Subskrybuj
bell hooks, Nowy Jork, 1996 r. fot. Karjean Levine / Getty
bell hooks, Nowy Jork, 1996 r. fot. Karjean Levine / Getty
Amerykańska pisarka, poetka, najsłynniejsza przedstawicielka „czarnego feminizmu”. W języku polskim ukazały się jej książki: Teoria feministyczna. Od marginesu do centrum (2013) oraz Gotowi na zmianę. O mężczyznach, męskości i miłości (2022)

Dać miłości słowa

Praktykę miłości szczególnie utrudniało mi to, że wciąż wiązałam się z poranionymi emocjonalnie mężczyznami, którzy nie byli zbytnio zainteresowani tym, by kochać, choć sami pragnęli być kochani.

Ważni dla mnie mężczyźni nigdy nie byli osobami, którym słowo „miłość” przychodzi łatwo. Są ostrożni, bo uważają, że kobiety przywiązują do miłości zbyt wielką wagę. I wiedzą, że nie zawsze rozumieją ją tak jak oni. Dezorientacja co do znaczenia tego słowa sprawia, że trudno nam kochać. Gdyby istniało powszechnie podzielane rozumienie miłości, nie byłaby ona tak zagadkowa. Słowniki zwykle skupiają się głównie na aspekcie romantycznym, definiując miłość przede wszystkim jako „głębokie uczucie do drugiej osoby, któremu zwykle towarzyszy pożądanie”. Oczywiście kolejne definicje informują, że uczucie to może występować także w kontekście innym niż seksualny. Jednak „głębokie uczucie” to nie jest adekwatny opis.

Nietrafne definicje

Zdecydowana większość autorów piszących o miłości usilnie stara się unikać formułowania jasnych definicji. We wstępie do Historii naturalnej miłości Diane Ackerman stwierdza, że „miłość to wielka niewiadoma”. Kilka zdań dalej sugeruje: „Wszyscy zgodnie przyznają, że jest cudowna i niezbędna, ale nikt nie wie, czym jest”. I kokieteryjnie dodaje: „Słowem miłość posługujemy się tak bezmyślnie, że może ono znaczyć niemal wszystko albo zgoła nic” (tłum. D. Gostyńska). W jej książce nie ma żadnego wyjaśnienia, które mogłoby pomóc komuś, kto próbuje opanować sztukę kochania. Ale nie tylko Ackerman pisze o miłości w sposób zaciemniający jej rozumienie. Kiedy znaczenie jakiegoś słowa jest owiane tajemnicą, nie powinno zaskakiwać, że większości z nas trudno określić, co mają na myśli, gdy go używają.

Wyobraźcie sobie, o ile łatwiej byłoby się nauczyć kochać, gdybyśmy zaczęli od wspólnej definicji. Miłość najczęściej uznaje się za uczucie, a jednak wszyscy co wnikliwsi teoretycy zgadzają się, że kochalibyśmy lepiej, gdybyśmy myśleli o niej jako o działaniu.

Spędziłam wiele lat na poszukiwaniu sensownej definicji i poczułam wielką ulgę, gdy ją znalazłam – w klasycznym poradniku Droga rzadziej przemierzana, wydanym po raz pierwszy w 1978 r., psychiatra M. Scott Peck, nawiązując do Ericha Fromma, określa miłość jako „wolę rozszerzenia własnego »ja« w celu pielęgnowania własnego lub cudzego rozwoju duchowego”. I dodaje: „Miłość poznajemy po jej owocach. Miłość jest aktem woli – czyli zarówno intencją, jak i działaniem. Wola implikuje również wybór. Nie musimy kochać. Postanawiamy, że będziemy kochali” (tłum. T. Bieroń). Aby pielęgnować rozwój, trzeba podjąć decyzję – definicja ta zatem przeczy powszechniejszemu założeniu, że kochamy instynktownie.

