Subskrybuj
Dziennikarka, wieloletnia korespondentka z USA, autorka książki Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero (2021)

Deklaracja marzeń

Wujek mówił mi, że w Ameryce wystarczy chcieć i zakasać rękawy. Bo tam wszystko jest możliwe. Być może jako ktoś, kto przybył do Stanów z komunistycznego kraju, byłam podatna na rozmaite legendy i za łatwo łykałam opowieści o amerykańskich ideałach

Oślepiała nas łuna różowo-czerwonego światła – jechaliśmy na wprost chylącego się ku zachodowi słońca. Wokół ośmiopasmową autostradą pędziły ciężarówki-kontenery, których rozmiary wprawiały mnie w osłupienie. Rozmiary, tempo, kolory. Nie mogłam się nadziwić zamaszystym napisom, jaskrawym znakom graficznym. Nie przepraszały, że żyją. I z pewnością nie przypominały szarych, niemrawych Starów czy Żuków, jakie w owym czasie widywało się na polskich szosach.

Za kierownicą naszego Volvo siedział młodszy brat mojej matki, inżynier elektronik, a od niedawna profesor Carnegie Mellon University. Z ładunkiem belek, desek i impregnatów wracaliśmy z Home Depot, samoobsługowego składu materiałów budowlanych na przedmieściach Pittsburgha w Pensylwanii. Parę lat wcześniej wujek, obroniwszy doktorat na Politechnice Warszawskiej, wyjechał na stypendium do Kalifornii. Wrócił do Polski z minikomputerem z kolorowym jabłuszkiem – jednym z pierwszych modeli nowego rodzaju komputerów osobistych, nad którymi zaczęli właśnie pracować Steve Jobs i Steve Wozniak. Nie nazywały się jeszcze Apple, ale Macintosh. Mimo wszystkich przygód i cudów wujek nie chciał zostawać w Stanach.

Zdanie zmienił dopiero kilka lat później, po wprowadzeniu stanu wojennego. Mówił, że tylko na chwilę – że przygoda, że doświadczenie; może za rok, dwa w Polsce coś drgnie i wtedy wróci. Zabrał jednak żonę i kilkuletnią córkę. Minionej wiosny kupili dom z ogrodem, w którym postanowił wybudować taras. Starym zwyczajem zadzwonił do szwagra w Warszawie. Znali się od dzieciństwa, w czasach studenckich, w wakacje, remontowali razem domy w Szwecji i Anglii. Tym razem ojciec zabrał mnie ze sobą.

Amerykańska obfitość

Przyjechałam zatem na wakacje do wujka z Ameryki. Był rok 1987, miałam 18 lat i za kilka tygodni zaczynałam studia na warszawskiej anglistyce. Jeśli nie liczyć wczasów w Czechosłowacji, nigdy wcześniej nie wyjeżdżałam za granicę. Połowa lat 80. – schyłkowy stan wojenny – była w Polsce dość ponurym okresem. Dziś, z perspektywy czasu, wspominam te lata jako szczęśliwy etap życia. Żoliborskie Liceum Lelewela, do którego chodziłam, było swego rodzaju enklawą, małym państwem w państwie. Kwitła konspiracja. Organizowaliśmy koncerty Kaczmarskiego i wieczory poezji Herberta. Kolega z klasy został redaktorem miesięcznika „Prymityw”, w którym publikował też naszą twórczość (choć tytuł był dość adekwatny w stosunku do zawartości, redaktor mieni się dziś poważnym analitykiem i publikuje w znacznie szacowniejszych tytułach). Nauczycielki historii i WOS-u oczekiwały od nas znajomości podręczników wydawanych w drugim obiegu – kopiowaliśmy je na mizernych powielaczach, do lektury potrzebna była lupa. Oprócz tajnych kompletów i zakazanych piosenek były też wyprawy w Beskidy i Tatry – pociągiem rzeźnią, z siermiężnymi swetrami z owczej wełny i puszkami konserwy turystycznej.

Dla nastolatki z Żoliborza nie były to złe czasy. Wiem jednak, że moi rodzice musieli stawiać czoła licznym trudnościom. Mieli troje dzieci. Ojciec, fizyk w Instytucie Badań Jądrowych, po nocach przy kuchennym stole pracował nad doktoratem.

