Szukałem – ma się rozumieć – osób wrażliwych, inteligentnych, dobrze władających piórem. Ktoś ze znajomych wskazał mi Jankę. Nie była mi zupełnie obca, na łamach paryskiej „Kultury” czytywałem jej żywo i z pazurem pisane recenzje książkowe. Zadzwoniłem więc do niej, do Kopenhagi, wyłuszczyłem, na czym mi zależy, i umówiliśmy się na pierwsze telefoniczne nagranie. Tak zaczęła się nasza przyjaźń, zrazu tylko telefoniczna. Musiało minąć dobrych kilka lat, w czasie których niejeden tekst zapisaliśmy na taśmie magnetofonowej, nim pojechałem do Kopenhagi. Na lotnisku czekała na mnie Janka. Pierwszych lodów nie trzeba było przełamywać;…