Każdy, kto był świadkiem rozwoju dziecka, wie, że noworodki reagują na czułość i troskę, zanim nauczą się mówić i rozpoznawać swoich opiekunów. Zazwyczaj w odpowiedzi na czułość robią miny lub wydają dźwięki sygnalizujące przyjemność. Później zaczynają reagować radością i gaworzeniem. Ale czułość to tylko jeden ze składników miłości. Żeby naprawdę kochać, musimy nauczyć się łączyć różne składniki – czułość, troskę, zrozumienie, szacunek, przywiązanie i zaufanie, a także szczerość i otwartość. To, że za młodu przyswajamy sobie nietrafne definicje miłości, sprawia, że trudno nam kochać, gdy dorośniemy. Idziemy właściwą ścieżką, jednak w złym kierunku. Większość ludzi uczy się myśleć o miłości tylko jako o uczuciu. Kiedy jakaś osoba bardzo nas pociąga, inwestujemy w nią emocje, wskutek czego staje się ona dla nas ważna. Ten proces nazywa się kateksją. Peck słusznie podkreśla, że przeważnie mylimy kateksję z kochaniem. Wszyscy wiemy, jak często ludzie związani z kimś przez kateksję obstają przy tym, że to miłość, nawet gdy tę osobę ranią lub zaniedbują. Zainwestowali w nią uczucia, więc twierdzą, że ją kochają.

Kiedy zdefiniujemy miłość jako wolę pielęgnowania własnego i cudzego rozwoju duchowego, nie będziemy mogli uznać, że kochamy, jeśli krzywdzimy. Miłość i krzywda nie mogą współistnieć. Ranienie i zaniedbywanie są z definicji przeciwieństwem pielęgnacji i troski. Często się zdarza, że mężczyzna bije swoich bliskich, a potem idzie do baru na rogu i żarliwie opowiada o tym, jak bardzo ich kocha. Jeśli porozmawiacie z jego żoną, kiedy on ma dobry dzień, ona także może twierdzić, że jest kochana, choć doświadcza przemocy. Przeważająca większość z nas pochodzi z dysfunkcyjnych rodzin, w których wpajano nam, że jesteśmy nie w porządku, w których zawstydzano nas, poddawano przemocy fizycznej lub psychicznej i zaniedbywano emocjonalnie, choć też słyszeliśmy, że jesteśmy kochani. Zwykle po prostu boimy się przyjąć taką definicję miłości, która nie pozwoli nam odnaleźć jej we własnym domu. Wielu z nas trzyma się takiego jej rozumienia, które czyni krzywdę dopuszczalną albo, w najlepszym razie, pozwala nam uznać to, czego doświadczyliśmy, za nie aż tak złe.

Dom zły

Wychowana w rodzinie, w której agresywne zawstydzanie i werbalne poniżanie współwystępowały z mnóstwem czułości i troski, miałam problem z zaakceptowaniem określenia „dysfunkcyjna”. Ponieważ wciąż czuję się związana z rodzicami i rodzeństwem i jestem dumna z wielu pozytywnych wymiarów naszych relacji, nie chciałam opisywać swojej rodziny słowem, które sugerowałoby, że całe nasze wspólne życie było złe. Nie chciałam, by moi rodzice uznali, że ich oczerniam; doceniam wszystkie dobre rzeczy, które nam dali. Dzięki wsparciu terapeutycznemu byłam jednak w stanie spojrzeć na określenie „dysfunkcyjna” jako na użyteczny opis, a nie jednoznacznie negatywny osąd. Moja rodzina pochodzenia stanowiła dla mnie, gdy byłam dzieckiem, otoczenie dysfunkcyjne – i takim pozostaje. Nie znaczy to, że nie było to także otoczenie, w którym występowały czułość, radość i troska.

W domu rodzinnym obdarzano mnie pełną troski uwagą, a moją inteligencję doceniano i wspierano – by kilka godzin później mówić, że ponieważ uważam się za tak bystrą, prawdopodobnie zwariuję i wyląduję w szpitalu psychiatrycznym, gdzie nikt nie będzie mnie odwiedzał. Trudno się dziwić, że ta osobliwa mieszanka troski i nieżyczliwości nie wpłynęła pozytywnie na mój rozwój duchowy.