Gdy miałam pięć lat, dzięki oszczędnościom poczynionym podczas rocznego stypendium w Anglii, kupili z matką przedwojenny dom na warszawskim Żoliborzu. Były w nim pluskwy, spleśniałe podłogi, przeciekające sufity i pozostałe po wojennym ostrzale dziury w elewacji. Kiedy dobrnęłam do matury, dziury zostały już załatane, pluskwy przepędzone i chwilowo nic nie przeciekało (naprawiając dach, ojciec z sąsiadem – przyszłym ministrem obrony – do podniesienia stropu wykorzystywali samochodowe lewarki). Końca remontu nadal jednak nie było widać. Trwał tyle, ile trwał, bo w pobliżu nie było Home Depot. Moi rodzice każdą śrubę, belkę i impregnat musieli „zorganizować”: wykombinować, wychodzić, wyprosić; czasem dać łapówkę, czasem coś komuś obiecać w zamian. Wiosną 1981 r., podczas wiosennego wyjazdu do Bukowiny Tatrzańskiej matka „załatwiła” kilka kubików drewna. Pomogli jej zaprzyjaźnieni górale, z którymi wieczorami z trzeszczącego radia słuchali razem Głosu Ameryki (po zamachu na prezydenta Reagana i, kilka tygodni potem, na Jana Pawła II górale zamiast przy radiu zbierali się przy drewnianej kapliczce, by modlić się za ich powrót do zdrowia). Jesienią matce udało się jeszcze namierzyć tartak skłonny drzewo obrobić. Ale zaraz potem zaczął się stan wojenny. Na transport pociętych desek do Warszawy trzeba było poczekać kolejnych kilka lat.

Tamtego lata w Pittsburghu ojciec z wujkiem zaczęli od niwelacji terenu. Okazało się, że muszą rozbić kilka sporych skał, później jednak wszystko poszło już gładko – w niespełna miesiąc zgrabny dwupoziomowy taras był gotowy. Wyprawa do samoobsługowego składu budowlanego, w którym w ciągu kilku godzin można było zgromadzić wszystko, co było do tego przedsięwzięcia potrzebne, głęboko utkwiła mi w pamięci. Oczywiście wrażenie robiła na mnie wówczas wszechobecna amerykańska obfitość. Przyjechałam z kraju, w którym długimi miesiącami w osiedlowym samie jedynym zawsze dostępnym artykułem był ocet. Łatwo sobie wyobrazić, że wchodząc do supermarketu, w którym piętrzyły się stosy cytrusów i w którym sprzedawano kilkadziesiąt rodzajów oranżady, dostawałam zawrotów głowy. Nie inaczej było w sklepach z dżinsami czy Adidasami (jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że jest to tylko jedna z nieskończonej ilości marek, a w Stanach nikt nie używa tego słowa w odniesieniu do ogółu sportowych butów). Ale do kornukopii człowiek szybko się przyzwyczaja; dziś wydaje mi się to czymś błahym. W owym Home Depot chodziło o coś więcej niż sprzęt czy materiały budowlane. Znacznie ważniejsze było poczucie sprawczości. Wyczuwalna wyraźnie energia. I przekonanie, że wszystko jest możliwe – wujek zapewniał później, że w Ameryce lat 80. było ono jak najbardziej uzasadnione. Że wystarczy chcieć i zakasać rękawy.

Dziś nie jestem do końca pewna, czy wtedy, w Home Depot, zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawę tak wyraźnie. Chyba nie. Owszem, stałam na progu dorosłego życia, jak najbardziej można więc zakładać, że ta energia, pasja i poczucie sprawczości mnie także mogły się udzielać. Że powinnam była wierzyć – albo przynajmniej marzyć – iż również ja kiedyś załaduję na wózek belki, podwinę rękawy i coś fajnego zbuduję. Jednak wydaje mi się, że tak nie było. Dorastałam w czasach, w których wpajano nam ostrożność. W domu, w szkole czy w żoliborskiej parafii zamiast bujania w obłokach uczono nas raczej, jak stąpać po kruchym lodzie, jak przetrwać. Pamiętam, że jako osiemnastolatka nie za bardzo potrafiłam marzyć. Brakowało mi pewności siebie.

Tamtego lata, wracając z Home Depot, sunęliśmy z wujkiem autostradą, która powoli pogrążała się w ciemnościach. Ruch gęstniał, zaczynała się wieczorna godzina szczytu. (Ludzie wracający z pracy, koło ósmej, w środku lata!).

