Był Pan już dziś na spacerze?
Właśnie wróciłem znad strumienia w pobliżu mojego domu. Chodzę tam niemal codziennie, żeby sprawdzić, jak się ma. W jakiej okolicy Pan mieszka?
Z Krakowa mamy blisko w Tatry, to wysokie góry. Są też podkrakowskie dolinki, popularne zwłaszcza wśród rodziców z dziećmi. Z żoną i 4-letnim synem chętnie tam jeździmy. A jakie jest Pańskie pierwsze wspomnienie związane z dzikością? Czy rodzice zabierali Pana w dzikie miejsca?
Miałem wielkie szczęście jako dziecko, bo wychowałem się w „górskiej” rodzinie, mój dziadek Edward Peck był cenionym wspinaczem i alpinistą. Nic więc dziwnego, że rodzice od bardzo wczesnych lat zabierali mnie w góry. Miłość do dzikiej przyrody mam we krwi, w kościach, to jest krajobraz wypełniający moje dzieciństwo – zarówno przez wyprawy, jak też literaturę, rozmowy na ten temat. Czasem mówię, że moje serce jest zrobione z gór, i to się nie zmieni. Niedawno wróciłem z dużej ekspedycji w północno-zachodniej Szkocji, gdzie mieliśmy zimowe warunki, i dzięki temu znów czuję, że żyję.
Trudno mi wskazać jedno konkretne pierwsze wspomnienie, ale jeśli miałbym spróbować, dotyczyłoby ono raczej rzeki niż szczytów. Miałem wtedy jakieś osiem lat. Pamiętam, jak zanurzony, unosiłem się w rzece płynącej obok domu dziadków w górach Cairngorms. Wokół mnie, w ciemnej toni, migrowały łososie, płynące w górę strumienia.
Pamiętam niezwykły moment, w którym między mną a rybą przeszedł swego rodzaju impuls elektryczny – nagłe, głębokie przeczucie, że tak blisko nas toczy się inne życie, zupełnie niezrozumiałe dla człowieka, że obok żyją organizmy wyposażone w zmysły i wiedzę, które na zawsze pozostaną dla nas tajemnicą, których nigdy nie poznamy.
To doświadczenie stało się fundamentem mojego późniejszego postrzegania świata.
W Dzikich miejscach pisał Pan, że przebywanie w nich „oznaczało (…) wyjście poza historię ludzkości”. Dzikość wymagała wyprawy – jakiegoś odległego klifu, nietkniętych wyżyn, miejsca poza zasięgiem map drogowych. Z biegiem czasu jednak w kolejnych książkach Pańskie spojrzenie wydaje się zbliżać ku tym przestrzeniom, od których zaczęliśmy rozmowę: ku strumieniowi za domem, ku ścieżce tuż za rogiem. Czy zmienił Pan swoje postrzeganie dzikości?
Ten cytat pada na początku książki, która sama w sobie obrazuje pewien proces. Podejmowałem wtedy liczne małe wyprawy i stopniowo odkrywałem, jak błędne jest podejście, kiedy idealizujemy dziką przyrodę, próbując odciąć się całkowicie od tego, co ludzkie. To iluzja. Żyjemy w antropocenie, w dobie późnego kapitalizmu – nie ma ucieczki przed obecnością człowieka. Dzisiaj widzę, że tęsknota za przyrodą absolutnie wolną od śladu ludzi bywa nieodpowiedzialną projekcją, wyrazem potrzeby eskapizmu. Musimy mierzyć się z problemami naszych czasów. Nadal zachwycam się tą piękną, delikatną planetą, ale czuję też ogromną odpowiedzialność za to, co z niej zostawimy przyszłym pokoleniom.
Ma Pan więc rację, na dzikość patrzę dziś inaczej. To, co nazywamy naturą, postrzegam teraz jako splot tego, co ludzkie, i tego, co ponadludzkie. Także moja twórczość, pod wpływem zmieniających się okoliczności, z czasem stała się – jak sądzę – najpierw bardziej etyczna, a potem bardziej polityczna, ponieważ w dzisiejszych czasach nie da się tego uniknąć.
