Sprawia wrażenie kogoś, o kim już napisałeś wspomnienie – pisał w 2002 r. Derek Walcott w szkicu Elegista – twarz, która już została wyryta na niedużym owalnym frontyspisie historii literatury polskiej, z małymi zaciśniętymi ustami i oczami czarnymi jak węgiel – oczami świadka grozy XX wieku, z krótko przystrzyżonymi włosami, albo mocno przerzedzonymi, a może wręcz z głową ogoloną jak więzień gułagu. Ktoś, kto, jak sam napisał, mógł być żydem, żydem z małej litery”. Z przejęciem czytam dziś te zdania, rok od niespodziewanego odejścia Adama Zagajewskiego. Walcott podkreślił ważny rys autora Jechać do Lwowa:
tkwił w czasie, na gruzach historii:
w półmroku gęstego gaju kryją się może
cienie tych, co żyli krótko, w lęku i bez nadziei, cienie
naszych braci, naszych sióstr, cienie Kołymy i Ravensbrück,
biedne anioły czarnego zbawienia, i chciwie na nas patrzą
„Czasami odnosi się wrażenie, że Zagajewski pisze dymem, że wiersz unosi się w przestrzeni, jego wersy stają się żarzącymi końcami gałązek lub papierosów, albo świeczek wotywnych – pisał Walcott. – No tak, i dusza – więc istnieje coś takiego?” Zagajewski wierzył w istnienie duszy, prowadził z nią rozmowę. Ta dusza dziedziczy wiele z chrześcijańskich wyobrażeń: budzi się w pustym kościele w Burgundii i milknie w katedrze w Chartres, a ożywa także przy głosie Elli Fitzgerald i trąbce Clifforda Browna. To także dusza zmarłego, któremu zapala się świece: płomień przywołuje obecność. Zagajewski pisał tak, by budzić dusze, by ich nie urazić. Pewnego razu zainspirowało go hasło „Mistyka dla początkujących”– tytuł książki, którą czytał nieznajomy.
Od razu zrozumiałem, że jaskółki,
które, przenikliwie gwiżdżąc,
patrolowały ulice Montepulciano,
i ściszone rozmowy onieśmielonych wędrowców
z Europy Wschodniej zwanej Środkową (…),
i podróże, wszystkie podróże,
to była tylko mistyka dla początkujących,
wstępny kurs, prolegomena
do egzaminu, który odłożony został
na później.
O wyższych regionach ducha Zagajewski marzył powściągliwie gotowy zatrzymać się w przedsionku. Jego głos był przyciszony, unikał patosu. Poeta spisuje raport ze swojego wewnętrznego świata, stanów własnej duszy. To ona podsuwa obrazy, dyktuje metafory. Oczywiście dusza to nie rozedrgane emocje, intymne zwierzenia. Zagajewski, który kochał Amerykę i jej poetów, nie należał do dziedziców Roberta Lowella. Nie przepisałby nigdy i nie ułożył w strofy listów zrozpaczonej kobiety. „Sztuka nie jest tyle warta” – powtórzyłby raczej za Elizabeth Bishop. „Poezja jest poszukiwaniem blasku” – stwierdzał. Jest czymś więcej niż skarga, krzyk czy wyznanie rozbitej duszyczki. Także dlatego Zagajewski był „elegistą”. Mówił w pierwszej osobie, ale w imieniu wielu, szły za nim cienie.
W ostatnich latach poeta nie raz żegnał przyjaciół po piórze. W jednym z ostatnich wierszy wspominał wieczór autorski sprzed lat: czytali razem z C.K. Williamsem, wprowadził ich wspólny przyjaciel Tzvetan Todorov:
Milczeliśmy długo, zerkając na zegarek;
każdy z nas przebywał jakby w innym mieście,
w innym dzieciństwie, w innej rodzinie.
(…)
Teraz jest styczeń, pada mokry śnieg
Głuszy dźwięki i kolory
Zakrywa niedoskonałość
Innego już miasta, zakrywa podłość –
Was obu od dawna nie ma na ziemi
Zagajewski wspominał tę chwilę jako „moment braterstwa / Milczącego braterstwa, które trwa / Pomimo wszystko (…)”.
