświadczył:

– Moim zdaniem wygląda bardzo młodo. Mnie zarzuca się czyny innego rodzaju.

Kiedy Journot zapytała Gisèle, co myśli o tych uwagach Dominique’a, Gisèle odparła:

– Nie znam odpowiedzi. Jeśli chodzi o Caroline, nie znam odpowiedzi.

Journot powróciła do tej sprawy podczas innego spotkania. Gisèle mówiła:

– Moje osobiste przekonanie jako matki jest takie, że mojej córki nie odurzono ani nie wykorzystano seksualnie. Takie jest moje osobiste przekonanie. Jestem o tym przekonana. Rozmawiałam z nią na ten temat, ale ona się upiera.

I dodała:

– Kiedy się patrzy na moje zdjęcia i na jej, nie ma porównania.

Gisèle na zdjęciach wydawała się w zasadzie martwa, kompletnie bezwładna, Caroline natomiast w ocenie matki ułożyła ręce tak, jakby spała w pozycji embrionalnej. Obie pamiętały ten materiał inaczej: według Gisèle sfotografowane wnętrze było tak ciemne, że prawie nierozpoznawalne, a Caroline widziała tam „lampkę nocną oświetlającą całą scenę”.

„Mama i ja oddalamy się od siebie” – pisała Caroline w grudniu 2020 r. w dzienniku, który opublikowała później pod tytułem I już nigdy nie nazwę cię tatą.

„Dla niej to niewyobrażalne, że ja również mogłam być ofiarą mojego ojca”. Caroline rozumiała, dlaczego matka wzbrania się przed myślą o kazirodztwie, „niemniej trudno mi się pogodzić z faktem, że nawet nie bierze pod uwagę tej możliwości ani nie znajduje czasu, żeby wysłuchać mojego gniewu i bólu”. (Caroline nie zgodziła się na rozmowę ze mną; jak wyjaśniła, „w grę wchodzi za dużo emocji”).

Dominique’a oskarżono o naruszenie prywatności Caroline przez rozsyłanie jej zdjęć innym mężczyznom. Nie kwestionował tego zarzutu. Journot nie miała jednak wystarczających podstaw, żeby go oskarżyć o odurzanie lub gwałcenie córki. Caroline nie doświadczała chwilowej utraty przytomności ani zaników pamięci. Gisèle próbowała ją uspokajać, mówiąc, że brak dowodów należy interpretować pozytywnie, ale jak napisała, „uspokajanie jej oznaczało dla niej teraz zdradę”.

Reszta rodziny także zaczęła przyglądać się przeszłości w poszukiwaniu przeoczonych tropów. Najmłodszy Florian, pianista i stand-uper, mówił mi, że w dzieciństwie nie mógł pojąć, dlaczego trochę krępuje go obecność ojca.

– Zastanawiam się, czy gdzieś w głębi nie wyczuwałem pośrednio tej jego drugiej strony.

Zawsze dużo bliższa była mu matka.

– Kiedy próbowałem dyskutować z nim o psychologii i tym podobnych, za każdym razem robił drobne uniki.

Spostrzegł, że ojciec uchyla się od introspekcji, stosując formułkę „nie dziel gówna na czworo”.

Aurore, żona Floriana, wyjawiła sędzi Journot, że przed laty słyszała, jak Dominique zachęca swojego wnuka Nathana, jedno z dzieci Davida, żeby pobawił się z nim w doktora.

– Zaskoczyła mnie ta wypowiedź teścia, ale nie odważyłam się poruszyć tematu – przyznała.

W tym czasie Aurore wniosła oskarżenie o wykorzystanie seksualne przeciwko własnemu dziadkowi, policjantowi, który ostatecznie usłyszał wyrok skazujący.

– Mówiłam sobie, że przecież nie muszę z tego powodu wszędzie doszukiwać się zła – tłumaczyła później. – Myślałam, że pewnie jestem przewrażliwiona pod wpływem własnych przeżyć.

Po aresztowaniu Dominique’a 14-letni Nathan miał nawracający koszmar senny, w którym dziadek wykorzystywał go seksualnie w samochodzie.

– Przez miesiąc milczałem, ale nie mogłem tego dłużej znieść – powiedział mi. – Poszedłem porozmawiać z matką, a ona mi powtórzyła, co Aurore mówiła o zabawie w doktora.

Rodzice zaprowadzili go do terapeutki specjalizującej się w kinezjologii stosowanej, metodzie popularnej we Francji. Nathanowi zaczęły się nasuwać obrazy wykorzystywania go przez Dominique’a.

– Wszystko działo się między moim ciałem a terapeutką. Myślałem o pytaniach, które mi zadawała, ale nie odpowiadałem słowami. Mówiło moje ciało.

Odkrycie, że nie można polegać na osobistych impresjach z własnego życia, skłoniło Pelicotów do wyboru metody diagnostycznej, która pomijała świadomy proces rozumowania.

Odzyskiwanie wypartych wspomnień poprzez terapię nie jest rzetelnym sposobem docierania do prawdy, lecz zło, którego dopuścił się Dominique, zmieniło pogląd rodziny na to, co zasługuje na wiarę. W swojej książce Gisèle opisuje, jak pewnego razu przy wspólnej kolacji Nathan zrelacjonował dręczący go sen. Gisèle uspokajała wnuka, że sny nie są tym samym co wspomnienia. Uważała, że nie warto roztrząsać czegoś, co być może nigdy się nie wydarzyło. „Chciałam, żeby Nathan ruszył naprzód, żeby mógł sobie radzić dalej” – tłumaczy. David raptownie uciął rozmowę.

Samotność była jak przyjaciółka

W październiku 2021 r. ktoś ze znajomych zadzwonił do Gisèle z informacją, że jej sprawą zainteresował się francuski tabloid „Le Nouveau Détective”. Na okładce pisma widniał żółty pasek ze słowami: „najgorsza z ujawnionych dotąd spraw!”. Gisèle występowała tam pod pseudonimem.

– Poczułam się bardzo dziwnie, bo mówiono o mnie, a ja miałam wrażenie, że chodzi o kogoś innego – powiedziała do Journot.

Z przerażeniem odbierała argumenty obrony i komentarze w prasie, z których wynikało, że „na pewno się orientowałam, na pewno tylko udawałam sen. To bardzo bolesne. Na szczęście nie byłam sama, zawsze mogłam liczyć na przyjaciół, którzy stale się ze mną kontaktowali”.

