Przed niemal półwiekiem „Znak” chciał naszym czasom mistrza wskazać. Było to jeszcze za panowania przy ulicy Siennej pod numerem piątym Hanny Malewskiej, czyli Panny Hani. O ile pamiętam, zorganizowano na ten temat dyskusję. Mój głos, zatytułowany Duch monastyczny, wydrukowany został w numerze 7-8(181-182) pod pseudonimem Paweł Czeczot. Postawione dziś przez „Znak” zadanie zdaje się przeciwne pierwszemu. Mam wskazać mistrzów, których porzuciłem. Tym razem mistrzów moich, a nie mistrzów naszych czasów. Najpierw jednak muszę prowizorycznie odpowiedzieć na nasuwające się pytania. No bo jeśli mam pisać o więzi zerwanej, muszę wiedzieć najpierw, kto to mistrz, kto to uczeń i jaka więź ich łączy? Mistrz to po pierwsze ktoś, kto jest doskonały w swoim fachu. Jednak doskonałość jest wartością pozytywną, fach już nie. Stalin był mistrzem manipulacji, zwodzenia i uwodzenia… Mam więc wskazać kogoś, czyj fach i doskonałość w nim stoją po stronie dobra, kogo jednak porzuciłem. Po drugie, mistrz – abym mógł go porzucić – musi być mistrzem dla mnie, musi być moim mistrzem. Wiem, że Kazimierz Twardowski był mistrzem Izydory Dąmbskiej, ale nie moim. Nie mogłem go więc jako mistrza porzucić. Dalej: czym się od mistrza różnią, a w czym są doń podobni: nauczyciel, profesor, pedagog, wychowawca…? Tym pytaniem nie będę się bardziej szczegółowo zajmował. Istotne jest tylko, że nauczyciel, profesor, pedagog, wychowawca… niekoniecznie są mistrzami, choć nimi być mogą. Natomiast mistrz z konieczności jest także nauczycielem, pedagogiem, wychowawcą – choć nie zawsze profesorem! Mistrza wskazuje uczeń. To nie mistrz mianuje sam siebie, wybiera go uczeń. Z jednym wyjątkiem: Jezusa z Nazaretu, który wyraźnie stwierdził, że to nie uczniowie Go wybrali, ale On ich. Mimo…