Nagradzany i lekceważony
Jest za wcześnie, by wspominać Adama Zagajewskiego. Był najmłodszy w plejadzie polskich poetów, nosił – otrzymane od nich niegdyś w prezencie – marynarkę Brodskiego i krawaty Zbigniewa Herberta. Mam wrażenie, że wyszedł na spacer, ogląda książki w witrynie księgarni, w kawiarni czeka na spotkanie. Zgłaszali się do niego młodzi poeci o spoconych dłoniach, tłumacze, humaniści, obcokrajowcy, którzy nauczyli się polskiego, aby czytać wiersze. Podziwiali go, jednak nie był łasy na komplementy. Słuchał ich opowieści, czytał próbki tekstów. Cieszył się, kiedy wyławiał talent: rekomendował do stypendium, podsuwał manuskrypty wydawcom, pisał noty na okładkę debiutanckiego tomu. A przede wszystkim nie odmawiał rozmowy. Wzruszała go żarliwość ludzi z pasją, zaczytanych, nieraz naiwnie krytycznych i zbuntowanych. Przede wszystkim lubił „bardzo młodych, genialnych ludzi”, jacy „gardzą takimi jak ja pisarzami, pisarzami, którzy już napisali kilka książek, którzy już zdradzili, kim są”.
Dziwiło mnie, kiedy zarzucano mu oderwanie od rzeczywistości. Ci, którzy znali go tylko z mediów, podejrzewali go o wyniosłość. Nie znali jego ciętego poczucia humoru. Podejrzliwie patrzyli na „światowca”, który 20 lat przeżył w Paryżu i wykładał na amerykańskich uniwersytetach. Nieżyczliwi nie pamiętali, że mieszkał raczej na paryskich przedmieściach, tłumaczył książki dla chleba i latami ledwo wiązał koniec z końcem. „Nagradzany za granicą, w kraju był przez niektóre środowiska lekceważony – wspomina jego przyjaciel poeta Jerzy Kronhold. – Nigdy nie otrzymał znaczącej polskiej nagrody – ani Nike, ani Silesiusa. Pomijano go celowo, złośliwie”. Podobnie uważa Ryszard Krynicki: „Żadna z jego wspaniałych książek poetyckich wydanych w ostatnich latach właściwie nie została w należny im sposób doceniona. A bywało, że Adama zwalczano…”. I tylko na wpół żartem Jarosław Klejnocki wymieniał Dziesięć powodów, dla których inni polscy poeci nienawidzą Adama Zagajewskiego.
Swobodnie mówił w trzech obcych językach, które nazywał swoimi „peryskopami na świat”. Susan Sontag i Josifa Brodskiego zaliczał do grona swoich przyjaciół. Publikował w „The New Yorkerze” i „The New York Review of Books”. Bywał na światowych literackich salonach – gdziekolwiek one były – co budziło zazdrość, a nieraz krzywe uśmieszki współczesnych. Miał charakterystyczny sposób mówienia, lekko zwolniony, jakby specjalnie ważył słowa. Nie było w nim zadęcia, megalomanii, pozy. Raczej skłonność do ironii. Sądzę, że była bronią przeciwko złośliwości czy małostkowości. Przeciwko tym, którzy latami z lubością zrywali kartkę w kalendarzu: kolejny rok, w którym Nobla nie dostał Zagajewski. Dostał za to niemal wszystkie inne liczące się w świecie nagrody: amerykańską Neustadt, niemiecką imienia Heinricha Manna, hiszpańską Księżniczki Asturii.
###banner###
Nie miał wyższości arystokraty, który oddycha rozrzedzonym powietrzem i boi się zbrukać tym, co przyziemne. Był arystokratą ducha. Żył poezją – to brzmi wzniośle – w każdym razie o kilka tonów wyżej niż większość z nas. Czytał Dzienniki Harry’ego Kesslera i Józefa Czapskiego, czytał listy Rilkego oraz wiersze Leopardiego. Przeżywał je głęboko, wewnętrznie. Ale czytał też „Gazetę Wyborczą”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i „The New York Timesa”. Wychodził na ulicę protestować w obronie wolnych sądów i konstytucji. Solidarny i samotny.
Najpierw na półce z poezją w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Zabrzu znalazłam List: wydany w samizdacie tomik, w okładce burej jak papier pakowy. Kartki były prawie przezroczyste i nawoskowane, czcionki perforowały na nich ślad.
