Subskrybuj
fot. Rafał Siderski
Poeta, publicysta. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem”. Nakładem Wydawnictwa Znak właśnie ukazała się jego książka „Tischner. Biografia”, a w 2019 r. „Dziennik końca świata”. Wydał też m.in. tom miniesejów „Sto lat. Książka życzeń”...

Moi, mistrzowie: Joanna Bociąg

Biały chleb jest synonimem delikatności – to pożywienie dla żołądków, które potrzebują czegoś, co łatwe do strawienia. Słodka herbata to z kolei synonim domowego ciepła, przejaw gościnności i troski. Ale w dyptyku Bociąg te dwa symbole ulegają zakwestionowaniu

Joanna Bociąg

biały chleb

pijemy słodką herbatę

jemy biały chleb

ludzie którzy tu mieszkają

nie pytają czy słodzisz

wieczorem

jem biały chleb

piję słodką herbatę

przeraża mnie to bardziej

niż powrót ciemnym lasem

***

po powrocie opowiadam

zawsze mówię

mówię dopóki nie poczuję

bólu który się zbliża

malta, Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2026, s. 72

Wiersze-szczątki – tak miałoby się ochotę opisać utwory składające się na drugą książkę poetycką Joanny Bociąg, zatytułowaną malta (Wrocław 2026). Formy, jakimi posługuje się autorka, są fragmentaryczne, jakby wyrwane z większej całości; w trakcie lektury kolejnych utworów usiłujemy „dopasować” je do pozostałych, ale domniemana całość nawet się nie zarysowuje, jest zaledwie przeczuwana. Rychło przekonujemy się, że poszczególne wiersze odsyłają nie do jednej, lecz do wielu historii, i że jeśli te historie jakoś się ze sobą łączą, to raczej nie fabularnie, ale przez odwołanie do podobnej emocji, nastroju czy aury. Chwytamy się poszczególnych wątków z nadzieją, że dokądś nas zaprowadzą – jednak nadzieja ta co rusz okazuje się płonna. W dodatku lektura komplikuje się jeszcze, kiedy zaczynamy podejrzewać, że poetka od czasu do czasu posługiwać się może kryptocytatem, przywołując frazy bądź dialogi zasłyszane w filmie albo znalezione w książce innego autora.

Wiersze-szczątki – bo lektura, nie tylko ze względów formalnych, przypomina przeszukiwanie miejsca katastrofy. Atmosferę tomu można by opisać słowami: rozczarowanie, koniec, rozpad. Nie byłby to opis dokładny, ale w sumie chyba adekwatny. W otwierającym książkę wierszu park na tysiąclecia mamy następujący obrazek: grupa dziewczynek wyprowadza na spacer żółwia. Przed chwilą padało i w miejscu dawnej piaskownicy utworzyła się sadzawka. Dziewczynki przewiązują żółwia sznurkiem i wypuszczają go do wody: „za pierwszym razem żółw wypływa / za drugim / ktoś mówi / już po żółwiu”. W tym miejscu opis się urywa, nie wiemy, co wydarzyło się później. Czy żółw na pewno utonął? Może wszystko dobrze się skończyło, a poetka zatrzymała się jedynie po to, żeby dać nam odczuć nastrój niepokoju, uczucie konsternacji, jakie musiało towarzyszyć opisywanej scenie? Tak czy owak, właśnie na tym nastroju koncentruje się nasza uwaga. A to oczywiście nie pozostaje bez wpływu na sposób, w jaki czytać będziemy kolejne wiersze – także pogodne, zmysłowe erotyki, których nie brak w pierwszej części książki.

Trzy utwory, które tu prezentuję, pochodzą z części trzeciej, gdzie wątek rozczarowania – i związanych z nim lęku i złości – dochodzi do głosu najmocniej. Wszystkie są niezwykle enigmatyczne, ograniczają się do czterech krótkich wersów.

Brak tu jakichkolwiek ozdobników, zdania są zwięzłe i rzeczowe. Szczególnie przejmujący jest ten zapis, w którym mowa o narastającym, zbliżającym się bólu. Na jego przykładzie najlepiej widać, jak skuteczne poetycko może być posłużenie się redukcją.