Ten etyczny i polityczny wymiar są szczególnie silnie obecne w Pańskiej ostatniej książce Czy rzeka żyje? – wymowne jest już tytułowe pytanie dotyczące sprawczości przyrody, często traktowanej jako nieożywiona, ponieważ ona sama milczy. Pisze Pan jednak, że „zostać uciszonym to nie to samo, co być milczącym, nie zostać wysłuchanym to nie to samo, co zostać pozbawionym mowy”. Czy nie znamy już języka przyrody? Czy może nie mamy w sobie czegoś bardziej podstawowego, jakiejś uważności lub ciekawości wobec świata?
Wyczułem w Pańskim pytaniu ogromną głębię złożoności, czy jest Pan też pisarzem?
Niestety, nie, jestem tylko filozofem i dziennikarzem [śmiech].
Ma Pan świetne przygotowanie metafizyczne! Od ponad dekady zajmuję się tym, co antropolożka Elizabeth Povinelli nazywa „piśmiennością przyrody” (the literacy of nature). Próbowałem podjąć ten temat w książce Landmarks, poświęconej językowi, jakim opisujemy krajobraz, oraz w The Lost Words, gdzie przyglądałem się słowom określającym środowisko naturalne, które bezpowrotnie znikają ze słownika współczesnych dzieci. Dla najmłodszych las czy rzeka mają własny głos i są pełnoprawnymi bohaterami wyobraźni, przyroda jest pełna przejść – dziupla w drzewie to brama do zamczyska, dziurka wydrążona przez mrówkę prowadzi na drugą stronę świata. Ale to ulega zmianie. W Landmarks zauważam np., że w okresie od 1970 do 2010 r. liczba dzieci regularnie bawiących się na świeżym powietrzu spadła z 50% do 10%. Dlatego bardzo ważne jest przywracanie dzieciom języka, który pozwoli im postrzegać siebie jako część tej wielkiej, przyjaznej i żywej sieci powiązań.
To działania ważne nie tylko humanistycznie, lecz także politycznie – możliwość nazywania daje władzę.
Jak najbardziej. Skrajnie antropocentryczne podejście reprezentuje dziś choćby administracja amerykańska, traktując planetę wyłącznie jako zasoby do wykorzystania. To uprzedmiotowienie i utowarowienie świata stało się dominującym paradygmatem. W mojej twórczości szukam jednak takiego myślenia, które sprzeciwia się ludzkiej supremacji; nie stawia człowieka na szczycie piramidy stworzeń, tylko sprzyja postrzeganiu nas jako istot silnie związanych relacyjnie ze swoim środowiskiem. Choć uprawiam literaturę faktu, staram się, by miała ona walor artystyczny. Szukam inspiracji w poezji, filmie czy muzyce, bo każda z tych dziedzin uczy mnie nowych sposobów, aby nadać życie słowom.
Gdy pojawia się pytanie: „Czy rzeka jest żywą istotą?”, wychodzimy z instrumentalistycznego założenia, które w pewnym sensie wszyscy przyjmujemy – że to tylko nieokreślona materia. Wówczas język odgrywa kluczową rolę w drodze ku postrzeganiu życia tam, gdzie wcześniej nie dopuszczało się jego istnienia.
W pierwszej części książki o rzece podróżuje Pan przez Ekwador z mykolożką Giulianą Furci, która niedługo przed Waszą wspólną wyprawą straciła ojca. W poruszającym momencie wyznaje ona, że podróż i doświadczenie rzeki napełniły ją na nowo życiem. To bardzo piękna obserwacja, natura potrafi nam wiele dać.