Zapamiętałam tytułowy wiersz:
Pisze, że wszystko dobrze
dni są coraz dłuższe
w domach dojrzewa spokój,
tylko sny, jak wściekłe lisy
gryzą nasze łydki.
Te wersy potraktowałam jako list adresowany do mnie. Jak wezwanie. To były słowa młodego poety: żarliwego i niepogodzonego. Jednak w tym samym tomiku znalazłam wiersz W cudzym pięknie, który po latach powrócił jako tytuł zbioru esejów.
Tylko w cudzym pięknie
jest pocieszenie, w cudzej
muzyce i w obcych wierszach.
Tylko u innych jest zbawienie
choćby samotność smakowała jak
opium
Polemizując ze słynnym zdaniem Sartre’a, Zagajewski odwołuje się do korzeni: jest poetą kultury, cudzych melodii i rymów. Parafrazując Czapskiego, mógł powiedzieć, że „pisze się procent od kontemplacji”. Z dumą przyznawał się również do „założonego” przez Czesława Miłosza „gospodarstwa polskiej poezji”.
Lwów jest wszędzie
„Urodzony w 1945 roku we Lwowie” – to brzmi jak początek legendy. Zagajewski opuścił Lwów jako czteromiesięczne niemowlę, nie miał związanych z nim wspomnień. Czy rzeczywiście? W szkicu Dwa miasta opisywał miejsca dzieciństwa, w których kształtowała się jego wyobraźnia. Wychowywał się we Lwowie widmowym, utraconym, który z bólem fantomowym przenieśli na Śląsk jego bliscy. „Mój ojciec, dla którego Lwów był przez wiele lat jedynym miejscem i jedynym obrazem świata – tam się urodził i tam spędził młodość – systematycznie odmawia wyjazdu do tego miasta – opowiadał poeta. – Gdy jednak zaraz po powrocie z Ukrainy ja, który we Lwowie co prawda urodziłem się, ale nigdy nie zdążyłem go dobrze zobaczyć, pokazałem ojcu świeżo wywołane fotografie, natychmiast rozpoznał i nazwał każdą ulicę, każdy zaułek, nieomal każdą kamienicę – po 56 latach nieobecności!” Zagajewski wychował się wśród opowieści karmiony legendą. Oto ciotka, która opuszczając lwowskie mieszkanie przed I wojną światową, zostawiła na stole słoik konfitury z moreli w nadziei, że zajęci nią najeźdźcy nie splądrują mieszkania. „Ciotki, wynurzające się z kuchni, ginące w ogrodzie, wieczorem pochylone nad maszyną do szycia, w okularach, w których odbijały się pomarańczowe abażury lamp. Moje ciotki, Parki”. W 2001 r., po krótkiej wizycie we Lwowie, napisał szkic Czy należy odwiedzać miejsca święte? „Miałem przed sobą miasto zupełnie obce i najbardziej znane, zapomniane, pożegnane, opuszczone, opłakane, rozstrzelane, a jednak prawdziwie istniejące, oświetlone teraz najjaskrawiej i najrealniej, plastyczne i żywe, miasto, w którym natychmiast umiałem rozpoznać najważniejsze kościoły, którego generalna topografia nie miała dla mnie tajemnic, rozciągające się w dole, schowane między wzgórzami, spokojne, majestatyczne. Nie powinno się jeździć do miejsc mitycznych, nie ma sposobu na to, żeby je ujrzeć, zobaczyć, uchwycić. Rozpoznać je łatwo, ale co potem? Co robić?”. W wierszu konstatował smutno: „Przechodzisz tu jak obcy, / a to jest twój rodzinny dom”.
Jechać do Lwowa to hymn dla miasta, w którym (nie) wychował się Adam Zagajewski – opowiedzianego, unicestwionego, jednak obecnego z tak narzucającą się intensywnością, że „za dużo było Lwowa”. To jeden z tych wierszy, których nie należy cytować, trzeba czytać w całości, a najlepiej słuchać, kiedy czyta go sam autor, z charakterystycznym zaśpiewem, powoli, a jednak głos się rozpędza, kaskada obrazów miasta, zaginionej Atlantydy, wzbiera, dąży do kulminacji, która byłaby wzniosła, gdyby nie to, że jest cicha i zdecydowana. „Lwów jest wszędzie”. Ten wiersz zapisuje się w historii, ale także zapisuje historię. W antologii ośmieliłabym się go postawić obok Przesłania Pana Cogito Herberta i Fugi śmierci Celana.