Caroline miała dom letniskowy na wyspie Île de Ré u zachodniego wybrzeża Francji. Gisèle postanowiła go wynająć, żeby móc zaszyć się w spokojnym miejscu. Na wyspie nie znała wprawdzie nikogo, ale spędziła już trzy miesiące u Davida i cztery u Floriana i te tymczasowe pobyty stawały się coraz bardziej uciążliwe.

– Ich życie toczyło się dalej, a moje już nie – powiedziała w rozmowie ze mną.

Na skrzynce pocztowej umieściła swoje panieńskie nazwisko: Guillou. Po raz pierwszy mieszkała całkiem sama. Sezon turystyczny się skończył i na wyspie nie było prawie nikogo. Gisèle głównie spacerowała; ruch miał jej pomóc „wreszcie się od tego wszystkiego uwolnić”. Codziennie pokonywała niemal 10 km, często w towarzystwie swojego buldoga o imieniu Lancôme.

Znalazła na wyspie terapeutkę, która specjalizowała się w leczeniu traumy. Kiedy jednak wyjawiła jej na pierwszym spotkaniu, że została zgwałcona przez dziesiątki mężczyzn, tamta wyraźnie jej nie uwierzyła. Gisèle powiedziała więc:

– Proszę sobie wygooglać „Mazan”, sama się pani przekona.

Terapeutka zobaczyła nagłówki serwisów informacyjnych. Gisèle ją zapewniła, że owszem, było ciężko, ale ostatecznie wszystko się ułoży. Uśmiechnęła się. Było jasne, że terapeutka nie wie, jak zareagować.

– Kiedy przyszłam na drugie spotkanie, zaintrygowana poprosiła, żebym opowiedziała jej o swoim dzieciństwie – mówiła mi. – Chciała zrozumieć, jak to możliwe, że wciąż się nie poddaję.

Podczas spacerów Gisèle zaczęła poznawać innych mieszkańców Île de Ré. Wolała trzymać się bezpiecznych tematów – rasy i wieku psów, miejsca zamieszkania na wyspie. Kiedy pytano o przeszłość, udzielała wymijających odpowiedzi. Stopniowo zaprzyjaźniła się z pewną parą, Angèle i Fredem, i wyjaśniając im, jak to się stało, że wylądowała na Île de Ré w pojedynkę, sięgnęła po metaforę czołowego zderzenia z pociągiem ekspresowym. Tej samej przenośni użyła wkrótce po aresztowaniu Dominique’a, kiedy na prośbę Journot opisywała swoje odczucia wobec męża. Nowi przyjaciele nie wypytywali o szczegóły. O samej zdolności Gisèle do przyciągania ludzi do siebie Florian mówił: mama jest „trochę jak słońce”.

Tego roku Caroline i jej bliscy zamierzali na Boże Narodzenie spędzić tydzień w swoim domu letniskowym i Caroline poprosiła matkę, żeby – jak pisze Gisèle – ulotniła się stamtąd. Poszukiwania wolnego pokoju w hotelu, przyczepy mieszkalnej lub choćby kempingu nic nie dały: wszystko już zarezerwowano. „Nagle nie miałam gdzie się podziać”. Lokum zaoferowali ostatecznie Angèle i Fred – wybierali się poza wyspę, a Gisèle mogła przy okazji zaopiekować się ich kotem. Święta spędziła więc samotnie, żywiąc się grzankami z serem. To jeden z najbardziej przygnębiających fragmentów jej wspomnień: Gisèle nie komentuje sposobu, w jaki potraktowała ją córka. Relacje z Davidem również się wtedy pogorszyły; nie odzywał się od pół roku. Kiedy jednak zapytałam o tamto Boże Narodzenie, Gisèle określiła je jako nieunikniony cios.

– Potrzebowałam tego, bo jeśli ktoś odczuwa tak głęboki smutek, woli się nie odsłaniać. Samotność była trochę jak przyjaciółka. To był styl bycia.

„Gisèle ma się dobrze” – napisała do Dominique’a jego starsza siostra Geneviève wkrótce po przeprowadzce szwagierki na Île de Ré. „Na twoje szczęście chce zachować o tobie tylko pozytywne wspomnienia”. List włączono do akt sprawy i Caroline, która czytała te dokumenty całymi godzinami, była zaskoczona taką opinią. „Absolutnie się z tym nie zgadzam” – podkreśla we wspomnieniach. „Matka po prostu chce się trzymać każdego skrawka poprzedniego życia, jaki jeszcze pozostał jej w rękach”.

Historia się powtarza

Rok po przenosinach Gisèle na wyspę policja odkryła, że DNA Dominique’a pasuje do materiału zebranego po próbie gwałtu z 1999 r., której sprawcy nie wykryto. Dwudziestoletnia pośredniczka handlu nieruchomościami, posługująca się pseudonimem Marion, umówiła się z potencjalnym nabywcą w mieszkaniu na peryferiach Paryża. W jednej z sypialni mężczyzna sznurem związał jej ręce za plecami, a usta zakrył szmatką nasączoną środkiem uspokajającym. Kiedy zaczął ściągać z niej ubranie, Marion się wyrwała, wbiegła do garderoby i czekała za jej zamkniętymi drzwiami, aż tamten w końcu odejdzie. Dominique zapewniał, że nic nie wie o tym zdarzeniu. Gdy jednak usłyszał, że na bucie Marion znaleziono jego DNA, poprosił o chwilę przerwy.

– To rzeczywiście ja – przyznał, kiedy podjęto przesłuchanie.

Twierdził jednak, że sam zrezygnował z gwałtu na Marion.

– Zablokowała mnie myśl, że to mogłaby być moja córka.

Marion i Caroline były w tym samym wieku.

Napaść na Marion łączono z inną nierozwiązaną sprawą – wcześniejszą, z 1991 r. – w której policja podejrzewała udział tej samej osoby. Tu także młoda agentka handlu nieruchomościami pokazywała klientowi mieszkanie w Paryżu. Zgwałcono ją i uduszono, a w pokoju unosiła się woń eteru. Dominique utrzymywał, że nie ma z tym nic wspólnego. Tym razem nie zabezpieczono DNA, policja przeprowadziła śledztwo nieudolnie i straciła materiał dowodowy. Niemniej Dominique został oskarżony o obydwa przestępstwa.

Gisèle powiedziała policjantom, którzy ponownie badali tamte sprawy, że nigdy nie zauważyła u męża zagadkowych zadrapań ani siniaków. Przypominała sobie dwa wieczory, zapewne z lat 90., kiedy Dominique wrócił do domu zapłakany. Tłumaczył, że wyleciał z pracy, ale Gisèle zastanawiała się teraz, czy nie był roztrzęsiony, bo właśnie kogoś napadł lub zabił. Próbowała wtedy poprawić mu humor, serwując mu gratin dauphinois, zapiekankę z ziemniaków i sera.