Gdy zastosuję definicję Pecka do tego, czego doświadczałam od najbliższych jako dziecko, nie mogę uczciwie nazwać tego miłością.

Kiedy podczas terapii naciskano, abym określiła swoją rodzinę pochodzenia jako kochającą lub nie, z bólem przyznałam, że w domu mnie nie kochano, tylko otaczano troską. Poza domem czułam się autentycznie kochana przez niektórych krewnych, np. przez dziadka. Ta prawdziwa miłość (połączenie troski, przywiązania, zaufania, zrozumienia, odpowiedzialności i szacunku) pozwoliła mi przeżyć doświadczenie jej braku i była strawą dla mojej poranionej duszy. Jestem wdzięczna, że wychowałam się w rodzinie, w której się o mnie troszczono, i głęboko wierzę, że gdyby moi rodzice byli dobrze kochani przez swoich, przekazaliby tę miłość dalej. Dali nam to, co sami dostali – troskę. Pamiętajmy – troska jest jednym z wymiarów miłości, ale samo to, iż się o kogoś troszczymy, nie znaczy jeszcze, że go kochamy.

Jak wielu dorosłych, którzy w dzieciństwie zostali psychicznie lub fizycznie skrzywdzeni, przez dużą część życia próbowałam zaprzeczyć złym doświadczeniom i pamiętać tylko te dobre i piękne momenty, gdy się o mnie troszczono. Im większe odnosiłam sukcesy, tym mocniej pragnęłam ukryć prawdę o swoim dzieciństwie. Krytycy poradników i programów terapeutycznych lubią sugerować, iż zdecydowanie zbyt chętnie wierzymy w to, że nasze rodziny pochodzenia były, są lub pozostają dysfunkcyjne i brakuje w nich miłości, odkryłam jednak, że jest przeciwnie – większość ludzi, czy doświadczyli wyjątkowo intensywnej krzywdy lub przemocy czy nie, podobnie jak ja nie jest gotowa na krytyczną analizę swoich doświadczeń. Zwykle potrzebujemy interwencji terapeutycznej czy to pod postacią literatury, która uczy nas i oświeca, czy to w formie psychoterapii, zanim w ogóle zaczniemy krytycznie badać swoje dziecięce doświadczenia i przyjmiemy do wiadomości, w jaki sposób wpływają one na nasze zachowanie w dorosłym życiu.

Większości ludzi trudno zaakceptować taką definicję miłości, z której wynika, że jeśli dzieje im się krzywda, to nie są kochani. Dzieci doświadczające przemocy fizycznej lub psychicznej zwykle uczą się od swoich opiekunów, że miłość może współistnieć z krzywdą. A w skrajnych przypadkach – że przemoc jest wręcz wyrazem miłości. To błędne myślenie często kształtuje nasze późniejsze przekonania. Dlatego tak jak wierzymy w miłość tych, którzy ranili nas w dzieciństwie, tak samo próbujemy zracjonalizować krzywdę wyrządzaną nam w dorosłym życiu przez innych dorosłych, twierdząc, że nas kochają. W moim przypadku zawstydzanie, którego doświadczałam w dzieciństwie, miało miejsce także w relacjach romantycznych, gdy dorosłam. Początkowo nie chciałam przyjąć takiego rozumienia miłości, które kazałoby mi zmierzyć się z myślą, że w swoich najważniejszych relacjach nie byłam kochana. Lata terapii i krytycznego namysłu pozwoliły mi zrozumieć, że przyznanie się do doświadczenia braku miłości nie stygmatyzuje. A jeśli chcemy zostać uleczeni i poczuć się dobrze w swojej duszy, szczere i realistyczne skonfrontowanie się z tym brakiem stanowi część procesu zdrowienia. Brak miłości nie oznacza braku troski, czułości czy przyjemności. Moje poważne relacje romantyczne, podobnie jak te rodzinne, były tak przepełnione troską, że z łatwością dało się przeoczyć występującą w nich dysfunkcję.

By zaradzić brakowi miłości w moich najważniejszych związkach, musiałam najpierw od nowa nauczyć się, czym ona jest, a potem nauczyć się kochać.

