Subskrybuj
Ilustracja: Agata Nowicka
Redaktor miesięcznika "Znak", absolwent MISH UJ. Dr filozofii na podstawie pracy obronionej na Wydziale Filozoficznym UJ pt. "Bóg umarł. Dzieje i analiza pewnego filozoficznego wyroku śmierci"

Jak to jest być wampirem?

Decydując się na zostanie rodzicem, wybieramy ryzyko poznania czegoś nowego, zmiany samego siebie, mieszankę radości, spełnienia, niepokoju i bólu, których proporcje trudno z góry ustalić. Wiemy wyłącznie tyle, że będzie to przygoda.

Dlaczego zdecydowaliście się na dziecko?” W realnym życiu ludzie rzadko o to pytają, a raczej cieszą się i gratulują, jeśli ma ono przyjść na świat. Ale jeśli spróbowalibyśmy udzielić odpowiedzi, to zobaczymy, że zaraz popadniemy w filozoficzne kłopoty. Zgodnie z maksymą Kanta drugiego człowieka powinniśmy traktować jako cel naszych działań, nie zaś jako środek. Czy da się jednak w ogóle traktować jako cel kogoś, kto jeszcze nie zaistniał? Mówiąc więc o swoich motywacjach, powiemy pewnie coś w stylu:

„To dopełni nasze życie”, „Wiemy, że dziadkowie bardzo się ucieszą”, albo nawet „Ktoś musi zarabiać na nasze emerytury”. Za każdym razem ten nieistniejący jeszcze człowiek staje się narzędziem mającym służyć celom innych osób: rodziców, szerszej rodziny czy nawet całego społeczeństwa.

To nieco podobny problem do teologicznej dyskusji, dlaczego Bóg stworzył świat. Tradycyjna odpowiedź, że „dla swojej chwały”, brzmi egocentrycznie – Bóg jawi się wówczas jako narcystyczna osobowość domagająca się hołdów (i to na kosmiczną skalę). Lepsza – i pouczająca w rozmyślaniach o rodzicielstwie – jest interpretacja, że stworzenie świata było czymś w rodzaju aktu bezinteresownej miłości, która chciała znaleźć swoje ujście. Niczego nie oczekiwała od tego, kogo stworzyła, ale wyłącznie się nim cieszy.

W rzeczywistości mamy pewnie mieszane motywacje: jest w nas element bezinteresowności, intuicja, że zaistnienie nowego, wyjątkowego człowieka stanowi dobro samo w sobie, a zarazem wiara, że my – jako rodzice – też będziemy szczęśliwszymi i bogatszymi ludźmi.

Czy to wystarczy, aby racjonalnie zdecydować się na dziecko? Filozofka Laurie Ann Paul problematyzuje tę kwestię w ciekawym eksperymencie myślowym. Porównuje zostanie rodzicem (i inne „doświadczenia transformujące”) do… decyzji o staniu się wampirem.

Wyobraźmy sobie, że mamy wielu znajomych, którzy są wampirami – wiemy coś niecoś o tym, jak wygląda ich życie: są nieśmiertelni, żywią się krwią (przekonują nas jednak, że współcześnie wystarczy krew zwierząt i nie muszą już zabijać ludzi), świetnie się ubierają etc.

Mówią, że bycie wampirem jest cudowne, jednak nie są nam w stanie przekazać, jak to jest „być wampirem”. Musimy się o tym sami przekonać – sęk w tym, że po ugryzieniu przez wampira nigdy nie będziemy już z powrotem ludźmi.

Paul twierdzi, że pewne doświadczenia – takie jak stanie się rodzicem, ale też np. pójście na wojnę – skutkują podwójną zmianą. Po pierwsze, prowadzą do transformacji poznawczej – zyskujemy nową wiedzę, która nie jest dla nas dostępna inaczej niż w pierwszoosobowym przeżyciu. Ile byśmy poradników o byciu rodzicem przeczytali, nie będziemy wiedzieli, co to znaczy trzymać w ramionach swoje własne malutkie dziecko. Po drugie, dochodzi wówczas do transformacji osobowościowej – zmieniają się nasza tożsamość i preferencje. Być może po tym, jak zostaniesz rodzicem, będziesz mniej przejmował się karierą; wzmocnisz swoją więź z partnerem albo – przeciwnie – osłabisz ją. Nie wiesz jednak do końca, kim się staniesz. Wyłania się więc problem: czy decydując się na dziecko, mam kierować się moimi obecnymi preferencjami czy też preferencjami mojego przyszłego „ja”? Te ostatnie są jednak dla mnie w dużej mierze niedostępne.

Konkluzja filozofki jest następująca: w decyzji o tym, czy chcemy stać się rodzicami, powinniśmy kierować się nie wyobrażonym przyszłym zadowoleniem, ale raczej tym, czy jesteśmy otwarci na „odkrywczy” czy wręcz „objawieniowy” charakter doświadczeń transformujących.

Wybierając je, wybieramy ryzyko poznania czegoś nowego, zmiany samego siebie, mieszankę radości, spełnienia, niepokoju i bólu, których proporcje trudno z góry ustalić. Wiemy wyłącznie tyle, że będzie to przygoda.

Z perspektywy czasu pojawienie się dziecka jako kochanej przez nas osoby często usuwa wiele z naszych rozterek. Janet Landman w książce Regret przywołuje badania mówiące, iż choć większość z nas uważa, że popełniła w życiu poważny błąd (najczęściej padała odpowiedź: „kiepskie wykształcenie”), znacznie mniejszy odsetek deklaruje, że przeżyłoby swoje życie inaczej. Zauważa, że jednym z powodów może być to, iż nawet nasze złe decyzje powiązane są z wieloma elementami naszego życia, których chcemy – takimi jak właśnie nasze dzieci, które dzięki temu się pojawiły. Dobrze ilustruje to jedna z moich ulubionych komedii romantycznych About Time, w której męscy członkowie rodziny przekazują sobie sekret podróży w czasie. Granicą, do której można się cofać, jest moment narodzin nowego członka rodziny. Konkretne dziecko jest cudem, które ogranicza możliwość eksperymentowania z innymi wariantami swojego życia.

Pozdrawiam zatem ze świata wampirów. Warto, uwierzcie mi na słowo.

Artykuł pojawił się w numerze: Granice naszej prywatności