Po tych zeznaniach Gisèle zatelefonowała do Pascale, żeby jeszcze raz pomówić o przeszłości. Żałowała, że Dominique nie opowiedział jej o swoich skłonnościach, bo może zdołałaby mu pomóc lub znaleźć dla niego terapię. Po trzydziestce miała romans z kolegą z pracy i pomyślała sobie teraz, że może zachowanie Dominique’a wynikało z poczucia opuszczenia. Kiedy mąż dowiedział się o jej romansie, wspiął się na most kolejowy i prawie skoczył. Jak tłumaczył później psychiatrze, w owym koledze żony widział młodszą wersję siebie. Pascale przerwała Gisèle i starała się ją przekonać, że to, co się wydarzyło, wykracza poza ich małżeństwo. „To już nie była tragiczna historia miłosna Gisèle i Dominique’a” – pisze Gisèle.

W interpretacji Dominique’a jednak ta historia pozostawała aktualna.

– Przed poznaniem Gisèle byłem nikim – powiedział Dominique sędzi Journot. – To ona sprawiła, że stałem się kimś.

Jego adwokatka Béatrice Zavarro twierdziła, że młodsi gwałciciele, których wpuszczał do domu, byli dla starzejącego się Dominique’a swoistym „obiektem sublimacji”, sposobem na wywyższenie siebie. „Historia się powtarza” – pisał Dominique w liście do Zavarro. Nie poszedł na pogrzeb swojego ojca i wiedział, że jego dzieci również nie będzie na jego pogrzebie. On też próbował się pozbyć wszystkich zdjęć ojca. „Okazałem się nielepszy od tego, którego nienawidziłem” – podsumowywał.

Znów kogoś pokochać

Kilka tygodni po informacji o innych przestępstwach łączonych z Dominikiem Gisèle słuchała, jak Richard, jej prawniczka, omawia jej sprawę w programie telewizji kablowej zatytułowanym True Crime Tales. Ton wypowiedzi wydał jej się obcesowy. W tym czasie wynajmowała już domek od nowych znajomych mieszkających na tej samej posesji na wyspie. Gisèle nie podobało się to, że Richard wykorzystuje jej bolesne doświadczenia w argumentacji o „potężnej walce kobiet z mężczyznami”. Miała też pretensje do prawniczki, że pozwala Caroline spędzać długie godziny nad aktami sprawy (choć Caroline była do tego uprawniona) i oglądać dokumentację gwałtów na własnej matce. Po tym wystąpieniu telewizyjnym Gisèle uznała, że dłużej tego nie zniesie. Zwolniła Richard – bez planu awaryjnego. Zastanawiała się, czy w ogóle nie zrezygnować z reprezentacji prawnej.

Ktoś z sąsiedztwa skontaktował ją z Antoine’em Camusem, prawnikiem, który zwykle zajmował się sporami korporacyjnymi i przestępczością gospodarczą.

– Miałem znaleźć jej kogoś nowego, ale po rozmowie zaproponowałem siebie – powiedział mi Camus.

Do współpracy zaprosił swojego przyjaciela Stéphane’a Babonneau, doświadczonego w zakresie przestępstw seksualnych; koszty planowano pokrywać z funduszu pomocy prawnej. Podczas pierwszej wideorozmowy Babonneau był zaskoczonym dobrym, jak ocenił, stanem psychicznym Gisèle.

– Zupełnie nie było po niej widać grozy tego, przez co przeszła.

Po traumatycznych przeżyciach ludzie często czują się tak, jakby tylko obserwowali zadawane im cierpienia, lecz dla Gisèle, nieprzytomnej w trakcie napaści, było to jeszcze mniej uchwytne. Wiedziała, że istnieją nagrania gwałtów, ale nie chciała ich oglądać, żeby na tej podstawie nie tworzyć nowych wspomnień.

– To przekracza moje siły – tłumaczyła Perretowi.

Kilka miesięcy po zatrudnieniu prawników Gisèle poszła ze znajomymi do restauracji pod wielkim namiotem z muzyką na żywo i tańcami. Posadzono ją obok Jean-Loupa, emerytowanego stewarda linii Air France. On też miał buldoga. Znajomi Gisèle potajemnie planowali ich wyswatać.

– Wiedziałem trochę o Gisèle, czytałem jakiś artykulik w „Le Monde”, ale nie zadawałem jej żadnych pytań – powiedział mi Jean-Loup. – Rozmawialiśmy o innych rzeczach. Opowiedziałem jej o swoim życiu z Bénédicte. Wciąż byłem wtedy w żałobie.

Bénédicte, jego żona, zmarła dziewięć miesięcy wcześniej.

Na pierwszej randce Gisèle i Jean-Loup wybrali się na inscenizację opery Carmen na wyspie i pocałowali się na pożegnanie. „Byłam oszołomiona szczęściem – wspomina Gisèle. – Bardzo chciałam znowu kogoś pokochać. Nie czułam strachu”. Gisèle opisuje również ich pierwszą wspólną noc: „Nic nawet nie jedliśmy. Nie mogliśmy się doczekać”. Wieczór upłynął „łagodnie, przeplatany tłumionym chichotem”. Gisèle miała 70 lat; Jean‑Loup, z dwójką dorosłych dzieci, był trzecim mężczyzną, z którym spała. Przez pierwsze miesiące nie wyjawili swoim bliskim, że się spotykają. „Było coś zabawnego, wręcz ekscytującego – pisze Gisèle – w utrzymywaniu naszego związku w sekrecie, jakbyśmy byli nastolatkami, a życie dopiero się rozpoczynało”.

W jej ujęciu myśl o nowym związku budziła większy opór w Jean-Loupie niż w niej samej. Jean-Loup miewał ataki paniki; „Czuję się tak – mówił – jakbym zdradzał Bénédicte”. Gisèle natomiast doznawała niemal metafizycznej pewności. Jean-Loup był dla niej potwierdzeniem, że jej autonarracja pozostaje nienaruszona.

Wyłonił się „z miejsca odległego od tej wyspy: ze sceny mojego dzieciństwa, która mnie ukształtowała, źródła mojego najgłębszego bólu. Był wybawcą, wypełniał pustą przestrzeń (…), otchłań”.