Dla przybysza z Polski lat 80. to również było dość egzotycznym zjawiskiem. W pewnym momencie sznur samochodów zwolnił, znaleźliśmy się na lekkim wzniesieniu. Wujek przyhamował, a ja zobaczyłam w dole morze czerwonych świateł. To akurat wspomnienie jest wyraźne, niemal namacalne – światła hamujących samochodów, pulsujące punkty, kropki, coraz mniejsze, coraz mniej ostre, coraz dalej.

Horyzont i ledwo widoczna smuga purpurowego światła, jaką na fioletowo-granatowym niebie pozostawiło po sobie zachodzące słońce. Pamiętam swoje wzruszenie. Chyba właśnie wtedy w mojej głowie nieśmiało zakiełkowała myśl, że kiedyś to ja siądę za kierownicą i wyruszę w daleką podróż – szeroką autostradą, 100 mil na godzinę, granatowym albo ciemnozielonym Volvo. (Niestety będący przedmiotem moich marzeń model 240 wyjdzie z produkcji na początku lat 90., sporo wcześniej, niż będę mogła kupić pierwsze Volvo).

Na tropie bizonów

Pojedziesz na zsyłkę do Nebraski, drwili współpracownicy warszawskiego oddziału amerykańskiej agencji prasowej, AP, w której tuż po studiach zaczęłam pracę jako początkująca reporterka. Przewidywali, że po ulicach będą chodzić bizony. Był rok 1997 i dowiedziałam się właśnie, że amerykański Departament Stanu przyznał mi stypendium. Początkowo nie było wiadomo, na jakim uniwersytecie spędzę najbliższe dwa lata. Program, adresowany do dziennikarzy, pedagogów, ekonomistów, prawników i ekologów, miał na celu wspieranie demokracji i reform rynkowych w krajach Europy Wschodniej. Do budowy demokracji jak najbardziej się poczuwałam. Co do reform rynkowych miewałam już wówczas wątpliwości – była to epoka Balcerowicza; upadały wielkie zakłady, rosło bezrobocie; do Polski napływał zagraniczny kapitał – sprzedawano największe zakłady, często za bezcen. Tak czy inaczej, za żadne skarby nie chciałam jechać do Nebraski. W bizony oczywiście nie wierzyłam, ale wyobrażałam sobie, że nic ciekawego nie może się tam dziać. Interesował mnie wyłącznie Nowy Jork, miasto, w którym minionej jesieni spędziłam dwa tygodnie i które natychmiast chwyciło mnie w sidła. Kusiła mnie przygoda, co zresztą uczciwie deklarowałam, przystępując do stypendialnego konkursu.

Drwiny kolegów z AP na temat Nebraski i bizonów miały się jednak okazać prorocze. Albo prawie prorocze. Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że zaoferowano mi miejsce w szkole dziennikarstwa Uniwersytetu Colorado Boulder, nie byłam pewna, gdzie leży stan Kolorado. Gdy rzuciłam okiem na mapę i zobaczyłam, że graniczy z Nebraską, poczułam się bardzo zawiedziona. Zastanawiałam się całkiem poważnie, czy w ogóle powinnam jechać.

Miesiąc później, kiedy samolot zaczął podchodzić do lądowania w Denver, zobaczyłam w oddali stado krów. Tak! Krów, nie bizonów, których w Kolorado pozostało już bardzo niewiele; objęte są ochroną, więc nie pasą się ani bardziej nie błąkają w pobliżu lotnisk. Ale na tym skończyły się proroctwa.

Położone u stóp Gór Skalistych Boulder okazało się zaprzeczeniem moich wcześniejszych wyobrażeń o amerykańskiej prowincji. Jechałam tam z ciężkim sercem, „Wrócę, gdy tylko zaczną mi doskwierać bizony”. Przejechałam też przez Nebraskę – stan nazywany czasem zgryźliwie sześcioma godzinami płaskości. Moja podróż wśród bezkresnych pól kukurydzy prostą jak linijka autostradą trwała niemalże cały dzień (nie 6, ale ok. 8 godz.). bez najmniejszego zakrętu czy najmizerniejszego choćby drzewa. Tak, rzeczywiście było to niemożebnie nudne. Nudne, a zarazem fascynujące. Myślę, że nie ma lepszego sposobu, by przekonać się, jak ogromnym krajem jest Ameryka – by poczuć na własnej skórze tę niezmierzoną przestrzeń.

