Zaparkowałem przed bramą, ale nie wysiadłem. Patrzyłem i słuchałem. Po drugiej stronie ogrodzenia wściekle ujadał pies. Słońce już zaszło i podwórze tonęło w październikowej szarości, podszytej brązami i fioletami jak niechętnie gojący się siniak. Z prawej strony napierała ciemna bryła domu, przede mną wznosił się zwalisty kontur stodoły. Pies był duży i czarny, podejrzewałem, że to wilczur albo doberman – niski, chrapliwy szczek, nasycony morderczą groźbą.
Mój stary dom rodzinny. Stał jako ostatni na końcu wąskiej drogi, za nim już tylko pola. Za polami stawy oparte groblami o ścianę lasu. A za lasem już inny świat.
Nie żebym jakoś szczególnie planował ten wyjazd. Decyzja zapadła nagle, tak jak nagle przychodzi ochota na pączka lub kiszoną kapustę, w reakcji na niedobór czegoś tam. Zaczynasz odczuwać ssanie i coś z tym musisz zrobić, natychmiast. Kiedy wczoraj zobaczyłem krwawe światło październikowego zmierzchu, poczułem kłucie, jakby mnie paliła zgaga. Różnie to nazywają, dla mnie nie ma nazwy. Po prostu przychodzi i jest.
– Na pewno tego chcesz? – spytała B. dwie godziny wcześniej.
Patrzyła mi w oczy, a ja bez słowa skinąłem głową. Spakowałem do torby ciepłą bluzę z logo Uniwersytetu Jagiellońskiego (plus ratio quam vis), koszulkę na zmianę i wełnianą czapkę.
– Pojedziesz samochodem?
– Uhm.
– Ponury dzień – stwierdziła z pozorną obojętnością, podczas gdy ja dorzucałem do torby paczkę słonych paluszków, dwa batony energetyczne i butelkę Muszynianki. – Na miejsce zajedziesz po ciemku.
– Znam drogę – odparłem i uśmiechnąłem się do niej płaskim jak deska uśmiechem.
– Dlaczego akurat dzisiaj? – spytała bez większego przekonania. Zrozumiała, że walka jest przegrana. – Nie mógłbyś poczekać do weekendu? Jutro rano masz spotkanie w pracy.
Wzruszyłem ramionami i nie odpowiedziałem, ponieważ ani jedna z prawidłowych odpowiedzi nie brzmiała sensownie. Że w nocy przyśnił mi się Andrzej? Że na zachodzie rozlała się krwawa łuna? Że z lipy w ogrodzie wiatr zdmuchnął garść rudych liści, a w górze samolot orał mgielną skibę? I że to wystarczyło? Równie dobrze mogłem nic nie mówić.
– Zadzwoń, gdy dojedziesz – poprosiła jeszcze. – Albo napisz.
– Jasne – odparłem pogodnie i pocałowałem ją w policzek.
Komórkę i laptop zostawiłem w pokoju na górze.
Niełatwo było wyjść z mieszkania. Aksa zwinęła się w kłębek pod drzwiami i nie chciała mnie wypuścić. Na moje coraz bardziej natarczywe żądania nie reagowała, a kiedy się pochyliłem, żeby odciągnąć ją za obrożę, kłapnęła zębami.
– Auć, głupia! – krzyknąłem, dociskając do warg skaleczony kciuk. Kieł Aksy rozorał go od stawu do paznokcia. – Co mi zrobiłaś!
B. natychmiast przybiegła z buteleczką wody utlenionej i kawałkiem gazy. Zanim zdezynfekowała palec, wzięła go do ust i wyssała cieknącą krew. Szarpnąłem się.
– Hej, co robisz?
Nie odpowiedziała. Popatrzyła tylko przelotnie w górę, jakby sprawdzała, czy osiągnęła swoje. Dopiero później polała rozerwaną skórę i przymocowała opatrunek szerokim plastrem, konstruując na kciuku pokaźny kulfon. Zaciskałem zęby i popatrywałem na Aksę ze złością, z czego ona najwyraźniej nic sobie nie robiła. Jej pysk rozciągał się w psim uśmiechu.
– Z czego się cieszysz? – warknąłem na nią.
Pomerdała ogonem.
– Nie możesz teraz jechać – stwierdziła B. – Zawiozę cię do przychodni.