O Lwowie wyobrażonym Zagajewski pisał również prozą, w szkicu Dwa miasta. Przejmująco wspominał emigrantów, którzy wygnani ze swoich domów, zajęli na Śląsku cudze, poniemieckie. Niektórzy nie przyjmowali do wiadomości nowych, zgrzebnych dekoracji: „przekupki, ubrane w zimie w kaftany, swetry, kożuchy i włóczkowe rękawiczki, z których wynurzały się czerwone zmarznięte palce, mówiły ze śpiewnym wschodnim akcentem. Niektórych klientów witały ze specjalną grzecznością. Panie doktorze, zwracały się do staruszka w wytartym, przedwojennym futrze, panie mecenasie, mówiły do wysokiego starca, którego prowadziła pod rękę córka w średnim wieku”.
Zagajewski wychował się wśród przesiedleńców, którzy żyli jak w obcym kraju, nie dopuszczając do świadomości Śląska i Ślązaków, a nawet gardząc ich gwarą, górniczymi tradycjami, jakże odmienną od kresowej kuchnią. Ale także w Gliwicach dostrzegał piękno: „Na horyzoncie czerniała grzywa lasu. Mgły wędrowały nad łąkami. Wyciągi szybów kopalnianych stojące wśród sadów i ogrodów wyglądały jak menhiry”. Trzeba wyobraźni poety, by w ten sposób opisywać górnośląski krajobraz. Pamiętam, jak z mojej wypowiedzi wyłowił rzucone półżartem „a co ja mogę za to?”. Wychowałam się w Zabrzu. Zagajewski z wyraźną przyjemnością wytknął mi kalkę z niemieckiego, „was kann ich dafür?”.
Przypominam sobie wieczór autorski w Gliwicach, na początku XXI w. Kiedy poeta podpisywał książki, u jego boku stał starszy pan z laską, w doskonale skrojonym, jasnym garniturze. „Ach, to pan jest ojcem?”– zapytał ktoś z czytelników. To był profesor Tadeusz Zagajewski, jeden z założycieli Politechniki Śląskiej, pionier polskiej elektroniki. To on uczył nastoletniego syna składać radioodbiorniki. Do poezji odnosił się nieufnie. Jego słowa widnieją w tytule tomu esejów Lekka przesada: „Wreszcie mój ojciec powiedział, zapewne lekko zachrypniętym głosem, jak zawsze, kiedy był zakłopotany: to jest lekka przesada. Lekka przesada. Kiedy to przeczytałem, wybuchnąłem śmiechem, tak bardzo, tak doskonale wyrażało to jego poglądy na poezję, ba, na cały ten dziwny świat, w którym zniknął jego syn. Lekka przesada. Tak inżynierowie myślą o poezji”.
I tak wszystkiego nie opowiem” – to przekorne zdanie otwiera Lekką przesadę. Powściągliwość poeta odziedziczył zapewne po ojcu. Przyznawał, że lubi czytać biografie. Swoją własną także opowiadał, rozproszoną, rozłożoną na obrazy. Lubił fantazjować o skoligaconym z jego rodziną paryskim marszandzie Leopoldzie Zborowskim. Wspominał dziadka, surowego germanistę, profesora lwowskiego uniwersytetu:
Moja rodzina
rozproszona po całej ziemi, pod ziemią,
w różnych krajach, wierszach, obrazach.