Czek bez pokrycia?

„Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie są równi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi prawo do życia, wolność i dążenia do szczęścia”.

Przyjęta 250 lat temu i zawierająca powyższe słowa Deklaracja Niepodległości uważana jest za dokument założycielski Stanów Zjednoczonych. Stanowiące zalążek amerykańskiego marzenia niezbywalne prawa, które gwarantowała – wolność, równość, dążenie do szczęścia – to amerykańskie DNA.

Dokument – coś w rodzaju metryki urodzenia – był w istocie naprędce sporządzonym szkicem i miał charakter mocno prowizoryczny. Jego przygotowanie powierzono Thomasowi Jeffersonowi. Sprawa była pilna: chodziło o wypowiedzenie posłuszeństwa i odłączenie się od Korony Brytyjskiej. Ojcowie Założyciele czuli się w obowiązku tę decyzję uzasadnić, nie chcieli jednak tracić czasu na szczegóły. Zakładali, że tym zajmą się potem. Mieli świadomość, że to dopiero początek drogi i unia, póki co, nie jest doskonała. Poprzestali na prostym zobowiązaniu „podtrzymywania” postanowień, które poparli „naszym życiem, naszymi posiadłościami i naszym honorem”. Liczyli przy tym na pomoc boskiej Opatrzności, niejako dodatkowo sygnalizując, że zadanie nie będzie łatwe.

I nie było! Jednostronicowa deklaracja miała charakter życzeniowy. Określono w niej cele i aspiracje, nie zaś mechanizmy czy zasady, mające umożliwiać ich realizację. Można powiedzieć, że była to jedynie lista dezyderatów. Minie kilkanaście lat, zanim przedstawiciele 13 stanów wypracują i ratyfikują konstytucję – dokument bardziej szczegółowy, ustanawiający trzy filary władzy i precyzujący, jakie mają być między nimi relacje. Stanie się to możliwe dopiero po wygraniu wojny o niepodległość. Po drodze przyjętych zostanie jeszcze kilka innych dokumentów, które konstytucji – i bardziej doskonałej unii – będą torować drogę.

Przymierzając się do pisania niniejszego tekstu, długo zastanawiałam się, czy dziś, AD 2026, snucie rozważań o amerykańskim marzeniu ma w ogóle sens. Wolność, równość, dążenie do szczęścia to pojęcia mocno sfatygowane.

Na ile zatem ważne i aktualne mogą być moje przemyślenia i wrażenia sprzed 40 lat – belki, ciężarówki, autostrada i horyzont? Czy dziś czułabym i myślała podobnie? Czy mój wuj nadal by mnie zapewniał, że w Ameryce wystarczy tylko chcieć i mocno się postarać?

Nie jestem do końca pewna. Niewykluczone, że to, co napisałam powyżej – o pasji, energii, możliwościach – po części przynajmniej, stanowi efekt swego rodzaju „indoktrynacji”, jakiej poddała mnie Ameryka: lektur, rozmów, filmów, podróży. Tego, że mieszkam tu od ponad 20 lat, że mam amerykańskiego męża i przyjaciół, że pracowałam jako reporterka, wychowałam córkę (ciężko mi w to uwierzyć, ale teraz ona kończy właśnie studia!). Być może jako ktoś, kto przybył do Stanów z komunistycznego kraju, byłam podatna na rozmaite legendy i łatwiej, niż powinnam, łykałam opowieści o ideałach, dążeniach.

Martin Luther King mawiał, że amerykańskie marzenie to czek bez pokrycia. Unia nigdy nie była doskonała. Ale marzenia istnieją – taka jest ich racja bytu – nie dlatego, że są prawdziwe, racjonalne czy uzasadnione, tylko dlatego, że ich potrzebujemy.

Wygoda – tylko dla posiadaczy diamentowych kart

„Mamo, czemu tu jest tak ładnie?” – zapytała mnie sześcioletnia córka, widząc drewniane podłogi i drzewa w donicach na lotnisku w Kopenhadze. Miałyśmy tam kilkugodzinną przesiadkę w drodze z Nowego Jorku do Polski.