Wcześniej Gisèle w takiej samej stylistyce opisuje swoją pierwszą noc z Dominikiem. Jego obecność była „znakiem – znakiem od Maman, że ona czuwa nade mną. Byliśmy kochankami, byliśmy bliźniętami. Mieliśmy na zawsze pozostać razem; cierpienie minęło”. Dominique w autobiografii podobnie relacjonuje własne poszukiwania miłości: „Zapełniałem pustkę swojego osamotnienia”.

Chcę jawnego procesu

Ofiary przemocy seksualnej we Francji mają prawo do rozprawy przy drzwiach zamkniętych. Gisèle oświadczyła Journot, że chce takich właśnie posiedzeń sądu. Policja ustaliła, że gwałtów dokonało co najmniej 72 mężczyzn, udało się jednak zidentyfikować tylko 53, w tym Dominique’a, a dwóch gwałcicieli już nie żyło. Cała grupa miała być sądzona razem.

– Jest dla mnie oczywiste, że dla własnego zdrowia psychicznego powinnam się powstrzymać od wszelkich komentarzy, nawet wobec prasy – powiedziała Gisèle do Journot.

Zamierzała zachowywać się „tak dyskretnie, jak to możliwe”.

Przygotowując Gisèle do rozprawy, prawnicy pokazali jej zdjęcia sali sądowej w Avignon, gdzie zaplanowano posiedzenia. Gisèle liczyła na towarzystwo Pascale w trakcie procesu, ale Babonneau wyjaśnił, że rozprawa przy drzwiach zamkniętych wyklucza obecność znajomych. Oskarżeni mieli siedzieć rzędami, zajmując dwie trzecie sali, a Gisèle około metra od nich.

Gisèle wzbraniała się przed przeglądaniem akt sprawy, ale na początku 2024 r. prawnicy doradzili, żeby skonfrontowała się z dowodami i zapoznała z 400-stronicowym aktem oskarżenia. Jean-Loup, z którym wtedy już mieszkała, wydrukował dokumenty w dwóch egzemplarzach. Czytali je równocześnie w oddzielnych pokojach. Gisèle, zaznaczając partie tekstu markerem, spostrzegła, że jednego z gwałtów dokonano w jej sześćdziesiąte szóste urodziny, drugiego w Sylwestra, kiedy wraz z Dominikiem zdecydowała się na spokojny wieczór w domu. Jednego napastnika znała z sąsiedztwa. Zawsze wydawał się życzliwy i uprzejmy.

– Widywałam go w piekarni – powiedziała do Journot – i nigdy nie przyszło mi do głowy, że ten człowiek mnie gwałci.

Nie była osobą, która posługuje się terminami w rodzaju „seksizm”. Nigdy nie czytała Drugiej płci Simone de Beauvoir, opublikowanej trzy lata przed jej narodzeniem. Słuchała, jak inne kobiety dyskutują o dostępie do środków antykoncepcyjnych lub o prawie do aborcji, i niezbyt rozumiała, „o co chodzi w tym całym sporze między mężczyznami a kobietami”. W rozmowach z Journot stała się jednak bardziej wyczulona na niesprawiedliwość. Sędzia ją poinformowała, że zdaniem jednego z oskarżonych Gisèle świadomie współdziałała z Dominikiem.

– Proszę bardzo, niech mi to powtórzy prosto w twarz – oświadczyła Gisèle. – Mówi pani, że ten człowiek urodził się w 1984 r.? I co, bez oporów przychodził gwałcić babcię?

Kiedy usłyszała od Journot, że Dominique był już wcześniej aresztowany za filmowanie kobiet wsuniętym im pod spódnice telefonem – przyłapano go w 2010 r., o czym nigdy jej nie powiadomiono – stwierdziła:

– To przypadek nieudzielenia pomocy osobie, która znajduje się w niebezpieczeństwie. Uważam to za absolutnie szokujące.

Dominique’a ukarano wtedy grzywną w wysokości stu euro.

Gisèle zaczęła się zastanawiać, czy decydując się na rozprawę przy drzwiach zamkniętych, nie chroni oskarżonych, których wina nigdy nie zostanie w pełni ujawniona. Rozprawa taka oznaczała też tygodnie spędzane przy niewielu świadkach w jednej sali z kilkudziesięcioma gwałcicielami. „Sama z nimi – pisze Gisèle. – Zamknięta z nimi”. Pewnego dnia wybrała się na długi spacer po lesie i plaży, a po powrocie oznajmiła Jean-Loupowi, który właśnie nakrywał stół do lunchu, że zmieniła zdanie: chce jawnego procesu.

– Powiedziałem jej: „Możesz na mnie liczyć” – mówił mi Jean‑Loup. – Przyjąłem zasadę, że wspieram ją w każdej sytuacji.

Z pomocą Jean-Loupa Gisèle godzinami przygotowywała się do wystąpienia przed sądem.

– Odgrywałem rolę sędziego – opowiadał mi Jean‑Loup.

Podenerwowanie było tak duże, że „czasami aż się śmialiśmy”.

– Musieliśmy jakoś odreagować napięcie. Próbowaliśmy z tego żartować.

Gisèle rozważa w swojej książce, czy jawny proces nie wydał jej się możliwy do zniesienia dlatego, że przestała już w swoim wieku być postrzegana jako obiekt seksualnego pożądania. „Być może wstyd ustępuje, kiedy stuknie nam siedemdziesiątka i już nie przyciągamy niczyich spojrzeń”. Przypuszcza też, że nabrała odwagi, ponieważ była szczęśliwa i zakochana.

Strefa cienia

Rozprawa rozpoczęła się 2 września 2024 r. Gisèle i Jean-Loup wynajęli dom położony kilkanaście kilometrów od gmachu sądu, na tyle przestronny, żeby pomieścić troje dzieci Gisèle z rodzinami. Caroline zawsze opowiadała się za jawnością i w miesiącach poprzedzających proces relacje jej i Davida z matką ponownie stały się bliskie. (Więź Floriana z Gisèle nigdy nie osłabła).

– Znowu byli razem, choć oczywiście nie tak jak kiedyś – mówił mi Babonneau.

Gisèle wspominała, że Dominique wyraźnie szukał kontaktu wzrokowego, kiedy wszedł na salę sądową w pierwszym dniu procesu. Caroline miała wrażenie, że ojciec „chce nakreślić niewidoczną linię łączącą moją matkę ze szklaną przegrodą, za którą siedział”. Minione cztery lata Dominique spędził na lekturze ponad 300 książek, w tym wielu klasycznych dzieł literatury francuskiej. Na papierze milimetrowym notował ołówkiem imię i nazwisko autora lub autorki, tytuł, datę publikacji oraz zdobyte nagrody. Przed rozprawą zapewnił Journot, że jest gotowy ponieść odpowiedzialność.