Rodzina „typowo inteligencka”– mówił z dumą i dodawał: „ale nie intelektualna”. Pokolenia przy biurku. Była to zarazem rodzina milcząca. „Chciałem nauczyć się mówić, ale wiedziałem, że nauka potrwa wiele lat”. Portrety rodziców nakreślił wiele lat po śmierci matki, w późnej starości ojca. Ojciec traci pamięć, a syn przywołuje obrazy dzieciństwa, które przywołują do życia i do wieczności. Wiersze poświęcone matce są ostrożniejsze, dotkliwe, pełne sprzecznych uczuć:
jak ja jej niemądrze dokuczałem – tak jak wtedy, kiedy ona
porównała siebie do Beethovena głuchnącego,
a ja powiedziałem okrutnie – Ale wiesz, on miał talent…
Żyłem w komunizmie
„Moja rodzina była dobrą rodziną, nie musiałem uciekać od rodziców. A jednak musiałem – wspominał Zagajewski decyzję o wyjeździe z Gliwic – poczułem, że żeby zrobić coś własnego, muszę wyjechać, ponieważ dusiła mnie prowincjonalność tego miasta”. Młodzieńcze pragnienie opromieniło miasto „lekkie jak renesans i ciężkie jak ołów”. Kraków stał się miastem wiecznie upragnionym, tym, w którego wysokie progi z rzadka bywał zapraszany. Na Uniwersytecie Jagiellońskim studiował psychologię i filozofię – kierunki wybrane nieco lekkomyślnie: byle humanistyczne, ale niefilologiczne, aby uniknąć akademickiego skrzywienia. Już wówczas wybrał poezję. Zapełniał zeszyty notatkami, a:
Za oknem rósł ciemnobrązowy buk.
W jego liściach kryło się inne posłanie,
Inny szept. Inny uniwersytet.
„Półtorej godziny z Herbertem lśnią w mojej pamięci”– wspominał Zagajewski spotkanie autorskie w gliwickim liceum w 1963 r. Autor świeżo wydanego Barbarzyńcy w ogrodzie opowiadał o Akropolu. Obecny na sali Julian Kornhauser wspominał spotkanie jako nudnawe. Obaj absolwenci gliwickiego liceum spotkają się dopiero jako studenci w Krakowie. „Jego zawsze ciągnęła awangarda, dreszcz nowości” – tłumaczył Zagajewski. To Kornhauser był autorem poświęconego Herbertowi rozdziału w ich wspólnej książce Świat nie przedstawiony. „Rzeczywistość Herberta jest zastygłym światem świątyń, obrazów, książek i mitów i drugorzędną absolutnie sprawą jest to, czy świątynie są w tym świecie zburzone, czy też rozlega się w ich wnętrzach śpiew ofiarny”. Niespełna 30-letni autorzy ze sporą dezynwolturą krytykowali starszych kolegów za pięknoduchostwo, uciekanie w mitologię i maskaradę. Domagali się opisania wiernego, bez ornamentu metafor, prawdziwych doświadczeń żywych ludzi. Jak precyzował Zagajewski, chodzi o „rzeczywistość ludzi, rzeczy i świadomości, zebrań i kolonii dziecięcych, rzeczywistość podwójnej wiary, zakłamania i nadziei, rzeczywistość zebrań partyjnych i meczów piłkarskich. Wyścigu Pokoju i dowcipów politycznych, szpitali i transparentów, śmierci i nowych inwestycji, emerytów i personalnych, domów kultury i bójek na wiejskich weselach, piosenek młodzieżowych i młodych naukowców, bibliotek i budek z piwem”. W czasach cenzury i propagandy młodzi autorzy domagali się w gruncie rzeczy frapującego reportażu, rzetelnej literatury faktu. Paradoksalnie o oderwanie od rzeczywistości oskarżali zaś poetów. Kontrowersyjny Świat nie przedstawiony został wyróżniony Nagrodą Kościelskich. Wygrane pieniądze Zagajewski (również nieco paradoksalnie) przeznaczył na pierwszą podróż do Włoch. „Pisałem wiersze i opowiadania, po jakimś czasie zacząłem wydawać książki i niecierpliwie czekałem na recenzje z nich, sam też pisywałem recenzje z cudzych książek – pisał w autobiograficznym eseju – młodzi pisarze zachowują się jak prokuratorzy, mianowani naprędce przez rewolucyjną władzę i dobierający się do skóry szanowanym powszechnie autorom starszego pokolenia, znajdują u nich karygodne pomyłki i wypaczenia; wszystko po to, aby przetrwać – a łatwiej przeżyć trudny okres młodości literackiej w todze prokuratora czy w loży obrońcy”.