Pytanie było zasadne. Kastrup to jedno z najpiękniejszych i najbardziej funkcjonalnych lotnisk, jakie znam. Oprócz drewnianych podłóg i bujnej zieleni podróżni mają do dyspozycji designerskie fotele i szez-longi. Ba, znajdują się tam nawet wyciszone pomieszczenia, w których można się przespać lub odpocząć. Przeznaczone są dla wszystkich pasażerów, nie zaś, jak w Ameryce, jedynie dla garstki posiadaczy kart diamentowych, platynowych i bursztynowych, którzy dorobili się „Elite Status”. Tak, Kastrup zdecydowanie nie przypominał lotniska Newark, gdzie minionego wieczoru rozpoczęłyśmy podróż. Tam krzesła w poczekalni przy bramce zaprojektowano tak, by nie można się było na nich przespać. Różnicę, w okamgnieniu, zauważało nawet małe dziecko.

Przez dłuższą chwilę zastanawiałam, jak odpowiedzieć sześciolatce. „Bo Dania jest małym i bogatym krajem”? „Bo Duńczycy płacą wyższe podatki”? „Bo przyleciałyśmy do Europy Zachodniej, gdzie ludzie nie dostają wysypki na dźwięk słowa »socjalizm«”? „Bo obywatele wierzą tu w dobro wspólne”? „Bo troszczą się o siebie nawzajem i starają się, żeby wszystkim, a nie tylko garstce wybrańców, było dobrze”?

Jakkolwiek w każdej z powyższych odpowiedzi kryje się ziarno prawdy, żadna nie byłaby w pełni uczciwa ani wyczerpująca. Ameryka rzeczywiście jest ogromnym krajem, trudno jednak odmówić jej bogactwa; jej dochód narodowy na głowę mieszkańca jest dużo wyższy niż w Danii (według MFW w roku 2025 w USA wyniósł blisko 90 tys. dolarów, podczas gdy w Danii 77 tys. dolarów). Z pewnością nie byłoby również uprawnione stwierdzenie, że Amerykanie nie dbają o wspólne dobro czy nie troszczą się o siebie nawzajem. Sama doświadczam tego na co dzień; dzieciom – mojej córce – wpaja się to od pierwszych dni przedszkola. W naszym miasteczku nie było właściwie tygodnia, w którym ktoś nie zorganizował jakiejś zbiórki, aukcji czy akcji.

W jej szkole podstawowej rodzice wspólnie z nauczycielami od wuefu założyli ogród warzywny. Całkiem spore przedsięwzięcie udało się sfinansować dzięki dochodom ze sprzedaży używanych książek, kiermaszu domowych wypieków i aukcji dziecięcych rysunków. Dołożyła się też okoliczna restauracja. Jeden z jej kucharzy – nagradzany i cieszący się uznaniem – przychodził potem do szkolnej stołówki na lekcje gotowania. Nauczył dzieci, jak z własnoręcznie wyhodowanych pomidorów przyrządzić sos do pizzy. W okresie pandemii plony z ogródka dowożono do domów „nieudokumentowanych” imigrantów (wielu znalazło się bez pracy, lecz nie przysługiwały im rządowe zasiłki). Ogród od wczesnej wiosny do późnej jesieni – również podczas wakacji, gdy szkoła jest nieczynna – pielą i podlewają dyżurni ochotnicy.

A podatki? Słyszę często, że w Stanach Zjednoczonych są one znacznie niższe niż w Europie, ale w tym potocznym wyobrażeniu również kryje się tylko ziarno prawdy. Amerykanie odprowadzają dużo różnych składek. Po pierwsze, ich dochody opodatkowuje rząd federalny, który finansuje w ten sposób wydatki na obronę i zbrojenia, administrację państwową i szereg programów socjalnych (do najważniejszych należy stworzony w odpowiedzi na Wielki Kryzys lat 30. system rent i emerytur Social Security i utworzony w latach 60. rządowy system ubezpieczeń zdrowotnych dla emerytów – Medicare).

Z budżetu federalnego pochodzą także środki na obsługę długu publicznego, w ostatniej dekadzie niebagatelny wydatek, nie tylko dlatego, że dług bardzo urósł, ale również ze względu na wysokie od czasu pandemii stopy procentowe. Stosunkowo niewielki podatek od dochodów Amerykanie odprowadzają także do urzędów stanowych, choć w ich przypadku lwią część wpływów stanowią podatki od sprzedaży towarów.