Otwierają go dwa urwane, jakby okaleczone zdania: „po powrocie opowiadam / zawsze mówię”. Nie dowiemy się z nich, o czym opowiada bohaterka wiersza – może o spotkaniach z rzadko widywanym ojcem, a może z dawną sympatią (co sugerowałyby inne utwory w tej części). Nie wiemy też, kto miałby tej opowieści wysłuchać. Potoczny zwrot „zawsze mówię” sugeruje pewną powtarzalność, lecz może być też po prostu kolokwializmem bez specjalnego znaczenia. Zabieg redukcji powoduje, że koncentrujemy się na samym akcie mówienia, który stanowi tu coś w rodzaju osłony, tamy mającej powstrzymać napływającą falę bólu. Czy to ból fizyczny, czy inny, który przyczaił się gdzieś na dnie świadomości, a teraz daje o sobie znać – tego również nie wiemy. Warto zwrócić uwagę, że już sama konstrukcja dwóch pierwszych zdań – ich okaleczenie – sprawia, że zaczynamy odczuwać niepokój i dzieje się tak, zanim jeszcze pojawi się bezpośrednia wzmianka
o tym, że ból nadchodzi.

Podobny efekt narastania mamy w dwóch innych prezentowanych tutaj wierszach. Tworzą one w części trzeciej coś w rodzaju dyptyku. Co w tym przypadku zatrzymuje naszą uwagę? Oczywiście biały chleb i słodka herbata. Biały chleb jest synonimem delikatności – to pożywienie dla żołądków, które potrzebują czegoś, co łatwe do strawienia. Słodka herbata to z kolei synonim domowego ciepła, przejaw gościnności i troski. Ale w dyptyku Bociąg te dwa symbole ulegają zakwestionowaniu. Znów: nie wiemy, jaki jest kontekst całej sytuacji, kim są „ludzie którzy tu mieszkają” i gdzie
w ogóle jest owo „tu”. Dlaczego w pierwszym wierszu mamy liczbę mnogą („pijemy”, „jemy”), a w drugim tylko pojedynczą („jem”, „piję”)? Można by rzec, że wiersze nie oferują nam nic więcej poza samym napięciem. Ktoś tutaj na kimś coś wymusza, ktoś inny nie czuje się z tym komfortowo, ale dlaczego miałoby to być aż przerażające? Jednak opisana w obu wierszach sytuacja większości
z nas na pewno nie jest obca: znamy to uczucie, kiedy grzeczność, kurtuazja zmusza nas do zjedzenia czegoś, co nam nie smakuje lub co uważamy za niezdrowe. Poetka w jakimś sensie zostawia nas sam na sam z tym uczuciem, pozwalając sobie co najwyżej na odrobinę przesady. Czy nieuzasadnionej? W tej przesadzie kryje się sugestia, że to, co zwykliśmy traktować jako drobną nieprzyjemność, może być przez innych – np. przez kogoś, kto unika cukru i białego pieczywa – odczuwane jako przemoc. Przejście z liczby mnogiej na pojedynczą łatwo wtedy wytłumaczyć: wspólny posiłek, który z zasady jest celebrowaniem tego, co łączy, ostatecznie pozostawia bohaterkę w poczuciu osamotnienia i niezrozumienia.

Dodam jeszcze i tę myśl: wiersze-szczątki Joanny Bociąg z założenia podatne są na nadinterpretacje. Powiedziałbym wręcz, że… domagają się owego „nad”. A wynika to z ich formy właśnie. Jeśli piszę tu tak dużo o treści poszczególnych zapisów, to dlatego, żeby pokazać, czym skutkują „cięcia” dokonywane przez poetkę.

Poetycka praca redukcją nie zawsze przynosi udane rezultaty; dzieje się tak zwłaszcza wtedy, kiedy poeta lub poetka „podcinają” tekst w niewłaściwym miejscu, kiedy pozorują oszczędność i fingują enigmatyczność. Bociąg już w pierwszej książce z wierszami (Boję się o ostatnią kobietę, Łódź 2020) pokazała, że potrafi „ciąć” umiejętnie, a drugim tomem potwierdza, że tę umiejętność jeszcze rozwinęła.

Artykuł pojawił się w numerze: Pułapki samorozwoju