Przyjęcie jasnej definicji stanowiło pierwszy krok w tym procesie. Jak wiele innych osób, które w kółko czytały Drogę rzadziej przemierzaną, jestem wdzięczna autorowi za sformułowanie, które pomogło mi skonfrontować się z tymi miejscami w moim życiu, gdzie miłości zabrakło. Miałam dwadzieścia parę lat, kiedy zaczęłam rozumieć ją jako „wolę rozszerzenia własnego »ja« w celu pielęgnowania własnego lub cudzego rozwoju duchowego”. A jednak porzucenie wyuczonych schematów działania, negujących moją zdolność do kochania i bycia kochaną, zajęło mi jeszcze wiele czasu. Praktykę miłości szczególnie utrudniało mi to, że wciąż wiązałam się z poranionymi emocjonalnie mężczyznami, którzy nie byli zbytnio zainteresowani tym, by kochać, choć sami pragnęli być kochani.

Chciałam poznać miłość, jednak bałam się poddać i zaufać drugiej osobie. Bałam się bliskości. Wybierając takich, a nie innych mężczyzn, mogłam ćwiczyć dawanie miłości, ale zawsze w niesatysfakcjonującym kontekście. Moja potrzeba bycia kochaną pozostawała niezaspokojona. Dostawałam to, do czego przywykłam – troskę i czułość, zwykle zmieszane z pewną dozą nieżyczliwości i zaniedbania, a chwilami po prostu okrucieństwa. Niekiedy sama byłam nieżyczliwa. Musiało minąć sporo czasu, zanim zrozumiałam, że choć pragnęłam poznać miłość, bałam się prawdziwej bliskości. Często wybieramy relacje oparte na czułości i trosce, w których nigdy nie będzie miłości, bo wydają się bezpieczniejsze. Nie stawiają aż tak dużych wymagań i nie wiążą się z aż tak wielkim ryzykiem.

Wielu z nas pragnie kochać i być kochanymi, ale nie ma odwagi podjąć ryzyka. Choć mamy obsesję na punkcie miłości, w gruncie rzeczy nawet jeśli odczuwamy jej brak, większość z nas prowadzi względnie dobre i w miarę satysfakcjonujące życie. W relacjach darzymy się prawdziwą czułością lub troską. Przeważnie się tym zadowalamy, ponieważ jest to o wiele więcej, niż dostawaliśmy w rodzinach pochodzenia. Niewątpliwie wielu z nas czuje się bardziej komfortowo z myślą, że słowo „miłość” może znaczyć cokolwiek, bo kiedy definiujemy je precyzyjnie i jasno, musimy stawić czoła jej brakowi – straszliwej alienacji. Prawda jest taka, że w naszej kulturze mnóstwo ludzi nie wie, czym jest miłość. I ta niewiedza sprawia wrażenie potwornej tajemnicy, braku, który musi pozostać ukryty.

Ruszyć z miejsca

Gdybym dostała jasną definicję miłości wcześniej, szybko stałabym się bardziej kochającą osobą.

Gdybyśmy mieli wspólną definicję, łatwiej byłoby nam kochać. Szczególnie przykre jest to, że tylu współczesnych autorów wciąż twierdzi, że definicje miłości są niepotrzebne i bezsensowne. Lub gorzej – sugerują, że powinny być inne dla mężczyzn, a inne dla kobiet i że powinniśmy się pogodzić i nauczyć żyć z tym, iż mężczyźni i kobiety nie są w stanie się porozumieć, bo nie mają wspólnego języka. Książki tego typu są popularne, ponieważ nie domagają się zmiany przyjętego sposobu myślenia o miłości, kulturze i rolach płciowych. Zamiast zaproponować strategie, które pomogłyby nam stać się bardziej kochającymi ludźmi, w gruncie rzeczy zachęcają, byśmy dostosowali się do braku miłości.