Poszczególne stany utrzymują z tych środków swoje sądy i więzienia, wodociągi i kanalizację, policję i straż pożarną, a także większość dróg i autostrad. Łożą także na biblioteki, szkoły średnie oraz wyższe szkoły publiczne (najsłynniejsze uczelnie USA – takie jak Harvard czy MIT – są prywatne, ale wśród publicznych jest kilka cieszących się prestiżem uniwersytetów, jak choćby University of Michigan czy University of California, Berkeley). Szkoły podstawowe z kolei niemal w całości finansowane są z budżetów lokalnych, zasilanych podatkami od nieruchomości. Te bywają bardzo różne – niskie lub niemal zerowe w miejscowościach czy rejonach, w których wyborcy nie mają przekonania do publicznych przedsięwzięć; znacznie wyższe, gdy leżą im na sercu kultura, edukacja czy ochrona środowiska.

W Princeton, w stanie New Jersey, w którym dorastała moja córka, płaciliśmy niemiłosiernie wysokie podatki. Sercem niewielkiego jak na amerykańskie warunki miasteczka jest jeden z najstarszych i najbardziej renomowanych uniwersytetów. Nietrudno przewidzieć, że przyciąga ono przede wszystkim ludzi wykształconych, niekoniecznie związanych z uczelnią. Ma to oczywiście swoje odzwierciedlenie w cenach nieruchomości. I również w tym, że w publicznej szkole średniej na jednego nauczyciela przypadało zaledwie 12 uczniów (średnia krajowa, według National Center for Education Statistics wynosi 24,2), a nasza lokalna biblioteka publiczna bardziej przypominała lotnisko w Kopenhadze niż to w pobliskim Newark.

Powolna śmierć przestrzeni publicznej

W 2019 r., kiedy wujek dojrzał w końcu do powrotu do Polski, pojechałam do Pittsburgha, żeby się z nim pożegnać. Od ponad dwóch dekad walczył z chorobą Parkinsona, która w końcu zmusiła go do przejścia na emeryturę. Ja wróciłam właśnie do Stanów po pięcioletnim pobycie w Japonii. Siedzieliśmy w ogrodzie, w którym wyrosły nowe drzewa. Cedrowy taras poszarzał, ale nadal prezentował się solidnie; starzał się znacznie wolniej niż my wszyscy. Gorzej było z autostradami. Ta, którą w kierunku Pensylwanii wyjeżdża się z Nowego Jorku, miała 12 pasm, ale nawierzchnia pełna była byle jak połatanych dziur. Wyjeżdżając z miasta, jak zwykle na blisko godzinę utkwiłam w korku. Myśląc z nostalgią o japońskich pociągach – szybkich, punktualnych, nieskazitelnie czystych – przyglądałam się poniewierającym się po poboczu śmieciom i oponom.

W samym zaś Pittsburghu – niegdyś potężnym centrum metalurgii i jednym z najbogatszych miast Ameryki – niedługo po mojej wizycie, w godzinach porannego szczytu, runął w przepaść stalowy most. Jedno z przęseł przeżarła rdza. Wybudowany w połowie lat 70., od dawna czekał na remont. Zwracano jednak uwagę, że spośród 450 istniejących w Pittsburghu mostów co najmniej kilkadziesiąt było w równie kiepskim lub nawet gorszym stanie. Włodarze miasta rozkładali bezradnie ręce – na przeprowadzenie koniecznych napraw i remontów musieliby przeznaczyć blisko pół miliarda dolarów. Potrzeby znacznie przewyższały  możliwości.

Pittsburgh nie był – i nadal nie jest – odosobniony. Eksperci z American Society of Civil Engineers zwracają uwagę, że jedna trzecia istniejących w całym kraju mostów (ok. 220 tys.) wymaga pilnych napraw. Niemal połowa (42%) została wybudowana na przełomie lat 60. i 70., co oznacza że zbliżają się do krytycznego momentu, kiedy most przestaje być bezpieczny i nie nadaje się do dalszej eksploatacji (średnia długość życia przeciętnego mostu to 50 lat).

Powojenne dekady, począwszy od wczesnych lat 50., były w Ameryce okresem ambitnych inwestycji – zarówno społecznych, jak i infrastrukturalnych. To dzięki rządowym programom powstał wówczas Interstate Highway System – licząca blisko 50 tys. mil sieć autostrad, które łączą największe amerykańskie miasta. Budowano nowe szkoły i instytucje użyteczności publicznej. „Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie, pytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju” – zachęcał współobywateli charyzmatyczny prezydent John F. Kennedy.