– Nic mi nie będzie. A ona – pokazałem podbródkiem na suczkę – jest szczepiona. Odsuń się!
To ostatnie było do Aksy, która trącona butem, niechętnie się podniosła i poszła do salonu. Uśmiech na pysku zastąpiła pretensja o niegodne traktowanie zwierząt. Położyła się pod kanapą i ostentacyjnie odwróciła łeb w drugą stronę.
Zarzuciłem torbę na ramię, znowu pocałowałem B. w policzek i pociągnąłem za klamkę.
– Nie jedź – dobiegł mnie ledwie słyszalny szept.
– Wrócę jeszcze dzisiaj.
Do samochodu szedłem szybko, starając się ignorować pulsujący w dłoni ból. Rzuciłem torbę na tylne siedzenie i uruchomiłem silnik. Wiedziałem, że B. stoi w oknie, ale się nie odwróciłem. Wrzuciłem bieg i wyjechałem na drogę. Obejrzałem się dopiero za zakrętem, skąd domu już nie widać.
Droga wiodła mnie wprost w wiszące nad horyzontem słońce. Pomarańczowy blask przepalał mnie na wylot i biegł dalej, by na próżno powstrzymywać skradające się od wschodu ciemności. Oślepiony, to mrużyłem oczy, to je wybałuszałem, chcąc widzieć cokolwiek. Uszy wypełniały mi przyjemne dźwięki Harmonic Ascendant Roberta Schrödera. Serce na sekundę zamarło mi w piersi, gdy omal nie wpakowałem się pod ciężarówkę. Zmieniałem bieg, uraziłem się w skaleczenie i odruchowo przytknąłem kciuk do ust. Samochód zjechał na przeciwległy pas. W ostatniej chwili odbiłem w lewo, tamten na szczęście też. Minęliśmy się o włos.
Po głowie chodziły mi słowa poety: „Odjechawszy z rodzinnej ziemi, nie odwracaj się, Erynie za tobą”. A jednak pojechałem. W końcu nic takiego, powiedziałem sobie. Trochę jak odwiedziny na cmentarzu: spacerujesz między grobami i rozmyślasz nad przemijaniem. Proste. I niedaleko, raptem godzina jazdy samochodem.
Wejdę, popatrzę, porozmawiam z ciotką i wrócę jeszcze dzisiaj w nocy. Tak się uspokajałem.
Światło gasło, droga ciemniała. Może i Erynie leciały za mną, w lusterku wstecznym ich nie było.
Nie uprzedziłem ciotki Heli, że przyjadę. Brak komórki i laptopa, nagła decyzja o wyjeździe – te drobne gesty miały coś wspólnego z oczyszczeniem. Rytualna kąpiel w mykwie czasu. Chciałem, żeby przez chwilę było jak dawniej.
Bagatela.
Nie miałem pojęcia, w co się pakuję. Nikt nie wie, w co się pakuje, kiedy wraca do rodzinnego domu.
* * *
Do ujadającego psa dołączył drugi i zrobił się jazgot, który umarłego postawiłby na nogi. Po chwili na podwórzu zapaliło się światło i rozległ się piskliwy krzyk:
– Ares! Luna! Cicho!
Cienki głos zachęcił tylko psy do jeszcze gwałtowniejszego ataku na furtkę. Łapały zębami pręty i szarpały jak szalone. Jeśli uda im się sforsować ogrodzenie, zablokują samochód na całą noc i będę tu siedział jak ofiara Cujo, dopóki nie umrę z głodu i strachu, pomyślałem, osuwając się głębiej w fotel. Wyłączyłem odtwarzacz i patrzyłem na wyszczerzone pyski, słuchając basowego charkotu i zastanawiając się, czy filigranowa osiemdziesięcioletnia kobieta zdoła spacyfikować bestie i zaprosi mnie do domu na herbatę.
Nie tylko do domu.
Potrzebowałem, żeby pozwoliła mi wejść do stodoły.
Ciotka Hela powiedziała coś do psów i te natychmiast umilkły, po czym potulnie podreptały za nią w kąt podwórza. Dopiero kiedy je zamknęła w kojcu i wróciła do furtki, wysiadłem.
– Wikuś, to ty?
– Tak, ciociu, to ja. Dobry wieczór. Jak sobie radzisz?