Zazwyczaj reaguję obronnie, gdy słyszę pytanie o to, co natura może dla nas zrobić, bo wtedy ryzykujemy jej ponowne uprzedmiotowienie. Niemniej pracując nad tematem rzek, przez ostatnie pięć lat byłem świadkiem tego, że wody i lasy potrafią wyprowadzić ludzi z ciążącego nad nimi cienia śmierci. Bohaterowie książki Czy rzeka żyje? – Giuliana, Juvan, Wayne – doświadczali w swoim życiu straty, lecz na skutek niesamowitych splotów zdarzeń wraz z podróżą zmieniała się ich perspektywa odczuwania żałoby. Nie chodzi o to, że traktują naturę jak aptekę lub lekarza, który wypisze im odpowiednią receptę, ale o to, że doświadczają uzdrowienia dzięki zanurzeniu się w świecie przyrody.
W klasycznej metafizyce wyodrębniamy podmiot i przedmiot. Natomiast są takie podejścia, które mówią: zacznijmy od relacji; analizując je, poznamy przedmiot, który za nimi się kryje. To relacje są wówczas pierwotne. Czytając Czy rzeka żyje?, zastanawiałem się, w jaki sposób przyroda, przez skupienie się na tych relacjach, pozwala nam odnaleźć siebie.
Może chodzi o to, co ujął w słowa Juvan: że skupienie na własnym małym „ja” prowadzi do cierpienia. Opisywał, jak jego tożsamość się poszerzyła, gdy zaczął postrzegać siebie w nieustannej relacji z innymi stworzeniami, z pogodą, gwiazdami i ziemią. To znacznie pełniejszy sposób istnienia.
Poetycki język to faktycznie Pańska specjalność.
Dziękuję, ale zatrzymajmy się chwilę na filozoficznym gruncie. Krążymy tu wokół wielkiego pytania: czy jaźń jest czymś zamkniętym, czy też jest tkana i rozplatana w relacjach z innymi istotami i sposobami istnienia? Brzmi to być może bardzo abstrakcyjnie, ale piękno rzek polega właśnie na tym, że materializują one i konkretyzują abstrakcję w ciągłym procesie. Chodzi zatem o znalezienie dla nich języka, formy. To trochę jak z tkaniem pajęczej sieci, której nie widać, dopóki nie wytrąci się na nich rosa – wtedy pajęczyna zamienia się w konstelację lśniących, połączonych ze sobą kropel.
W Pańskiej ostatniej książce porównuje Pan nawet ludzkie ciało do wody: gdy biegniemy, stajemy się rzeką, a gdy siedzimy, jesteśmy jak staw. Pojawia się też ta piękna wizja, kiedy opisuje Pan, jak Leonardo da Vinci wyrysowywał ludzkie ciało na wzór map z rzecznymi strukturami.
Cóż, sądzę, że gdy ktoś pyta: czy rzeka żyje? – tak naprawdę pyta: czym jest życie? Żeby zaś odpowiedzieć na to pytanie, dochodzimy do pytania: czym jest jaźń? Myślę, że tradycja oświeceniowa – u której źródeł znajduje się baconowsko-kartezjański akt zamknięcia jaźni w umyśle – prowadzi niekiedy do odcięcia człowieka od natury, od „żywego świata”.
Poznawczy dyktat racjonalizmu jest tak potężny, że przekształcił naszą wyobraźnię, zinternalizowaliśmy go, budujemy pod jego dyktando społeczeństwo i prawo.
Reagujemy zdziwieniem, gdy natrafiamy na inny sposób wyobrażania sobie jaźni. Często rozmawiam z osobami, które mówią: no dobrze, ale jak rzeka może mieć prawa? Przecież to nie człowiek. A ja odpowiadam: korporacja ma prawa. Statek ma prawa. Dlaczego tak trudno nam sobie wyobrazić, że życiodajna siła, w którą z samego sposobu, w jaki istnieje, wpisane są relacje – tak jak w inne ożywione podmioty – mogłaby mieć swoje prawa? Sądzę więc, że cała ta książka to swoista mapa pokazującą moją osobistą drogę od jednostkowej, racjonalistycznej jaźni ku czemuś znacznie bliższemu jaźni relacyjnej.