– Ale nigdy nie dotknąłem żadnego dziecka – powtarzał. – Nie mogę się doczekać procesu, żeby zaświadczyć prawdę wobec moich dzieci, wobec mojej rodziny.

W sądzie przyznał się do wszystkich zarzutów.

– Jestem gwałcicielem, tak jak ci mężczyźni na sali.

(We Francji zwykle nie prowadzi się zapisu rozpraw sądowych, dlatego opieram się tutaj na relacjach sporządzanych na bieżąco, głównie przez Marion Dubreuil, Juliette Campion oraz inne młode francuskie dziennikarki, które przez cztery miesiące przychodziły do sądu niemal w każdy dzień procesu).

Prawie wszyscy pozostali oskarżeni wyparli się popełnienia przestępstwa.

– Kiedy mężczyzna jest przy tym obecny i daje mi instrukcje, nie ma mowy o gwałcie – argumentował inspektor nadzoru budowlanego.

– Skoro kobieta robi się wilgotna – twierdził kierowca ciężarówki – to najwyraźniej nie mówi „nie”.

Ogrodnik wyjaśnił, że odbył stosunek z Gisèle „z uprzejmości, w zamian za gościnność okazywaną przez gospodarza”.

Podczas gdy oskarżeni uchylali się od odpowiedzialności, winę próbowały wziąć na siebie niektóre ich żony. Jedna z nich tłumaczyła, że nie chciała współżyć z mężem ze względu na skomplikowaną ciążę.

– Do tragedii musiało dojść właśnie wtedy – przypuszczała.

Inna wyjawiła, że przestała z mężem sypiać, odkąd zachorowała jej matka.

– Pani mąż siedzi dzisiaj na ławie oskarżonych nie dlatego, że odmówiła mu pani seksu – uspokajał ją Babonneau za namową Gisèle.

– Ale ja odmówiłam mu nie tylko raz – upierała się tamta. – Odmawiałam mu bardzo długo.

W piątym dniu procesu Caroline wyraziła przed sądem swoje przeświadczenie, że odurzano ją tak jak jej matkę. Jej mąż Pierre zeznał, że nigdy nie widział Caroline śpiącej w pozycji przedstawionej na zdjęciach.

– Dla mnie pytanie nie brzmi: „jak odurzono Caroline, moją żonę?”, ale „dlaczego?”.

Dominique tak zareagował na słowa zięcia:

– Proszę tylko, żebyście uwierzyli w jedno. Nigdy, przenigdy nie dotknąłem swojej córki ani wnuków. Za całą resztę biorę odpowiedzialność.

Caroline pamięta, że ojcu trzęsła się ręka.

Psycholog zeznał, że kiedy diagnozował Caroline, starał się ją przekonać, że nie warto pogrążać się w „nieustannym poszukiwaniu wiedzy”, ponieważ „zawsze będą jakieś wątpliwości, strefy cienia”. Caroline natomiast oczekiwała, że rozprawa dostarczy jej odpowiedzi.

– „On nie pozwoli, żebym dalej tak cierpiała”. Naprawdę w to wierzyłam.

Czuła, że matka jest w stanie nakłonić Dominique’a do przyznania się do winy.

Kiedy jednak obrońca jednego z oskarżonych zapytał Gisèle, co myśli o zarzutach stawianych przez córkę, usłyszał tylko:

– Odkąd widziałam zdjęcia śpiącej Caroline, niczego nie wykluczam. Niczego wykluczyć nie można.

Zapytana ponownie, Gisèle odparła:

– Wolałabym nie odpowiadać na to pytanie.

Caroline wstała i opuściła salę, David za nią. „Nigdy wcześniej nie czułam takiego bólu – nigdy tak intensywnie jak w tamtych kilku minutach w zawieszeniu, na oczach zadowolonej z siebie większości obrońców” – pisze Caroline w drugim zbiorze swoich wspomnień, opublikowanym po zakończeniu rozprawy. – „Byłam jej jedyną córką. Nie powinna była puszczać mojej ręki”.

Temat tabu

Na drogach prowadzących do gmachu sądu feministyczne grupy umieszczały na murach kolaże i plakaty:

GISÉLE PANUJE NAD SYTUACJĄ

I INSPIRUJE

GWAŁCĄ

BO NIE SZANUJĄ KOBIET

BO CZERPIĄ PRZYJEMNOŚĆ Z DOMINACJI

W jednej z parafii w Avignon ksiądz na mszy w niedzielę modlił się w intencji „tych, które poprzez madame Pelicot po cichu przeżywają na nowo własne cierpienie”. Kobiety demonstrowały pod hasłem „wszystkie jesteśmy Gisèle”. Kiedy Gisèle wchodziła rano do gmachu sądu, w holu kobiety biły jej brawo i wręczały bukiety kwiatów.

Prasa wychwalała jej szyk. „Nieskazitelny bob” – zachwycał się „Le Monde”. – „Elegancja zwiewnej sukienki z ciemnogranatowym nadrukiem oraz zgrabne zamszowe botki o karmelowej barwie. Energiczne ruchy, gibki, pełen gracji chód i spokojny głos”. W innym artykule podziwiano nos Gisèle, „wycelowany w księżyc”. Im więcej uwagi poświęcano jej strojom, tym staranniej Gisèle je dobierała.

– W ten sposób odzyskiwałam swoją prezencją ciało, które próbowano zniszczyć poprzez gwałty – tłumaczyła w rozmowie ze mną.

Związek z Jean-Loupem utrzymywała w tajemnicy, nie chcąc wprowadzać dodatkowych wątków, Jean-Loup przychodził jednak codziennie do sądu i często siadał kilka rzędów za Gisèle lub za oskarżonymi.

Proces traktowano jako swoiste referendum dotyczące relacji między mężczyznami i kobietami, natomiast kwestia kazirodztwa budziła stosunkowo niewielkie zainteresowanie. W ciągu tygodnia sąd wysłuchiwał od pięciu do siedmiu oskarżonych. Około jednej trzeciej zeznawało, że wykorzystywano ich seksualnie w dzieciństwie; niektórzy mówili o tym pierwszy raz. Jeden z oskarżonych jako dziecko sypiał w butach i przy otwartym oknie, żeby szybko uciec, kiedy nocą ojciec wtargnie do jego pokoju. Zapytany przez swojego obrońcę, jak wyglądało jego dzieciństwo, odpowiedział: „bardzo dobrze”.

– Okłamał mnie ze wstydu – wyjaśnił adwokat.