Zabrzmiało głupio. Jakbym przyjechał z jakąś ratunkową interwencją.
– Ee, no przecież, Wikuś, nie będziemy gadać przez bramę. Wchodź.
Otwarła furtkę, najpierw zdejmując z niej zapięcie rowerowe, a dopiero później przekręcając klucz. Wszedłem i niezdarnie objąłem ją na przywitanie. Zesztywniała, nim oddała uścisk. Pachniała krowami i dymem z pieca.
– Skąd się tu wziąłeś? Dawno cię nie było.
– Przejeżdżałem w pobliżu i pomyślałem, że skręcę – skłamałem z zadziwiającą lekkością. – Nie przeszkadzam?
– Nie gadajże bzdur. Przyjechałeś do domu.
Odwróciła się na pięcie i poprowadziła mnie przez podwórze. Psy w kojcu przestały ujadać i przyglądały się nam w milczeniu z wywalonymi jęzorami. Ich ślepia migotały w świetle nagiej żarówki nad wejściem. Pomacałem opatrunek na kciuku. Aksa, nie musiałaś być taka dosłowna.
Zerknąłem na wrota do stodoły. Zamknięte. Niewzruszone.
Weszliśmy do domu. Zaraz za wytartym kamiennym progiem sieni uderzyła mnie woń surowego mięsa. Mdląca, żelazista, nie do pomylenia z czymkolwiek innym. Pamiętałem ją doskonale z czasów, gdy ciągnąłem sznur uwiązany do świńskiej nogi, by wujek mógł trafić młotem w środek czaszki.
– Zjawiłeś się w samą porę – stwierdziła ciotka, jakby czytała mi w myślach. – Mietek był tu wczoraj bić świnię. Salceson i kiszki jeszcze ciepłe. Zaraz ci dam.
– Ciociu, nie trzeba – zaoponowałem. – Ja tylko na chwilę, herbata wystarczy.
Rzuciła mi kose spojrzenie.
– Długa droga przed tobą. Czekaj tu grzecznie, zaraz będzie.
Usadziła mnie przy stole na środku wielkiej izby, która od niepamiętnych czasów służyła za kuchnię, pokój gościnny i sypialnię dziadków. Niewiele się zmieniło. Drewniane łóżko z wysokim zagłówkiem, ozdobionym z dwu stron gładko wyszlifowanymi kulami, nadal stało pod ścianą i przez moment wydało mi się, że widzę babkę siedzącą na nim w kucki i opowiadającą o tym, jak dawno temu widziała w polu ducha. Obrazek ze Świętą Rodziną trochę spłowiał, krzyżyk z mosiężną figurką Chrystusa pokryty był kurzem i czarnymi kropkami po muchach. Niżej wisiał portret dziadka z wielkimi wąsami – nieostry, zasnuty mgłą czasu.
Na rozgrzanej blasze kaflowego pieca skwierczała w czarnej patelni kaszanka. Po izbie rozszedł się zapach i zakręciło mi się w głowie. To był ten sam zapach. Identyczny. Po chwili ciotka postawiła przede mną parujący talerz i dwie pajdy chleba.
– Masz to zjeść – zakomenderowała.
Poczułem nagły głód. Ślina napłynęła mi do ust i pociekła po brodzie na talerz. Świeża kaszanka, podsmażona luzem, bez jelita, tylko z dodatkiem cebuli i skwarek… Doskonale znałem tę recepturę, przecież kiedyś byłem pomocnikiem wujka. Tak mnie nazywał. „Po co ci studia – mawiał – będziesz moim pomocnikiem”. I pokazywał, jak mieszać krew, żeby się nie ścięła.
Wpakowałem do ust pełną łyżkę specjału i zagryzłem pachnącym chlebem – takim samym jak wtedy. Żułem powoli i z namaszczeniem, by nie uronić ani odrobiny magicznego smaku. Po plecach przebiegł mi dreszcz rozkoszy. Nie sądziłem, że spełni się tak dokładnie, tak zmysłowo.
Ciotka podała mi szklankę z herbatą w blaszanej obsadce i usiadła naprzeciwko, przyglądając się, jak jem. Za jej plecami ogień spod blachy rzucał na ścianę nerwowe cienie.