Zarówno w Dzikich miejscach, jak i w Szlakach zastanawiał się Pan nad alternatywnymi mapami świata, kreślonymi np. przez drogi morskie. Myśli Pan o swojej twórczości jak o tworzeniu osobistej kartografii? Czy taką mapę się rysuje, czy raczej trzeba ją wychodzić?
Zaczynałem karierę od pisania o krajobrazach i ożywionej przyrodzie. Później czułem, że piszę wraz z żywym światem, lecz kończąc ostatnią książkę, miałem silne wrażenie, że to rzeka pisze mną. Rzeki przelewały się przeze mnie, same mówiły, a ja byłem w istocie ich narzędziem. Bardzo to było ekscytujące i zostawiło mnie z fascynującym problemem stylistycznym i filozoficznym, który ostatecznie rozwiązałem, opisując po prostu jak najwierniej to, co się wydarzyło.
Podobnie jest z mapami – one mnie pochłaniają. Myślę, że wielu ludzi to „mapofile”, miłośnicy kartografii. Mam w gabinecie całe szafki wypełnione mapami. Walter Benjamin mówił, że od dawna marzy o opowiedzeniu swojego życia nie poprzez biografię, ale poprzez to, co nazywa biokartografią. Pisał, że pragnie narysować mapę przeżytego życia i że byłby to najlepszy sposób, żeby je opowiedzieć. Moje książki to właśnie takie mapy, które niosą w sobie także czas. Więc tak – to bardzo przenikliwa uwaga – nieraz myślę o swojej twórczości jako ćwiczeniu kartograficznym. Jako o jednym ciągłym krajobrazie. Pisząc Czy rzeka żyje?, zastanawiałem się dość często nad „kontrkartografiami” – sprzeciwami wobec ortodoksyjnych sposobów reprezentacji i percepcji świata. Bohaterowie moich książek postrzegają np. dorzecza zupełnie inaczej niż spółki, które tworzą protokoły kartograficzne, aby lepiej kontrolować dany obszar.
Czy interesuje się Pan mapami?
Prawdę powiedziawszy, raczej nie. Jestem zapalonym turystą i dużo korzystam z map, co czyni mnie bardziej ich użytkownikiem. Jakimś punktem zwrotnym była dla mnie lektura Pańskich Dzikich miejsc, gdzie przeciwstawia Pan tradycyjne mapy siatkowe mapom przeżywanym, wychodzonym.
Moi ulubieni pisarze są tak naprawdę kartografami. Barry Lopez, autor Arktycznych marzeń, pisał, że jego praca przywraca te formy i tekstury, percepcje i relacje, których atlas drogowy czy nawet widok satelitarny nie jest w stanie uchwycić. Jak stworzyć taką dynamiczną, żywą, ruchomą mapę, która dopasowuje swoje kontury?
Borges w opowiadaniu O ścisłości w nauce taką mapę wyrysował.
Myślę, że to właśnie jest miejsce, gdzie książki i czytanie spełniają funkcję mapotwórczą. Pisarz rysuje swoją mapę, dzięki której czytelnik może dotrzeć podczas lektury do jakiegoś celu. I wtedy sam staje się współkartografem, zaczyna czytać swoje wewnętrzne krajobrazy, planować własne przyszłe podróże.
Nie wiem, czy zna Pan twórczość Tima Robinsona, angielskiego artysty kartografa. Moim zdaniem to prawdopodobnie największy anglojęzyczny pisarz ostatniego stulecia. Mieszkał na wyspach zachodniego wybrzeża Irlandii i napisał studium tamtego krajobrazu obejmujące kilka tysięcy stron. On sam mówił o tych książkach jako o mapach. Myślę więc, że istnieje naprawdę interesująca zbieżność w tradycji pisarstwa o miejscu – wolę nazywać to w ten sposób, niż mówić o naturze.