W trakcie procesu wyszło na jaw również domniemane wykorzystywanie adoptowanej siostry Dominique’a. „Mogłem i powinienem był wtedy coś zrobić, tylko co? – napisał Dominique w autobiografii. – Wezwać policję? I być może unieszczęśliwić matkę jeszcze bardziej?”

Kiedy Joël, brat Dominique’a, zeznał, że ich ojciec nie był aż tak groźny, Dominique odparł:

– Oskarżam mojego brata o to, że latami krył ojca w sprawie kazirodztwa z Nicole.

I dodał:

– Pierwszą osobą, która zniszczyła rodzinę, był nasz ojciec. Biorę za to odpowiedzialność i poniosę karę. Ale nasz ojciec nigdy nie został ukarany.

W książce Le berceau des dominations (Kolebka dominacji) antropolożka Dorothée Dussy argumentuje, że kazirodztwo nie jest zamkniętą sceną obejmującą tylko ofiarę i sprawcę, ale praktyką utrwaloną w rodzinie na pokolenia. „Czy praktyka kazirodztwa funkcjonuje jak sport? – pyta Dussy. – Jeśli jako dzieci często grywaliśmy z bratem w piłkę – jeśli robiliśmy to dwa lub trzy razy w tygodniu przez cały okres dzieciństwa – czy będziemy do tej gry zachęcać własnych synów?” Zabawa może była brutalna i upokarzająca, lecz współtworzyła nasze pojęcie bliskości z drugim człowiekiem. „Czy gra w piłkę okaże się tak istotna w budowaniu naszych relacji z bratem, że wywrze podświadomy wpływ na to, co przekazujemy swoim synom?”

Dussy, obecna na procesie z grupą antropologów i antropolożek, obserwowała, że chociaż opinia publiczna byłaby gotowa zaakceptować wiele tabu, to na sali sądowej, a także w znacznej części doniesień medialnych nadal obowiązywał „nakaz milczenia na temat kazirodztwa”: „Dominique mógł się przyznać do tylu przewin, ale nie do tej – nie do seksualizowania dzieci”.

Współistnienie cierpienia

W październiku, w ósmym tygodniu procesu, Caroline poinformowała na Instagramie, że cierpi na bezsenność i zamierza skorzystać z pomocy medycznej, by wypocząć i odzyskać siły. „Moje rodzeństwo i ja przeżywamy prawdziwe tsunami, o którym nie chcemy mówić z szacunku dla naszej matki. Zdecydowałam się przerwać milczenie przede wszystkim po to, żeby nie uważano mnie za jakąś »wonder woman«. Absolutnie nią nie jestem”.

Wróciła w listopadzie na ostatnie tygodnie rozprawy. Jak przyznała, proces sprawił, że poczuła się niewidzialna.

– Wiedziałam od razu, że ja także jestem ofiarą Dominique’a Pelicota, ale myślałam tylko o jednym: o mojej matce, nie o sobie – oświadczyła w sądzie. – Moją matkę gwałcono, owszem, pod wpływem środków odurzających, owszem. Jedyna różnica między nią a mną polega na tym, że w jej przypadku istnieją dowody.

Gisèle pisze w swoich wspomnieniach, że to „owszem” powtarzane przez Caroline było jak cios nożem: „Odcinała swój ból od mojego, żeby je sobie przeciwstawić”.

W końcowych słowach David zaapelował do Dominique’a:

– Jeżeli zachowałeś jakieś resztki człowieczeństwa, powiedz prawdę o tym, co zrobiłeś mojej siostrze.

Zapytał również, co Dominique zrobił jego synowi Nathanowi, który wniósł pozew o napaść seksualną, ostatecznie oddalony.

– Nic! – odpowiedział Dominique.

– Moja siostra toczy teraz walkę – mówił David dalej. – I pragnę ją zapewnić, że zawsze może na nas liczyć.

– Dla mnie – dodał – ten proces (i mam nadzieję, mamo, że nie będziesz mi tego miała za złe jako główna pokrzywdzona) jest procesem całej rodziny.

Florian stanął na miejscu dla świadków jako następny.

– Wierzę Caroline, podobnie jak wierzę Nathanowi, bez najmniejszych wątpliwości.

Powiedział też, że nie jest pewien, czy Dominique to rzeczywiście jego ojciec. Gisèle urodziła Floriana w trakcie swojego pozamałżeńskiego romansu, który trwał trzy lata.

– Nie jestem podobny do brata i siostry. I prawdopodobnie to właśnie ja miałem z ojcem najmniej wspólnego.

Camus, jeden z prawników Gisèle, zapytał, czy Florian łączy romans swojej matki – a także ewentualność, że sam jest nieślubnym dzieckiem – z postępowaniem ojca, być może wywołanym jakimś przeniesionym pragnieniem zemsty.

– To ja jestem przyczyną? – zwrócił się Florian do Dominique’a.

– Absolutnie nie – odpowiedział tamten.

W swoim wystąpieniu Gisèle odniosła się krytycznie do słów Davida:

– To nie jest proces w sprawach rodzinnych, to proces monsieur Pelicota i 50 pozostałych, którzy siedzą tutaj za mną.

Babonneau w podsumowaniu wskazywał na podział wewnątrz rodziny, tak wyraźnie odczuwalny w sali sądowej.

– Tym, którzy się zastanawiają nad reperkusjami gwałtu w rodzinie, powiem: spójrzcie na rodzinę Pelicotów.

Pelicotowie stanęli wobec „nierozwiązywalnego dylematu” – „jak umożliwić współistnienie cierpienia”.

Louise Colcombet, reporterka „Le Parisien”, która opublikowała powieść graficzną na temat procesu, mówiła mi:

– Ludzie zaczęli pytać: „Kto tu jest pozytywną ofiarą? Gisèle czy Caroline?”.

W popularnym odbiorze Caroline burzyła tę tak bardzo inspirującą opowieść o godności i prawdzie. Zdaniem Colcombet samo to pytanie odsłaniało „konsekwencje kazirodztwa dla rodziny”.

Sprawę rozpatrzył pięcioosobowy skład sędziowski, który uznał wszystkich oskarżonych za winnych. Pięćdziesięciu wymierzono karę od 3 do 15 lat więzienia, Dominique’owi – 20 lat, maksymalny wyrok. W końcowym oświadczeniu Dominique chwalił odwagę Gisèle.

– Mam w sobie wstyd, osłonę, którą utworzyłem, bo bez osłony się umiera.

(Tamte dwie sprawy z lat 90. jeszcze nie trafiły do sądu).