– Smakuje ci – ni to spytała, ni stwierdziła.
Z pełnymi ustami mruknąłem „uhm”. Herbata była gorąca, z cukrem i cytryną, od lat takiej nie piłem. Siorbnąłem dwa łyki i jadłem dalej, nie mogąc przestać. Zjadałem własne dzieciństwo. Ciocia w niebieskiej chustce na głowie i zielonym kubraku obserwowała moje pochłanianie kaszanki, jakby chciała się upewnić, że niczego nie zostawię. Nie zostawiłem. Talerz wytarłem ostatnim kęsem chleba.
– Chcesz jeszcze?
– Nie, wystarczy. Bardzo dziękuję – odparłem, tłumiąc beknięcie.
Zachciało mi się spać. Rozejrzałem się po znajomej izbie i mój wzrok zatrzymał się na starym łóżku dziadków. Z trudem zwalczyłem pokusę, by położyć się na nim i zasnąć, tak jak oni kiedyś. Nie, to byłoby zbyt łatwe. Andrzej we śnie wspomniał stodołę.
– To co teraz? – zapytała ciotka.
Ostrożnym ruchem poprawiła chustkę wokół uszu i sięgnęła do węzła pod szyją. Korygowała swój wygląd jak przed występem na scenie. Przetarłem dłońmi zmęczoną, rozleniwioną twarz.
– Teraz stodoła.
Oczy na pogodnej twarzy ciotki błysnęły czernią.
– Na pewno, Wikuś?
Pod blachą trzasnęło płonące polano. Odniosłem wrażenie, że ciotka takiej właśnie odpowiedzi oczekiwała.
– Na pewno, ciociu. Po to tu przyjechałem.
Przyjrzała mi się zmrużonymi oczyma i pokiwała głową jak ktoś, kto akceptuje odpowiedź, ale się z nią nie zgadza. Psy za oknem dla odmiany zaczęły wyć. Długie wilcze zawodzenia, poganiające w drodze do piekła potępione dusze. Pomacałem palcami opatrunek na kciuku. Może wyczuły zapach krwi i dlatego tak wyją?
– No to chodź – powiedziała ciocia, podnosząc się z krzesła.
Dopiłem herbatę i zarzuciłem na ramię plecak z jedzeniem i piciem. Kazała mi go zostawić.
– Nie będzie ci potrzebny.
Posłusznie rzuciłem go pod ścianę. W sieni zapach surowego mięsa już mniej kusił, raczej odpychał. Wyszliśmy przed dom. Psy na nasz widok ucichły nagle i błyszczącymi ślepiami przyglądały się zza metalowych krat, dysząc chrapliwie. By nie patrzeć w ich stronę, spojrzałem przez ramię za siebie. Z dziennej jasności została ostatnia wąska smuga, stalowy miecz położony płasko na zachodnim horyzoncie. Resztę nieba zalewał atrament, przez rzadką mgłę przebijały gwiazdy. Chłód ciągnął od pól. Ciotka Hela dreptała przede mną lekkim, tanecznym krokiem, nucąc piosenkę o majowym deszczyku, jakbyśmy szli na wiejską zabawę. Jaki majowy deszczyk? Pod koniec września? W miarę zbliżania się do stodoły żółty blask żarówki słabł i pochłaniały nas cienie. Patrzyłem pod nogi, by nie budzić wspomnień, których pełno tu było dokoła. Psy patrzyły na mnie.
Do stodoły wchodziło się przez półokrągłe drzwiczki, wycięte we wrotach pół metra nad ziemią. Ciotka pogmerała przy kłódce, zgrzytnęło i drewniane skrzydło się uchyliło. Ze środka uderzył zapach kurzu, pleśni i tej mdlącej słodyczy.
– To tu biliście wczoraj świnię? – spytałem niepewnie.
Zamiast odpowiedzi usłyszałem trzask zamykanych drzwiczek i szczęk zakładanej od zewnątrz kłódki. A zaraz potem skowyt psów, które na widok gospodyni oszalały z podniecenia. Chyba ich nie wypuści, spytałem sam siebie, ale bałem się odpowiadać. Rozległo się stłumione warczenie, któremu towarzyszyło zgrzytanie kłów o metalową siatkę. Nagle wszystko ucichło. Rozejrzałem się, jednak bez jakiegokolwiek rezultatu. Stałem w absolutnej czerni i ciszy, wdychając zapach kurzu i krwi.