Zorientowałem się, że to nie jest Pański ulubiony termin.
W kontekście anglosaskim stał się on czymś w rodzaju etykiety. Mam z nim problem filozoficzny, bo to tautologia – to jak mówienie tego samego dwa razy, bo całe pisarstwo jest pisaniem o naturze, nie istnieje nic poza naturą. Ale w Wielkiej Brytanii stało się to też taką dość wygodną szufladką – w księgarni szuka się „pisarstwa o naturze”, sięga się po ładne rzeczy, pretties. A to mnie nie interesuje.
Czy krajobrazy, przez które przechodzimy, zachowują coś z nas, z naszych historii? Pisze Pan przenikliwie w książce Podziemia, że pod ziemią umieszczamy zarówno to, czego się boimy, jak i to, co chcemy ocalić. Używa Pan przykładu angielskiego pisarza Alana Garnera – w jego książkach pojawiają się przedmioty, np. siekiera z epoki brązu, która jest narzędziem, ale także przedmiotem magicznym, „pamięta” wiele zdarzeń.
Wie Pan, że ledwie wczoraj byłem na pełnometrażowej adaptacji Podziemi w kinie… Myślę, że możemy śmiało mówić o tym, że ziemia posiada pamięć. Spójrzmy na zapisy kopalne, stalaktyty, izotopy, osady denne czy nawet lód – lód posiada pamięć, a kolor tej pamięci jest niebieski. Najstarsze warstwy lodu ulegają lokalnym stopieniom i ponownie się krystalizują, co prowadzi do eliminacji elementów rozpraszających światło – a w efekcie zmienia ich barwę. Lodowce są zatem wielkoskalowymi urządzeniami do przechowywania pamięci, dla otchłani czasu i zdarzeń przekraczających ludzką zdolność zapamiętywania. Pismo klinowe jest naszym najstarszym systemem pisma, ma 5,5 tys. lat, a w kategoriach geologicznych jest to jak mgnienie oka.
Myślenie o krajobrazie jako o czymś, co ma swoją pamięć, zawsze mnie fascynowało. I być może dlatego odszedłem od idei dzikości jako tabula rasa, tablicy nietkniętej ludzką ręką.
Zawsze interesuje mnie uważna lektura miejsca – tego, co ono przechowuje, o czym opowiada, co pamięta.
W jaki sposób czytać krajobraz?
Wystawiam się na jego działanie. To nie jest oryginalna metoda, lecz wydaje mi się fundamentalna. Pierwsze zdanie Szlaków brzmi: „Książki tej nie można by napisać na siedząco”. Zapewne spędził Pan wiele lat w bibliotekach, podobnie jak ja – są to wspaniałe skarbnice wiedzy. Lecz ciało wie to, czego nie wie umysł. I niezmiennie odkrywam, że jeśli przechodzi się przez świat z otwartością oka i ducha, zarówno same miejsca, jak i spotykani tam ludzie potrafią zaskoczyć.
Wspomniał już Pan, że zazwyczaj myślimy o sobie jako o stojących w centrum świata. Czy poradziłby Pan innym ludziom, żeby dokonali zmiany w swoim życiu, spojrzeli na siebie jako na część większej sieci relacji?
Myślę, że odpowiedź – albo jedna z odpowiedzi – brzmi mniej więcej tak: chodzi o połączenie tego, co bardzo małe, z tym, co wielkie. W skali kosmicznego czasu i przestrzeni jesteś kimś maleńkim. Ale to nie znaczy, że jesteś nieistotny – to znaczy, że jesteś niezwykły. Sam fakt twojego istnienia jest cudem w ramach 4,6 mld lat historii Ziemi, które minęły, i miliardów, które nadejdą. Powinniśmy to uznać. A z tego wynika odpowiedzialność – głęboka odpowiedzialność wobec przyszłości, w uznaniu tego, co sami odziedziczyliśmy.