Niektórzy spośród oskarżonych wydawali się odmienieni. Trzej oznajmili, że zrezygnowali z seksu. Specjalista ds. IT zacytował słowa Gisèle z początku procesu: „Wstyd będzie musiał przejść na drugą stronę”.

– Byłem pani dręczycielem. Chcę, żeby to zostało usłyszane, wypowiedziane. Biorę pani wstyd na siebie, madame!

Sprawy się pokomplikowały

Trzy miesiące po zakończeniu rozprawy Caroline złożyła nowe zawiadomienie na policji. Oskarżyła Dominique’a o odurzenie jej i gwałt. Podała szczegóły, których nie rozpatrywano w sądzie, w tym informację o pliku moja córka nago skasowanym z komputera ojca i o rozmowach na Skypie, w których Dominique określał ją jako będącą „w potrzasku”. (Dominique nie odpowiedział na prośbę o komentarz w tej sprawie). W tym samym dniu Caroline opublikowała swoją relację z procesu, zatytułowaną Pour que l’on se souvienne (Aby o tym nie zapomniano). W poprzedniej książce wyrzekła się ojca, w tej wydaje się rozważać takie samo potraktowanie matki. Nazywa ją tam zarówno mamą, jak i Gisèle, a w jednym miejscu „jego żoną”.

W następnym miesiącu magazyn „Time” wymienił Gisèle pośród stu najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Niedługo później Gisèle otrzymała Legię Honorową (klasy „kawaler”) – najwyższe francuskie odznaczenie państwowe. Królowa Camilla przesłała jej wyrazy uznania, a niemal 200 tys. osób podpisało petycję o przyznanie jej Pokojowej Nagrody Nobla. Caroline i David przestali się do niej odzywać.

– Matka bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z naszych traum, ale nie reaguje na cierpienia własnej córki w sali sądowej – tłumaczył mi David. – Możemy więc mówić o godności, możemy mówić o pancerzu czy ochronie, tyle że ja wraz z siostrą doświadczyłem czegoś, z czym strasznie trudno żyć, a mianowicie braku zrozumienia.

Nathan, syn Davida, obecnie 20-letni, nie miał kontaktu z Gisèle od końca procesu.

– Sprawy się pokomplikowały, to prawda, ale ona zna mój numer telefonu – stwierdził.

Caroline założyła organizację charytatywną, która wspiera ofiary przemocy ułatwianej przez działanie środków odurzających. W publicznych wypowiedziach o tej inicjatywie, a także o drugim zbiorze swoich wspomnień coraz dobitniej wyrażała poczucie zawiedzionego zaufania. W wywiadzie radiowym z marca mówiła, że jej matka nie ma „psychologicznej ani emocjonalnej zdolności”, która pozwoliłaby jej dostrzec
kazirodztwo:

– Nie chodzi o to, że tego nie chce, ale że nie potrafi.

W sierpniu była już mniej wyrozumiała.

– Nie wywiązała się z umowy ze mną – powiedziała dziennikowi „The Telegraph”. – Matką pozostaje się do śmierci, bez względu na wszystko, a w jej przypadku tak nie było.

Niewykluczone, że od początku istniała różnica zdań co do warunków tej umowy – Caroline, u której uczucia zawsze były prawie na wierzchu, pragnęła opieki, jaką Gisèle nie bardzo mogła jej zapewnić. Tego rodzaju napięcie wystarczyłoby do rozbicia każdej relacji, jednak od aresztowania Dominique’a nabrało nowego znaczenia, jakby ścierały się tutaj dwie wersje feminizmu. Zamiast spieszyć z matczyną pociechą, z gotowością, by wierzyć i wspierać, Gisèle skupiła się na własnej integralności emocjonalnej, stając się dla świata zwycięskim symbolem odzyskanej sprawczości. W pewnym francuskim podcaście z zeszłego roku Caroline mówiła o podobnej korekcie kursu, jaką zauważyła u siebie: jej działalność społeczna „zmieniła układ sił” w odniesieniu do syna.

– Nie chodzi o to, że w mniejszym stopniu czuję się matką, mam jednak potrzebę realizowania się na inne sposoby. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale myślę, że tak ciężko mi było (…) wyzwolić się od wizerunku ojca. To coś nie do pokonania.

Syn jest najważniejszą osobą w jej życiu – powiedziała – ale „wszystko nie może się dla mnie sprowadzać do tego, bo wiem, jak to boli, kiedy następuje koniec”.

Florian utrzymał bliskie relacje z matką, rozmawiał z nią prawie codziennie. Próbował też pośredniczyć między nią a swoim rodzeństwem, ale ostatecznie David i Caroline zerwali kontakt także z nim.

– Poprosili mnie, żebym wybrał, czy jestem po stronie swojej matki czy po ich stronie. A o taki wybór nie można prosić. To wbrew naturze.

(David stwierdził, że on tak tego nie postrzega).

Florian czeka obecnie na zgodę sądu na wykonanie testu na ojcostwo i spodziewa się, że procedura potrwa rok.

– Z psychologicznego punktu widzenia sytuacja byłaby dla mnie łatwiejsza w stosunku do tego, co odczuwałem od dzieciństwa – tłumaczył mi, kiedy spotkaliśmy się u niego w miasteczku Brive la Gaillarde w południowo-zachodniej Francji.

Przypuszczałam, że traktuje ten test jako wyjście awaryjne, możliwość uwolnienia się od swojego genetycznego dziedzictwa. Caroline i David nazywali teraz ojca „Dominique” lub „ten człowiek”, ale Florian, który rzeczywiście miał drogę ucieczki, wciąż mówił o nim „tato”. Uważał, że wyniki testu nie sprawią mu jakiejś szczególnej ulgi, bo Dominique „zawsze będzie moim ojcem”.

– To on mnie kochał i troszczył się o mnie. I kropka.

Merci, Gisèle

Gisèle zaczęła pracę nad książką trzy miesiące po zakończeniu rozprawy. Judith Perrington, dziennikarka i powieściopisarka, która pomogła niejednej francuskiej osobistości pisać wspomnienia, jeździła kilka razy na Île de Ré i zatrzymywała się u Gisèle, by wspólnie porządkować materiały. Gdy mówiła znajomym, że wraca na wyspę, życzyli jej powodzenia tak poważnym – jak opowiadała – tonem, jakby wybierała się w jakąś ponurą i mozolną podróż.

– Ależ nie – protestowała ze śmiechem – tam jest sympatycznie, naprawdę.

Gisèle była pogodna, życzliwa, po prostu fajna.