W roku 1975, wydatki na infrastrukturę stanowiły 2,77% PKB. Był to rekord, którego dotychczas nigdy już nie udało się powtórzyć (choć dwukrotnie, w momentach kryzysowych, nakłady znacząco wzrastały – do 2,68% w 2009 r., dzięki przyjętemu na początku urzędowania administracji Baracka Obamy pakietowi ustaw ożywiających gospodarkę – America Recovery Act; i po pandemii, w 2021 i w 2022 r., w wyniku przeforsowanych przez prezydenta Joe Bidena ustaw o wspieraniu zatrudnienia i infrastruktury i o zapobieganiu inflacji).

W drugiej połowie lat 70. w Stanach wydatki na infrastrukturę zaczęły spadać. Ale nie tylko wydatki. Przede wszystkim zaczął spadać entuzjazm i wiara w to, że finansowanie ambitnych przedsięwzięć z pieniędzy podatników może być pożyteczne.

Dla budowania klimatu niechętnego publicznym inwestycjom niemałe zasługi położył Ronald Reagan – prezydent, za którego w 1981 r. moja matka modliła się wraz góralami przy kapliczce w Bukowinie. Jako niestrudzony orędownik neoliberalnych reform tłumaczył, że „rząd nie jest rozwiązaniem problemów, rząd jest problemem”. Podczas jego dwóch kadencji na potęgę obniżano podatki i liberalizowano przepisy dotyczące ochrony środowiska czy nadzoru bankowego oraz ograniczano rządowe programy socjalne.

Spojrzenie z góry

Pracę nad niniejszym tekstem zaczęłam w dniu, w którym czterech kosmonautów – Amerykanie i Kanadyjczyk – wyruszyło w kosmos. Misja Artemis II – pierwsza załogowa podróż poza orbitę Ziemi od czasu lądowania na Księżycu statku kosmicznego Apollo w 1972 r. – to efekt dekad marzeń i starań niezliczonych naukowców, przedsiębiorców, wynalazców.

Mamy przepiękny wschód księżyca, oznajmił dowodzący misją Artemis Reid Wiseman.

Można by oczekiwać, że widok rakiety, która w wiosenny wieczór wzbija się w przestworza, by wynieść ludzi w przestrzeń kosmiczną, powinien wywoływać zachwyt; wzruszać, inspirować; dodawać nam wiary w moc marzeń. Tak było pół wieku temu, kiedy prezydent Kennedy porównywał kosmiczne loty do zdobywania najwyższych szczytów – wyzwania, które uszlachetnia, któremu chcemy stawić czoła, właśnie dlatego, że jest wyzwaniem.

Dziś jednak trudno było o taki optymizm i nadzieję. Relacje z kosmosu pojawiały się na przemian ze zdjęciami zniszczeń i bombardowań na Bliskim Wschodzie. Prezydent państwa, które kiedyś miało ambicję wspierania demokracji na całym świecie, groził unicestwieniem liczącej 8 tys. lat cywilizacji perskiej, jednej z najstarszych na świecie.

„Pełen samozadowolenia naród, na licencji własnych mitów o Opatrzności i wyjątkowości, która ma upoważniać do robienia czegokolwiek, na co ma ochotę” – napisała niedawno na łamach „New York Timesa” Lydia Polgreen. Zauważała, że wywołana bez wyraźnego uzasadnienia wojna w Iranie jest „logiczną konsekwencją minionych dekad” – uzależnienia Ameryki od technologicznych zdobyczy pozwalających prowadzić wojnę na odległość oraz niezachwianego przekonania o możliwości wpływania na bieg wydarzeń dzięki użyciu siły. „Ameryka nie potrafi funkcjonować w świecie, nad którym nie sprawuje kontroli. Od momentu swoich narodzin żywiła przekonanie, że jest zbyt wielka, zbyt odległa i obdarowana zbyt hojnie, by ponosić jakiekolwiek znaczące konsekwencje swoich działań”.

Co do tego, że Ameryka zaczęła tracić – przynajmniej częściowo – kontrolę nad światem, mało kto ma dziś chyba wątpliwości. A konsekwencje? Z dnia na dzień widać wyraźniej, że będą dotkliwe. Może jednak – przynajmniej w dłuższej perspektywie – wyjdą one Ameryce na dobre? Może zmuszą ją do tego, by otrząsnąć się ze złudzeń?

Artykuł pojawił się w numerze: O czym śni Ameryka?