Zaprzyjaźnij się ze swoją lokalną rzeką. Bądź świadomy drogi, którą przebyła. Spotykaj ją tak, jak spotykałbyś przyjaciela. Spróbuj wyobrazić sobie jej niezliczone początki. Spróbuj prześledzić jej drogę do morza, ponazywaj jej części. Po angielsku mówimy na to „test zlewni” (the watershed test): czy potrafisz wymienić poszczególne strumienie i rzeki od źródła po morze? W moim przypadku to: Nine Wells Wood, Vicar’s Brook, Hobson’s Brook, rzeka Cam, rzeka Great Ouse i Morze Północne. A u Pana?
Powinienem poćwiczyć. Ale tak, jest tu Wisła…
Spróbuj, a staniesz się bardziej świadomy połączeń. Więc to jest ta „wielkość”. A potem to, co bardzo małe. Czasem ludzie pytają mnie, jak zostać pisarzem. Pozwól się opanować jakiejś obsesji, bo to najmniejsze drzwi, które prowadzą cię do złożoności świata – przechodzisz przez nie i otwierają się jak wrota katedry.
Z ciekawością poznając jakiś drobiazg, możesz dotknąć czegoś znacznie większego. To tak jak u Tolkiena we Władcy Pierścieni: „a droga wiedzie w przód i w przód, choć się zaczęła tuż za progiem”. Podróż do dzikich miejsc wymaga czasem tylko pierwszego kroku, ale życie w mieście zawęża pole widzenia. Domyślam się, że większość Pańskich czytelników prawdopodobnie w nich mieszka.
Same miasta to kipiące cudownością ekologiczne fenomeny. Wydaje mi się, że w Londynie żyje kilka tysięcy gatunków roślin. To właściwie dziki las – ma jedno drzewo na każdego ze swoich 9 mln mieszkańców. Nie myślcie więc o swoim mieście jako o przestrzeni pozbawionej przyrody. Uczcie się wsłuchiwać w naturę, która kwitnie, adaptuje się i improwizuje. W centrum Cambridge jest gniazdo sokoła wędrownego, obok którego przechodzę codziennie w drodze do pracy. I ekscytuje mnie świadomość, że prawdopodobnie najszybsze zwierzę, jakie kiedykolwiek żyło na Ziemi – 430 km/h, najszybszy zmierzony lot nurkowy – mnie obserwuje. Bo jedno trzeba wiedzieć o sokołach wędrownych: jeśli je widzisz, one już dawno widziały ciebie.
Co mógłbym zatem doradzić? Jeśli możesz, chodź pieszo. Znajdź swoją rzekę. Niemal każde miasto ją ma. Znajdź zatem rzekę i podążaj za nią pieszo przez kilka godzin, obserwuj, co i kogo napotkasz, a to zmieni twoją perspektywę. W końcu rzeka zacznie delikatnie migotać na swoich brzegach.
Czy dobrze słyszę, że za Pańskim oknem śpiewają ptaki?
Tak, szaleją. Mamy tu kapturkę, kosa, rudzika, szczygła. I płochacza. To tylko mały ogródek, ale tętni życiem, aż roi się od ptaków tej wiosny.
Nie sposób odczuwać samotności w takiej przestrzeni. W ostatniej książce pisze Pan o eremocenie, o tym, że żyjemy w czasie samotności całego ludzkiego gatunku. Taki spacer, jaki Pan zaleca, daje odpowiedź na ten kryzys.
Bernie Krause nazywa to „wielką orkiestrą zwierząt”. Żyjemy w świecie niezliczonych głosów. Tyle że wiele z nich nie jest słyszanych albo jest aktywnie uciszanych. Właśnie uczę się śpiewu ptaków. Powinienem go znać o wiele lepiej. Moja neuroplastyczność jest najwyraźniej bardzo niska, jednak staram się z całych sił wsłuchiwać w rozmowy i wymiany, które toczą się wokół mnie. Według badań ornitologów Europa straciła po 1980 r. ok. 600 mln ptaków, prawie jedną piątą wszystkich zamieszkujących kontynent. Mimo to wciąż – szczęśliwie – jesteśmy otoczeni ich ponadludzką rozmową. Aplikacja Merlin z Cornell University jest bardzo pożyteczna w tym, by nauczyć się je rozpoznawać.
