Nigdy nie rozumiałem fenomenu siłowni czy zorganizowanych ćwiczeń, bo lubię się męczyć na dziko. Moja żona powtarza, że wystarczy tylko, żebym zobaczył gdzieś wodę, a na pewno pójdę popływać. Czy ziąb, czy ukrop – czuję się w niej jak ryba. Moje ciało zyskuje niecodzienną lekkość, sprawnie porusza się między falami. Umysł odpoczywa, dryfuje z prądem, gdy ja nurkuję pod prąd. Myślę inaczej, paradoksalnie, spokojniej, w bardziej skoncentrowany sposób. Mogę godzinami chodzić po górach, wspinać się, wyciskać na rowerze kolejne kilometry.
Lubię szybki oddech – gdy brakuje mi tchu, a adrenalina popycha do przodu. Czuję, jak tętni krew, a ja jestem żywy.
„Nauczyłem się dostrzegać inny typ dziczy (…) dzikości życia w naturze, czystej siły nieustającej organicznej egzystencji, intensywnej i chaotycznej. W dziczy nie chodzi o surowość, lecz o bujność, żywotność, radość. Zielsko przeciskające się ze szczeliny w chodniku, korzenie drzewa bezczelnie rozsadzające skorupę asfaltu: to są znaki dziczy” – opowiadał Robert Macfarlane, pisarz, który wytłumaczył mi swoją literaturą, dlaczego rytm dzikiego życia współgra z biciem mojego serca. Poszukiwanie dzikości nie tylko w dalekich ostępach, ale także w najbliższym sąsiedztwie – a może nawet przede wszystkim tam! – jest wyrazem głodu pełnego życia. Potrzeby odciążenia obwodów mózgowych. Tego, czego na co dzień mi brak.
Szukając dzikości, nie trzeba zapędzać się daleko. Angielski pisarz i podróżnik wychodzi od charakterystycznej dla anglosaskiego kręgu literackiego fascynacji mikrowyprawami.
Wystarczy zrobić jeden krok, by otworzyć „wielkie drzwi, które nie wyglądają jak drzwi” – bo nie mają ram.
Stajesz w uniżeniu przed starszym od ciebie światem dzikich stworzeń, zagłuszanych na co dzień przez miejski zgiełk ptaków, drążących w ziemi kory-tarze kretów i dżdżownic. Błogosławiony ten, kto ma do nich blisko i żyje wśród zieleni; może kreślić własną mapę świata z nieoczywistymi niekiedy punktami zaczepienia: pobliskim pustostanem, w którym zieleń odzyskuje władzę nad betonem; ukochanym drzewem, które jest po nic – po to tylko, żeby żyło. No i może okazjonalnie żeby móc się na nie powspinać albo pod nim zdrzemnąć. Dzikość ćwiczy mnie w uważności na pobliski krajobraz, ale też na siebie samego. Uczy bezinteresownej wdzięczności i szacunku, wzmacnia ciało i uszlachetnia charakter. To lekarstwo pragnę poniższym numerem „Znaku” ofiarować Wam z zaproszeniem do poszukiwania własnych dzikich miejsc.