Nerd, szaleniec, katastrofista. Do tego megaloman, okropny perfekcjonista i wrzód na ciele swoich bliskich. Czy to czarny charakter w absurdalnie przerysowanym filmie superbohaterskim? Nie, to tylko Hayao Miyazaki – ulubiony dziadzio japońskich dzieciaków i artysta ceniony przez kinofili na całym świecie za tworzenie animowanych światów pełnych wdzięku, koloru i woli życia. Czyli za wszystko to, czym nie sposób opisać samego reżysera.
Całkiem możliwe, że brodato-wąsaty wizerunek współzałożyciela Studia Ghibli kojarzycie głównie z memów. Najbardziej poniosły się te, na których słynny animator, z papierosem zwisającym z ust, odchyla się na krześle, łapie za głowę, przymyka oczy. To jeden z tych obrazków, które da się „usłyszeć” – brzmi jak głębokie westchnienie zmęczonego życiem człowieka. Na innych wiralowych zdjęciach, również podebranych z dokumentu 10 Years of Hayao Miyazaki, twórca narzeka, że napisał dopiero jedną stronę scenariusza, przeklina znój roboty, wieszczy koniec japońskiego studia. Nawet dobrze…