Mam przyjaciela, który uczy się języka ptaków, zresztą ostatnio w „Znaku” o ptasiarstwie pisała Ela Łapczyńska. W Polsce mamy też co roku konkurs naśladowania głosów ptaków, to fascynujące, również z perspektywy ćwiczenia ludzkiej uważności.
Robin Wall Kimmerer, którą cytuję w książce, mówi o przejściu od uwagi do intencji, a od intencji do działania. Uważa, że działanie – powiedzmy, ekologiczne, środowiskowe, choć nie lubię tego słowa – zaczyna się od uwagi. To niezbędny pierwszy krok do zmiany, który otwiera ten wymagający i wrażliwy ciąg. Ale tak, uważność może wydawać się etycznie obojętna, służąca sobie, lecz wierzę, że otwiera nas na zdumienie i na relację z otoczeniem w całej jego złożoności.
Wspominałem już, że mam 4-letniego syna. I to, co zainteresowało mnie w Pańskiej ostatniej książce, to fragment, w którym opisuje Pan, że dla dzieci krajobraz czy świat przemawia sam z siebie. Drzewa mówią. Wszystko jest ożywione, ma jakąś duszę. Kiedy traci się tę perspektywę?
Widzi Pan to u swojego syna?
Póki co interesuje go dosłownie wszystko, bardzo lubi po prostu być na dworze. W pobliżu naszego mieszkania jest duża łąka z rezerwatem ptaków, są też lisy i dziki. I wczoraj podczas spaceru on nagle zaczął biec w stronę tej łąki, prosto w sam środek. Moja żona straciła go z oczu, bo jest niedużego wzrostu, a trawa była wyższa od niego. Zazdroszczę mu tej spontaniczności i jej utrata zdaje się czymś tragicznym. To, co Pan robi w swoich książkach, jest wskazaniem, jak przynajmniej w części ją zachować.
Dziękuję. W Landmarks ostatni rozdział nosi tytuł „Dziecięcy”. Piszę w nim o tym, co nazywam fantastyczną kartografią dzieci, i o języku „dziecięcym”, którym na początku wszyscy biegle władamy, lecz potem go zapominamy.
To język, w którym się rodzimy, to język ożywienia, zdumienia, radości. Nie umiera w nas całkowicie, ale łączenie tych fragmentów w bardziej złożone sposoby widzenia to trudna praca. Jednak wszyscy znamy jego przebłyski. I to są jedne z tych momentów, których w życiu trzymamy się najsilniej. Przebywając z dziećmi, przypominamy sobie duchy naszych dawniejszych „ja”.
Zwrot następuje ok. 8.–10. roku życia. Może wtedy rozum instrumentalny rozpoczyna kolonizację myślenia?
Być może, ale też, jak sam Pan zaznaczył, najdroższe wspomnienia bezpiecznych miejsc, które nosimy w pamięci, pochodzą zazwyczaj sprzed tego momentu. Tak, to prawda. I podoba mi się, że zatoczyliśmy koło w naszej rozmowie, wracając do tego małego chłopca dryfującego w wodzie… W Szkocji, w Highlands, woda jest brązowa, jak kasztanowy grzbiet konia. To dlatego, że płynie przez torfowiska. Czasem mówi się, że ma kolor whisky. Więc ilekroć wspominam te łososie, zawsze wydają mi się złote. Są jak ze złota, bo srebro ryby przesiewa się przez tę barwę wody, rozbłyska nią. Zatoczyliśmy koło, z powrotem do zdumienia. Bardzo Panu za to dziękuję.