– Ciociu? – zawołałem głosem cienkim jak pisk myszy.
Nikt nie odpowiedział. Jak ślepiec ruszyłem z wyciągniętymi rękami do włącznika światła. Powinien być obok wejścia do stajni. Najpierw namacałem zawieszone na gwoździu chomąto i uzdę, potem stylisko kosy, widły i na końcu włącznik. W stodole żarówka świeciła jeszcze słabiej niż ta na podwórzu. Emitowała raczej ciemność niż światło. Jakby chciała ukryć, nie oświetlić.
Rozejrzałem się po stodole, pełnej zatopionych w półmroku sprzętów. Zjawiały się powoli, z namysłem, niepewne swej kolejności: okryta zakurzonym brezentem wialnia, dwie tekturowe beczki na paszę, ręczna sieczkarnia do słomy z wielkimi kołami zamachowymi… Przy burcie sąsieka leżały dwie kostki słomy. Z belki pod dachem zwisał tłusty sznur zakończony hakiem, jego grot oblepiały kłaki świńskiej szczeciny. Pod nim leżało drewniane koryto z czterema uchwytami. Było wydrążone z jednego pnia wierzby, tak mi kiedyś wyjaśniał wujek Mietek. Obok koryta stało niebieskie emaliowane wiadro. Nachyliłem je do światła, było puste. Dokładnie wylizane z krwi.
* * *
Siedzieli na słomie, oparci plecami o burtę sąsieka. Mirek swoim zwyczajem dzwonił paznokciami po zębach, wygrywając jakiś skomplikowany rytm. Andrzej, z kciukiem pod brodą i palcem wskazującym na czole, drapał patykiem na ziemi wzór astronomiczny na prawo Hubble’a: v = H0D. Marta z podciągniętymi kolanami bawiła się różową frotką do włosów. Obok niej Pietrek nakłaniał rzekotkę drzewną do przełażenia z jednej dłoni na drugą.
– Eras u – powiedział, co znaczyło „teraz tu”, i podstawił jej palec. Pietrek miał dziurę w podniebieniu. – A eras aam. Fnooo.
– Czegeść Wigikuguś – powitał mnie Mirek swoim manierycznym językiem, który sam wymyślił. Do każdej sylaby dodawał drugą z „g” i samogłoską. – Gdziege bygyłegeś?
Nie odpowiedziałem, tylko przyglądałem się jego dziecięcej twarzy, całkiem niepodobnej do tej z nagrobnego zdjęcia. Czy na jego zębach widziałem resztki krwi? Może to cienie? Stodoła tonęła w cieniach.
– Wracamy, mam pełno piasku w spodniach – oświadczyła Marta, która siedziała pod sąsiekiem w kwiaciastej sukience.
– Przewróciłaś się? – spytałem bezwiednie, wchodząc w dawną rolę.
Mówiła o starej historii, gdy schodziliśmy do jej domu w Stróży, tuż nad Rabą, ścieżką przez las, w strugach deszczu. Na śliskiej stromiźnie ujechaliśmy jak na ślizgawce i mieliśmy ubrania oblepione błotem. Była połowa lat siedemdziesiątych, Marta spędzała wakacje u krewnych.
– Oboje się przewróciliśmy – odparła. – Nie pamiętasz?
Pamiętałem. Chciałem ją wtedy przytrzymać i moja dłoń wśliznęła się między jej uda. Odskoczyliśmy od siebie. Dalej schodziliśmy, trzymając się za ręce. Potem jej matka usadziła nas w kuchni i ja szurałem tyłkiem po taborecie, a Marta się śmiała. Bardzo mi się podobała. Dwa dni później wyjechała i nigdy więcej jej nie widziałem.
– Najpierw musimy zdecydować, czy budujemy refraktor czy reflektor – odezwał się Andrzej. – Refraktor to luneta, a reflektor jest krótszy, grubszy i ma w środku zwierciadła. Optyk w mieście mówił, że nam wyszlifuje soczewki, tylko musi wiedzieć jakie.
Mówił spokojnie i pewnie, nie patrząc mi w oczy. Jako starszy zawsze wiedział lepiej. Moje potwierdzenie nie było mu potrzebne.