Książka Et la joie de vivre powstała w ciągu dziewięciu miesięcy i ukazuje się w 22 językach równocześnie. W ramach kampanii promocyjnej Gisèle przez trzy tygodnie spotykała się średnio z dwoma dziennikarzami dziennie (oprócz weekendów). Umówiłyśmy się w biurze jej agentki w Paryżu w trzecim dniu tego kampanijnego harmonogramu. Gisèle wyglądała promiennie. Obok niej siedział Jean-Loup – opalony, przystojny mężczyzna w tweedowej marynarce z łatami na łokciach i z torbą na zakupy zaprojektowaną przez znany paryski dom mody Gerard Darel. Miał ze sobą dziennik z zaznaczonymi terminami spotkań. Wstał i przed wyjściem pocałował Gisèle.

W pierwszych dniach procesu Gisèle wydawała się po prostu zadbaną, gustownie ubraną starszą panią. Teraz zyskała styl bycia gwiazdy filmowej. Miała na sobie eleganckie, wysokie czarne buty, spódnicę w kratę i dwa złote naszyjniki różnej długości. Siedziała niemal bez ruchu i odpowiadała na moje pytania uprzejmie, z opanowaniem.

– Sądzę, że gniew i nienawiść wszystko niszczą – stwierdziła w pewnym momencie. – Wolę zachować godność i trzymać się na dystans. W zasadzie taka po prostu jestem.

Rozluźniła się tylko przy pytaniu o macochę, jedyną bliską osobę, wobec której w książce otwarcie wyraża gniew. Opisuje tam postać przywodzącą na myśl macochę z baśni o Jasiu i Małgosi – zaborczą wobec męża, pogardliwą wobec jego dzieci.

– Wzięła drzewo, ale nie owoce – skomentowała ze śmiechem.

Po rozmowie wybrałyśmy się na lunch z Jean-Loupem, który czekał na nas w holu. Kiedy Gisèle pojawiła się w restauracji, jakaś kobieta szepnęła do towarzyszącej jej osoby:

– To Gisèle!

Ktoś inny próbował ukradkiem zrobić zdjęcie.

Zapytałam Jean-Loupa, czy przy poznaniu Gisèle nie obawiał się obciążającego ją „bagażu”.

– Nie wiem, jak to się stało – odparł – ale…

– Istnieje więź – wyjaśniła Gisèle, łącząc dwa palce wskazujące.

– Nawet nie zadawaliśmy sobie tego pytania – dodał Jean-‑Loup.

– Było to oczywiste.

– Było oczywiste, że powinniśmy zbudować coś razem – zgodził się. – Gdybym spotkał ją dzisiaj, nie odważyłbym się zbliżyć. Na szczęście znałem ją wcześniej.

W trakcie procesu Gisèle coraz śmielej formułowała opinie na temat samej sprawy, a także niezbędnej zmiany „naszego patriarchalnego, seksistowskiego społeczeństwa”, jak to ujęła w dniu ogłoszenia wyroku. Zapytałam Jean-Loupa, czy proces wpłynął również na jego sposób wyrażania się.

– Wsłuchuję się w każde jej słowo – odpowiedział. – Całkowicie się z nią zgadzam. Nadajemy na tych samych falach.

Gisèle popatrzyła na niego i zaśmiała się z czułością.

– Dla mnie – mówił Jean-Loup ze łzami w oczach – najlepsza część książki to koniec ostatniego rozdziału, kiedy Gisèle oznajmia całemu światu, że mnie kocha.

Gisèle przyciągnęła go bliżej i ucałowała mu dłoń.

– Jesteś przy mnie. Tworzymy duet.

Ostatnio pojechali razem do Brazylii, a po promocji książki wybierali się ze znajomymi na Tahiti. Pomyślałam: „pełnia życia”, jakby wbrew sobie. Bo czego nauczyło nas sto lat psychologii, jeśli nie podejrzliwości wobec szczęścia będącego następstwem traumy? Wszystkie te teorie jednak brzmiały teraz jakoś małostkowo.

Gisèle wyjawiła, że w grudniu ona i Caroline zrobiły pierwszy krok ku pojednaniu.

– Chyba obie potrzebowałyśmy dystansu, żeby różnymi drogami być może wrócić do zdrowia.

Rozmawiały przez telefon przed Bożym Narodzeniem, potem w styczniu, w urodziny Caroline. Kiedy data publikacji się zbliżała, zaczęły kontaktować się codziennie. David i Florian natomiast wypowiadali się o tej odnowie więzi z wahaniem, jako czymś niezbędnym, lecz chyba nieosiągalnym, zwłaszcza teraz, gdy Gisèle – „ostateczna ofiara”, jak Babonneau określił ją w sądzie – w jeszcze większej mierze stawała się publicznym symbolem.

Dzieci Gisèle dotąd nie czytały jej książki, nie rozmawiano też o niej z nimi. Jak mówiła mi Perrington, ich matka ma nadzieję, że te wspomnienia przyczynią się do naprawy rodzinnych relacji. Gisèle pisze, że zdjęcia Caroline ujawniają „straszliwe kazirodcze spojrzenie”, i słowa te wyglądają na podarunek dla córki.

Gisèle ubolewa nad tym, że skoro nie znaleziono dowodów, Caroline musi żyć w ciągłej niepewności. Przyznaje również, że jej mechanizmy obronne musiały wydać się córce brakiem troski. „Chciałam jej pomóc, ale nie wiedziałam, co zrobić ani jak się do niej zbliżyć” – tłumaczy. – „Wybrałam milczenie, ona domagała się wrzawy”.

W swoich wspomnieniach obie opisują moment, gdy opuszczano gmach sądu po ogłoszeniu wyroku. Gisèle szła w eskorcie policji, otoczona przez tłum kobiet, które skandowały jej imię. Na transparencie zamocowanym na murze widniał napis Merci, Gisèle. Teoretycznie była to chwila triumfu, ale zarówno córka, jak i matka wydają się dostrzegać, że opinia publiczna nagrodziła tylko jedną formę przetrwania. Gisèle opowiada, że kiedy wsiadała do samochodu w towarzystwie Jean‑Loupa i swoich prawników, „w zamieszaniu straci[ła] z oczu dzieci i wnuki”. Caroline obserwowała ich sadowiących się w aucie. „Moi bracia i ja pozostaliśmy na chodniku i ruszyliśmy pieszo sami, przybici i milczący”.

Tłumaczyła Anna Skucińska
Artykuł ukazał się w „New Yorkerze” (marzec 2026 r.). Śródtytuły pochodzą od redakcji.
© Rachel Aviv

Artykuł pojawił się w numerze: Poza zasięgiem