Tekst ukazał się drukowanym wydaniu „Miesięcznika Znak” pod tytułem Spotkania z potworami
To było dekadę temu, kiedy moje wyprawy do teatru były raczej antropologiczną próbą zrozumienia fenomenu (ludzi teatr naprawdę może poruszać???) niż poszukiwaniem estetycznych doznań. Większą grupą wybraliśmy się na sztukę Bardzo Uznanego Twórcy. A właściwie „wyprawiliśmy się”, bo była to prawdziwa wyprawa do podmiejskiej hali za polami kapusty bez sensownego transportu publicznego. W czasie pierwszej przerwy ja i kolega zaproponowaliśmy odwrót – może znajdziemy jeszcze coś fajnego w kinie? Reszta jednak wolała zostać, więc i ja zostałam, przez kolejne cztery godziny zastanawiając się nad właściwym sensem tego, w czym uczestniczę.
Bo czy Twórca nie wmanewrował nas w sadomasochistyczną grę? Patrzcie, oto zapłaciliście, żebym mógł was tu trzymać przez sześć godzin nieruchomo, na tych niewygodnych plastikowych krzesłach, odciętych na jakimś zadupiu, bombardując was zdezaktualizowanym modernistycznym bełkotem, a wy – dlatego że mam nazwisko i sławę, bo jestem uważany za geniusza – nie powiecie „sprawdzam”, ale zrobicie wszystko, by nadać temu jakiś sens, przekształcić swoje rozdrażnienie w należny mi obowiązkowy zachwyt, a na koniec gromko będziecie bić brawo.
Obecnie, gdy po odwołaniu premiery w Szwajcarii, rozpętała się dyskusja o metodach pracy reżysera, przez godziny monologującego na próbach, wpadającego w szał, żądającego technicznych zmian w ostatniej chwili, dużo łatwiej jest opowiadać o tym, jak to nam się Krystian Lupa wcale nie podobał. Rozumiem…