– Andrzej, nigdy nie zbudowaliśmy tego teleskopu – powiedziałem cicho.
– Bo byłeś niecierpliwy – odparł natychmiast. – Skakałeś od jednej rzeczy do drugiej, jak szczeniak w wesołym miasteczku. Wszystko przez ciebie.
To ostatnie powiedział ze złością i wyszczerzył polepione krwią zęby. Cofnąłem się i trąciłem głową sznur od świniobicia. Odskoczyłem i kopnąłem wiadro, które z metalicznym brzękiem potoczyło się pod ścianę. Psy na podwórzu podniosły raban. Tamci na ich ujadanie skulili się i stracili na wyrazistości, jakby gotowi w razie psiego ataku natychmiast zniknąć. Marta obciągnęła sukienkę na kolanach. Pietrek nakrył dłonią rzekotkę. Mirek splunął przez ramię. Andrzej podparł czoło palcem i zagapił się we wzór, który sam wydrapał na klepisku. Znieruchomieli.
Kiedy psy umilkły, zapadła próżniowa cisza. Chciałem ją przerwać.
– Was tu nie ma, prawda? Nie istniejecie.
Nie zareagowali i sądziłem, że to już koniec. Zaraz się rozwieją i stodoła powróci do przyzwoitej materialności. A potem zgrzytnie kłódka w drzwiczkach i ciotka wypuści mnie stąd, pytając, czy się dobrze bawiłem. Jak w gabinecie grozy doktora Zgrozy.
– My jesteśmy – odparł Andrzej. – To ciebie nie ma.
– Ciegiebiegie niegie maga – dodał Mirek.
– Ema sie – powtórzył za nimi Pietrek.
Chciałem zapytać, o co im chodzi, Marta jednak mnie uprzedziła.
– Wiktor, my tu jesteśmy, cały czas. To ciebie nie ma. Zniknąłeś. Czekaliśmy tyle lat i już straciliśmy nadzieję. A teraz przychodzisz, stary facet z bruzdami na twarzy, i chcesz z nami dyskutować o tym, co jest, a czego nie ma. Kiedy tu byłeś ostatni raz? No, powiedz. Myśmy się nigdzie nie ruszali z tej stodoły. Siedzimy tu i pilnujemy, żeby rzeczy zostały na swoich miejscach. Chyba zauważyłeś, co? Nawet twoje inicjały – klepnęła deskę za plecami – które wyciąłeś starym szydłem ojca. Więc chyba lepiej wiemy, nie sądzisz?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Właściwie miała rację. Zostawiłem ich w tej stodole na długi, cholernie długi czas, a teraz przychodzę i się wymądrzam, że ich nie ma. Faktycznie, z ich punktu widzenia to mnie nie było. Oni byli. Widziałem ich, ilekroć dotykałem w pamięci tamtych miejsc. Byli i czekali na mnie aż do dzisiaj.
Wylizane do czysta wiadro tłumaczyło, skąd wzięli powłoki cielesne. Homer, Odyseja, księga jedenasta.
– Ty też wylizałeś do czysta talerz z kaszanki – powiedziała Marta, czytając mi w myślach, i dodała: – To nie trwa długo, niech ci się nie wydaje.
Nie zrozumiałem i chciałem zapytać, co nie trwa długo i co mi się wydaje. Nie zdążyłem. Powolne ruchy czasu wyraźnie przyśpieszyły.
– Nie potrzeba teleskopu – powiedział Andrzej, wstając. – Chodź, pokażę ci.
– Czy… – zacząłem i urwałem, nie wiedząc, jak to ująć. – Czy dlatego mi się wczoraj przyśniłeś?
Nie odpowiedział. Odwrócił się i powolnym krokiem ruszył do ciemnej jamy w słomie, którą dopiero teraz wypatrzyłem w rogu – moją ulubioną kryjówkę z tamtych czasów. Miejsce, gdzie w każdej chwili mogłem się schować i zniknąć. Dzieci potrzebują takich sekretnych kryjówek. Marta ruszyła za Andrzejem, wcześniej posyłając mi uśmiech z tamtego wieczoru, kiedy zabawiałem ją szuraniem tyłka po taborecie.
– Ale dlaczego wy? – rzuciłem za nią.