Kobiety kupują tę literaturę dużo częściej niż mężczyźni. Robimy to, bo jesteśmy kolektywnie przekonane o braku miłości. Ponieważ wiele z nas sądzi, że nigdy nie będziemy w satysfakcjonujący sposób kochane, jesteśmy gotowe zadowolić się strategiami, które pomagają złagodzić cierpienie i zwiększyć spokój, przyjemność i radość w już istniejących relacjach, zwłaszcza tych romantycznych. Nie istnieje w naszej kulturze żaden mechanizm, za pomocą którego czytelniczki poradników mogłyby się komunikować z ich autorami. I w gruncie rzeczy nie wiemy, czy te książki rzeczywiście okazują się przydatne, czy wspierają zmianę na lepsze. To, że kobiety kupują je częściej niż mężczyźni, za pomocą swoich pieniędzy utrzymując określone tytuły na listach bestsellerów, nie oznacza, że poradniki rzeczywiście nam pomagają. Kupiłam ich tony. Naprawdę niewiele z nich cokolwiek w moim życiu zmieniło. Podobne doświadczenia ma wiele czytelniczek.

Brak publicznej dyskusji i polityki dotyczącej miłości w naszej kulturze i naszym życiu sprawia, że wciąż traktujemy książki jako główne źródło rad i wskazówek. Wiele czytelniczek przyjęło sformułowaną przez Pecka definicję i stosuje ją w pożyteczny, niosący zmianę na lepsze sposób. Możemy szerzyć tę definicję, przywołując ją w codziennych rozmowach, nie tylko z innymi dorosłymi, ale także z dziećmi i młodzieżą. Kiedy podważamy błędne założenie, jakoby nie dało się sformułować wykonalnej i użytecznej definicji miłości, już tworzymy kontekst, w którym może ona rozkwitać.

Niektórzy mają problem ze sformułowaniem z Drogi rzadziej przemierzanej, bo pojawia się w nim słowo „duchowy”. Peck odnosi się tu do tego podstawowego wymiaru naszej rzeczywistości, w którym umysł, ciało i duch są jednym. Nie trzeba jednak wyznawać żadnej religii, by wierzyć, iż nasze „ja” ożywia jakaś zasada – siła życiowa (niekiedy nazywana duszą), która odpowiednio pielęgnowana, wzmacnia naszą zdolność do samorealizacji i zaangażowania we wspólnotę.

Gdy zaczynamy myśleć o miłości zawsze raczej jako o działaniu niż o uczuciu i używamy słowa „miłość” w ten sposób, automatycznie bierzemy na siebie odpowiedzialność. Często uczy się nas, że nie mamy żadnej kontroli nad tym, co czujemy. Większość ludzi przyjmuje jednak do wiadomości, że to, co robimy, jest sprawą wyboru, że nasze działania wypływają z intencji i woli. Godzimy się także co do tego, że czyny mają konsekwencje. Gdy przyjmiemy, że u podstaw uczuć leżą działania, uwolnimy się od powszechnie przyjmowanych założeń takich jak to, że rodzice zawsze kochają swoje dzieci, że zakochujemy się bez udziału woli, że istnieje coś takiego jak zabójstwo z miłości. Jeśli będziemy pamiętać, iż miłość poznaje się po owocach, nie będziemy używali oznaczającego ją słowa w sposób, który dewaluuje ją i degraduje. Kiedy kochamy, otwarcie i szczerze wyrażamy troskę, czułość, odpowiedzialność, szacunek, przywiązanie i zaufanie.

Definicje są nieodzownym punktem wyjścia wyobraźni. To, czego nie umiemy sobie wyobrazić, nie zaistnieje. Dobra definicja daje nam punkt wyjścia i pokazuje, gdzie chcemy dotrzeć. W miarę jak zbliżamy się do celu, kreślimy trasę podróży i tworzymy mapę. Potrzebujemy map, które poprowadzą nas ku miłości – a wyruszyć musimy z miejsca, w którym wiemy, co mamy na myśli, gdy o niej mówimy.

Tłumaczyła Karolina Iwaszkiewicz.

Śródtytuły od redakcji.

Fragment książki bell hooks Wszystko o miłości. Nowe wizje, która jesienią ukaże się nakładem Wydawnictwa Filtry

Artykuł pojawił się w numerze: Nowa sztuka miłości