Subskrybuj
Dziennikarka, wieloletnia korespondentka z USA, autorka książki Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero (2021)

Deklaracja marzeń

Wujek mówił mi, że w Ameryce wystarczy chcieć i zakasać rękawy. Bo tam wszystko jest możliwe. Być może jako ktoś, kto przybył do Stanów z komunistycznego kraju, byłam podatna na rozmaite legendy i za łatwo łykałam opowieści o amerykańskich ideałach

Oślepiała nas łuna różowo-czerwonego światła – jechaliśmy na wprost chylącego się ku zachodowi słońca. Wokół ośmiopasmową autostradą pędziły ciężarówki-kontenery, których rozmiary wprawiały mnie w osłupienie. Rozmiary, tempo, kolory. Nie mogłam się nadziwić zamaszystym napisom, jaskrawym znakom graficznym. Nie przepraszały, że żyją. I z pewnością nie przypominały szarych, niemrawych Starów czy Żuków, jakie w owym czasie widywało się na polskich szosach. Za kierownicą naszego Volvo siedział młodszy brat mojej matki, inżynier elektronik, a od niedawna profesor Carnegie Mellon University. Z ładunkiem belek, desek i impregnatów wracaliśmy z Home Depot, samoobsługowego składu materiałów budowlanych na przedmieściach Pittsburgha w Pensylwanii. Parę lat wcześniej wujek, obroniwszy doktorat na Politechnice Warszawskiej, wyjechał na stypendium do Kalifornii. Wrócił do Polski z minikomputerem z kolorowym jabłuszkiem – jednym z pierwszych modeli nowego rodzaju komputerów osobistych, nad którymi zaczęli właśnie pracować Steve Jobs i Steve Wozniak. Nie nazywały się jeszcze Apple, ale Macintosh. Mimo wszystkich przygód i cudów wujek nie chciał zostawać w Stanach. Zdanie zmienił dopiero kilka lat później, po wprowadzeniu stanu wojennego. Mówił, że tylko na chwilę – że przygoda, że doświadczenie; może za rok, dwa…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: O czym śni Ameryka?