O większości swoich problemów nie miałam kiedyś pojęcia.
Dziś wystarczy włączyć media społecznościowe – nie dość, że dowiadujemy się o jakimś nowym zmartwieniu, to od razu otrzymujemy instrukcję, jak mu sprostać.
Dawniej, kiedy byłam przeziębiona, szłam do lekarza. Gdy jakaś roślina w moim domu zaczynała słabnąć, sięgałam po książkę Pielęgnowanie roślin pokojowych Davida Longmana – wystarczyło znaleźć rysunek, na którym pokazane były choroby konkretnej rośliny. Kiedy zaczynałam mieć jakąś nową pasję, szłam do biblioteki, żeby przejrzeć książki na jej temat. Pisałam pamiętniki, wysyłałam listy, miałam papierowy kalendarz. Gdy potrzebowałam przepisu na paprykę konserwową, wiedziałam, kto robi najlepszą, i do tej osoby udawałam się po wskazówki.
Lubię chodzić na bazarki i ryneczki, na których nie tylko robię zakupy, ale też chętnie rozmawiam ze sprzedawcami o tym, jak coś uprawiać i jak gotować. Rozmawiam o hodowli kur i pieczeniu dyni na zupę.
Ostatnio, gdy w rozmowie z moim ulubionym panem, od którego kupuję warzywa, usłyszałam, że cebula czerwona jest zdrowsza i lepsza od białej, bo „tak mówili w internecie”, zrobiło mi się jakoś przykro. Coraz częściej to słyszę: „bo tak powiedzieli w internecie”.
Jako osoba wychowana w czasach wyłącznie analogowych, wchodząc w dorosłość i w początek ery cyfrowej, cieszyłam się, że oto otwierają się nowe możliwości. Będę mogła więcej wiedzieć, więcej czytać, więcej słuchać, poznawać więcej opinii. Dziś jednak zadaję sobie pytanie, czy zyskałam większą wiedzę czy więcej zmartwień i obaw. Czy jestem zdrowa, czy dobrze wychowuję swoje dzieci, czy mój pies na pewno ma wystarczająco długie spacery, czy czytam wszystko, co powinnam?
Nie trzeba być dzieckiem, by po długim scrollowaniu dojść do wniosku, że jesteśmy niewystarczający. Nawet jeśli mamy swój rozum i życiowe doświadczenia, ta nieustająca mieszanka dobrych porad i kręcenia afer o wszystko sprawia, że zaczynamy zadawać pytania o to, co zmienić w sobie i w swoim otoczeniu, w mężu, w dzieciach, w sąsiadach. Gdzie kupować, gdzie absolutnie nie chodzić. Co jest modne, a co passé. Kogo dziś czytać, a kogo nie, bo coś gdzieś powiedział, więc już nie wypada się przyznać do tego, że go lubisz. Nadążacie jeszcze?
Pewnego dnia, kiedy znów bezmyślnie scrollowałam i wydawało mi się, że kręcę się w coraz bardziej bezsensownej karuzeli beznadziejnych treści, doszłam do wniosku, że muszę coś zrobić, żeby nie zwariować. Muszę wrócić na bezpieczne tory, gdzie widać drogę naprzód, widać jej rozgałęzienia, widać jakiś cel tej podróży przez życie. Nie chcę być papierową łódką rzuconą na wzburzone fale informacji i dezinformacji, bo to przecież treści, których wcale nie potrzebuję.
To był moment, w którym doceniłam fakt, że było mi dane żyć w czasach analogowych, dzięki czemu wiem, jak wrócić na te tory. Gdzie szukać informacji, co czytać, czego słuchać i jak uspokoić zdezorientowany umysł. Po moich dzieciach z pokolenia Alfa widzę, że znalezienie sobie analogowych zajęć, które będą bardziej atrakcyjne niż treści w komputerze, to wcale nie taka prosta sprawa.
Czy wciąż pamiętamy zajęcia, które sprawiały nam przyjemność, i czy wciąż tę przyjemność nam dają? Na początek polecam odciąć się na weekend od dostępu do internetu, telefonu i telewizji. Zostawcie sobie gazety i książki, zaopatrzcie się w ulubioną herbatę, jeśli zamierzacie zostać w domu, lub wygodne buty i kurtkę dopasowaną do aury za oknem. Idźcie na spacer, z dłońmi w kieszeniach, z drobną gotówką na kawę albo na drożdżówkę. Pozwólcie myślom płynąć tam i z powrotem. Niech prowadzi Was los. Być może pierwszego dnia będzie trudno bez sprawdzania, kto dzwonił, kto pisał, kto Was szuka. Ale drugiego zapewne się okaże, że świat bez Waszego dostępu do internetu wciąż stoi w tym samym miejscu i niewiele się od wczoraj zmieniło. Nic specjalnego Was nie ominęło, a może nawet zyskaliście kilka godzin świętego spokoju ze wzrokiem wbitym w to, co przed Wami. W drzewa mirabelki kwitnące po zimie, w parę grzywaczy i ich gniazdo wśród gałęzi, w grupę przedszkolaków odzianych w kamizelki odblaskowe.
Może odkryjecie w domu, w tym stosie nieprzeczytanych, zupełnie niedotykanych przez lata lektur tę, dzięki której przypomnicie sobie, jak to jest zatracić się w czytaniu – dokładnie jak wtedy, kiedy mieliście 15 lat i przeczytaliście książkę życia (a przynajmniej tak Wam się wtedy wydawało).
Może się okaże, że żeby spacerować, wcale nie potrzebujecie kolejnej pary „butów do spacerowania”, bo te, które są, okazują się wystarczające. Nie potrzebujecie nowego kubka do herbaty. Ani dywanu. Nie potrzebujecie nowych kosmetyków z najnowszą rewolucyjną formułą ani nowatorskiego rozjaśniania włosów za 3500 zł.
Dzieci z pokolenia Alfa pozbawione telefonów i iPadów dostały stos kolorowych magazynów i postanowiły zrobić wycinanki inspirowane postaciami z filmów ze studia Ghibli. Okazało się, że to całkiem niezła zabawa.
Pozbawione źródeł łatwej rozrywki, podtykanej im pod nos przez rodziców, z nudów wyszły na podwórko, wyjęły wrotki z garażu. Na placu zabaw spotkały podobne do siebie dzieci, którym rodzice kazali wyjść na zewnątrz.
Okazało się, że wciąż umieją się bawić. I my też umiemy.