– Orszak jest przypadkowy – odparła słabym, zanikającym głosem. – Losowany z pamięci… – Nie dokończyła, pochłonęła ją ciemność.
Mirek zadzwonił paznokciami po brudnych zębach i ruszył za nimi. Ostatni podniósł się Pietrek, ten, którego jako jedyny z całej naszej paczki potrafiłem zrozumieć.
– Oć – powiedział i przepadł w czarnej jamie pod sąsiekiem, tuląc do piersi rzekotkę.
Trącony moją głową sznur nadal się kołysał, a jego cień tańczył w miejscu, gdzie zniknęli. Nie zamierzałem iść za nimi. Jeszcze nie teraz. Przecież jestem. Wyciągnąłem rękę i dotknąłem sznura. Był prawdziwy. Pochyliłem się i pomacałem wyślizgany uchwyt wierzbowego koryta. Było prawdziwe. Zakręciłem sieczkarnią – była ciężka i niewątpliwa. Dotknąłem wiszącego na gwoździu chomąta. Jak ten koń miał na imię? Kuba. Nadstawiłem uszu, z łąki za stodołą doleciało niespokojne rżenie…
Przerwał je hałas z podwórza.
Psy znów się ożywiły i zaskomlały radośnie. Druciana furtka z brzękiem uderzyła o ścianę kojca. Zanim zdążyłem się zdziwić, dlaczego ciotka je wypuszcza, coś łupnęło raz i drugi we wrota stodoły. Rozległo się metodyczne drapanie, skrobanie i szarpanie zębami. Rosło i nabrzmiewało, a spomiędzy miażdżonych desek dochodziły chrapliwe oddechy Aresa i Luny. Robiły podkop. Szpara pod wrotami powiększała się, słyszałem już mlaskanie głodnych jęzorów i prychanie zapchanych ziemią nosów. Niebawem tu się przedostaną. Rozejrzałem się niespokojnie, nie było dokąd uciekać. Wskoczyłem do sąsieka i wdrapałem się na stertę zmierzwionej słomy, tej samej co wtedy. Psy powarkiwały triumfalnie, gramoląc się przez podkop. Wspiąłem się wysoko pod dach, skąd kiedyś skakaliśmy, co stanowiło wówczas nie lada wyczyn, i spojrzałem w dół. Psy tu nie dotrą, pomyślałem z ulgą. Ciotka w końcu się zorientuje i je zamknie. Przecież wie, że tu jestem…
Dotarły. Diabli wiedzą, jakim sposobem znalazły się nagle na piętrze nad stajnią, a stamtąd po belce przeszły na tę stronę. Właśnie skradały się podestem tuż przy ścianie, a ich czerwone ślepia połyskiwały w mroku żądzą mordu. Usłyszałem mlaśnięcie oblepionego śliną jęzora, nie dalej niż metr ode mnie. Jak one potrafiły…
Skoczyłem. Słoma przyjęła mnie miękko i łagodnie. Zjechałem na sam dół, jednym susem przeskoczyłem burtę sąsieka i pchnąłem drzwi. Były otwarte. Psy również skoczyły, jeden z nich zaskomlał boleśnie, uderzając o coś twardego. Wypadłem na podwórko i zaryglowałem wejście tuż przed tym, jak psie cielsko z impetem walnęło w nie od wewnątrz. Skowyt i cisza.
Rozejrzałem się po podwórzu. Dom stał ciemny, opuszczony, bez jednego światła. Zastukałem do drzwi, ale nikt nie odpowiedział. Zakurzone szyby bez firanek mówiły, że od dawna nikt tu nie mieszka. Ciotki Heli nie było. Nikogo nie było. Spojrzałem w górę. Gwiazdy świeciły ostro, przenikliwie, dźwięcznie, pomiędzy nimi ze świstem latały komety i wybuchały supernowe. Słyszałem szklaną muzykę nocnego nieba.
„Nie potrzeba teleskopu”.
Wyszedłem przed bramę. Zamiast samochodu przy drodze stali oni, cała czwórka. Mój anielski orszak. Nie miałem już dokąd uciec.
Chodź, pokażę ci, powiedział Andrzej.
Chodź, rzuciła krótko Marta.
Chogodź, dodał Mirek.
Pietrek pogłaskał palcem rzekotkę.
Oć.