„Żyłem w tym mieście, żyłem w komunizmie, wskakiwałem do tramwaju – jeśli nie był zanadto rozpędzony”– podsumowuje Zagajewski w tomie W cudzym pięknie. Wykładał w Zakładzie Filozofii Marksistowskiej Instytutu Nauk Społecznych AGH. W oficjalnie partyjnym piśmie „Student” tworzył frakcję młodych gniewnych: był tam Ryszard Krynicki, z Poznania przyjeżdżał Stanisław Barańczak. Jak wspominał Zagajewski, wszyscy oni byli mgliście lewicowi, można było mieć nadzieję, że się ustatkują. „W moim pokoleniu, urodzonym już po wielkiej katastrofie, zaznaczyło się nie tak rzadkie powinowactwo między poezją i wolnością – tak, jakby pewien rodzaj uprawiania poezji – nieakademickiej, nienapuszonej, prowadził w sposób prawie nieunikniony do zachowań i inklinacji wolnościowych”.
W 1975 r. Zagajewski podpisał List 59. Powstała kultura niezależna i „zaczęło się nowe życie”. W Warszawie spotkał Barbarę Toruńczyk i Adama Michnika – niezależnych, bez strachu, jakby „prosto z Powstania Warszawskiego”. Zainspirowany ich odwagą Zagajewski wystukiwał na maszynie ulotki, strajkował, chodził na „podziemne” seminaria. Został objęty zakazem publikacji, z którego wyłączone zostały czasopisma katolickie. Pracował więc dla „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, wspierał go też dumny z jego działalności ojciec. Ten czas poeta zapamiętał jako „festiwal przyjaźni”. „Wspólnie z Kornhauserem Julianem stworzyli czołówkę ruchu kontestatorskiego w środowisku krakowskim”– pisał agent SB o »figurancie«, któremu nadano kryptonim »Cichy« – Wyrażając swoją postawę, figurant na łamach »Studenta« wielokrotnie usiłował przemycać treści sprzeczne z polityką Partii oraz lansował literatów, których poglądy społeczno-polityczne budziły zastrzeżenia”.
Afrykanin a nie Murzyn
nie słyszy się już dziś o Murzynach
którzy zginęli w kopalni węgla
– pisał poeta w tytułowym wierszu z tomu Sklepy mięsne. Pisał przeciwko nowomowie, przeciwko cenzurze, politycznemu zdławieniu głosu, a przecież te słowa można byłoby dzisiaj przeczytać jako bunt przeciwko mowie politycznie wygładzonej, przeciwko poprawności, która odbiera głos indywidualnemu doświadczeniu, rozmywa kontury zdarzeń.
zgon a nie śmierć
to jest właściwe słowo
Wymawiam je i nagle spostrzegam
że moje usta wyścielono tekturą
którą dawniej nazywano milczeniem
Zagajewski nie wstydził się młodzieńczego zaangażowania ani wierszy, które były głosem pokolenia. Ale mówiły zanadto wprost, były ogołocone z metafory.
„To, że debiutowałem jako poeta poezją gniewną, polityczną, zwróconą przeciwko systemowi, irytuje mnie niekiedy – przyznawał po latach – od dawna już przestałem przywiązywać wagę do tego typu wierszy. Zrozumiałem, że poezja jest gdzie indziej, poza doraźnymi walkami stronnictw, a nawet poza rebelią przeciwko tyranii, najlepiej nawet uzasadnioną (…)”.
Wyobrażam sobie, że młody Zagajewski musiał być podobny do Krzysztofa Oremusa z jego powieści Ciepło, zimno. Wrażliwy, sumienny, snujący sprzeczne myśli i szukający pomiędzy nimi równowagi. Pilny student, krytyczny obserwator, marzący o głębokiej, niekończącej się rozmowie. Ze skłonnością do dywersji – poetyckim spojrzeniem na świat, które nie podporządkowuje się akademickim wymogom, jest ze swej zasady antysystemowe. A także – trudne do pogodzenia z bystrym tokiem fikcyjnej narracji. Powieściowy narrator Zagajewskiego „popada w poezję”: „Nieunikniona małość wydarzeń. Nieunikniona. Drobne zwierzęta domowe, oto do czego można porównać wydarzenia. Przemykają się poczciwie, bez żadnego trudu przeszłyby przez ucho igielne. Z góry zbawione, poświęcone, trzymają się za ręce jak dzieci z przedszkola. Przechodzą przez jezdnię, a samochody zatrzymują się na widok tego małego pochodu”. Skarga na małość wydarzeń mogłaby stać się refrenem poety. Miałkość politycznych przepychanek, ale także nużąca codzienność, rozmienianie się na drobne, niezdolność do zachwytu. O tym pisał w hipnotyzującym, rytmicznym Senza flash:
Bez płomienia, bez nocy bezsennych, bez żaru,
bez łez, bez wielkiej namiętności, bez przekonania,
tak będziemy żyli; senza flash.
Spokojnie i miarowo, posłusznie i sennie,
dłonie poplamione czarną farbą gazet codziennych,
twarze tłuste od kremu; senza flash.
Podobne refleksje podyktowały mu Uwagi o wysokim stylu w tomie (także tutaj tytuł jest znaczący) Obrona żarliwości. „Starałem się odebrać temu terminowi wszelką patetyczność, ale obronić jednak coś, co wychodzi poza trywialność naszego konsumpcyjnego życia, poza wszechobecną socjologię, która ogląda i opisuje tylko platońskie wielkie zwierzę, i nie chce tracić czasu na pojedynczą duszę, kiedy więc próbowałem bronić substancji (a przecież teraz interesują nas tylko relacje, nie substancja), zostałem skarcony przez niektórych krytyków i czytelników. Nie odrzucając ironii, nie gardząc poczuciem humoru (nigdy nim nie gardziłem), proponowałem, żeby zwrócić też uwagę na coś wyższego, coś, czego nie umiem dobrze określić – ponieważ nie jestem ani ideologiem, ani teologiem”.
W Paryżu
Zagajewski nigdy nie stroił się w szaty kombatanta-opozycjonisty. Zawsze podkreślał, że w 1982 r. znalazł się we Francji z przyczyn osobistych. Wyjechał z miłości, aby połączyć się z Mają – miłością jeszcze z czasów studenckich – która została jego drugą żoną. Paryż „odebrał mi moje radości i gniewy polskie, emocje obywatela, który na co dzień – niekiedy cztery razy dziennie – akceptuje lub odrzuca swój stan posiadania” – opowiadał Renacie Gorczyńskiej. Paryż dał mu również swobodę – niezależność od koterii i animozji, a także obcość nie do przekroczenia. W 1983 r. Barbara Toruńczyk zaczęła wydawać kwartalnik „Zeszyty Literackie” – „ich powstanie w momencie mojego przyjazdu do Paryża wydało mi się życzliwym gestem Opatrzności, która powiedziała sobie zapewne, że skoro ten głupiec wyjechał z Polski, nie mając żadnych trzeźwych pomysłów na życie, trzeba mu trochę pomóc”. Przez wiele lat „Zeszyty” były jego przystanią – miejscem publikacji, intelektualnej wymiany, przyjaźni. „Byłem emigrantem, ale nie bardzo nieszczęśliwym, biednym, ale nie głodującym, jeszcze raczej młodym, ale już w wieku dojrzałym, trochę już znanym i trochę już zapomnianym” – pisał 20 lat później, we wstępie do wznowienia Solidarności i samotności.
Ta dychotomia – pomiędzy wspólnotą a osobnością, zaangażowaniem a samotną kontemplacją – towarzyszyła Zagajewskiemu w całej twórczej drodze. Po stłamszeniu Solidarności z kraju dochodziły ponure wieści. Ale przecież, jak ośmielił się powiedzieć poeta: dysydentów łączyło szczególne poczucie wspólnoty, żyli na najwyższym diapazonie. Z kolei on, prawdę mówiąc, był szczęśliwy: odcięty od krajowych spraw, konieczności pisania „przeciwko czemuś”. Uciekał z nędznej kwatery na przedmieściu i wędrował po Paryżu upojony swoją wolnością.
Ruch opozycyjny, który Zagajewski współtworzył, był wspaniałym zjawiskiem, jednak nie wydał równie wybitnych dzieł literackich. Po wyjeździe poeta słyszy jeszcze w głowie charakterystyczne głosy przyjaciół: Jacka Woźniakowskiego, Jana Błońskiego, Adama Michnika. Jednocześnie próbuje dostrzec w lustrze własną twarz. „Tymczasem mniej czy bardziej alegoryczne istoty przyłączają się do mnie: brzydkie bóstwo totalitaryzmu, echo historii, ciężar geografii. Chciałbym się rozpoznać w samotności, w intymności, w małym lusterku wiersza lub notatki, a wciąż słyszę szelest wielkich, bezosobistych luster, które nie ja stworzyłem. Ale czuję, że tak musi być: naprzód muszę stłuc tamte gigantyczne lustra, żeby na koniec wrócić do samego siebie, zobaczyć własną twarz”. Poeta wyjechał do Paryża „z miłości”, a także po to, aby dojrzeć, znaleźć własny głos, w samotności, bez chóru przyjaciół i wstrzymujących oddech słuchaczy. Odtąd rzadko mówi w imieniu wielu, „my” jego wierszy podpowiada raczej obecność ukochanej. Często pojawia się natomiast „ty”, które nie odnosi się do innej osoby, jest rozmową poety z samym sobą. Zwolniony z obowiązku przemawiania w imieniu zbiorowości, częściej przywołuje umarłych. Wiersz Spróbuj opiewać okaleczony świat ukazał się w „The New Yorkerze” tuż po 11 września 2001 r. Stał się słynny na cały świat i na próżno Zagajewski podkreślał, że nie napisał go w reakcji na ataki na WTC. Oto wiersz poety urodzonego kilka tygodni po zakończeniu wojny, który od zawsze wiedział, że pola bitwy porasta cienka warstwa trawy.
Musisz opiewać okaleczony świat.
Patrzyłeś na eleganckie jachty i okręty;
jeden z nich miał przed sobą długą podróż,
na inny czekała tylko słona nicość.
Widziałeś uchodźców, którzy szli donikąd,
słyszałeś oprawców, którzy radośnie śpiewali
Powinieneś opiewać okaleczony świat.
Paryż – chmurny i wyniosły – pod jedwabiem i politurą pysznej kultury materialnej skrywa duchową mizerię. „Babilon, w którym nie ma poezji, a filozofowie sprzedają się albo rządowi, albo modzie – komentował Zagajewski w rozmowie z Renatą Gorczyńską – królują niemądre powieści i sprzedajne jury Nagrody Goncourtów”. Nie był zgorzkniały – mimo że rzeczywiście we Francji się „nie przebił”, nie był nagradzany i przyjmowany na salonach. Osobny, spotykał się z innymi egzulami. Odwiedzał Józefa Czapskiego w Maisons-Laffitte, zaprzyjaźnił się z Konstantym Jeleńskim. Paryż był „piękny i niegościnny”, nigdy nie stał się domem.
Amerykańska lekkość
W 1988 r. Zagajewski wylądował w Houston – w czerwonym szaliku, z migreną i niemiecko-angielskim słownikiem pod pachą. Uprzejmy i zdezorientowany. Czy sobie poradzi? – po cichu zastanawiał się Edward Hirsch, który go zaprosił olśniony jego poezją. Był to początek przyjaźni dwóch poetów i trwającej ponad 20 lat amerykańskiej przygody Zagajewskiego. Jeździł do Stanów jak gastarbeiter, na cztery miesiące w roku. Houston było dla niego kosmicznie obce, chociaż wbrew jego wyobrażeniom nie przypominało brunatnej pustyni. „Wiecznie zielone dęby zachowywały się jak ostrożni rentierzy: nawet na moment nie traciły całkowicie liści, tylko odnawiały je systematycznie, pod zeszłorocznymi wyrastały nowe i po chwili wypychały bezlitośnie stare – obraz walki pokoleń w stanie czystym, klinicznym, właściwie przerażającym – tak że drzewo nigdy nie było nagie”.
Zobowiązany do krytycznych omówień studenckich wierszy Zagajewski na początku czytał je ze słownikiem. Tęsknił do Europy: starych miast, zaklętej w przedmiotach historii. Przepadał w potężnych bibliotekach, jedynych świątyniach pamięci. „Długie półki wypełnione są zapomnianymi na ogół autorami, którzy trudzili się przez całe życie. Czy na próżno, skoro zakurzone tomy ich prozy lub poezji drzemały teraz beznadziejnie w klimatyzowanych salach biblioteki?” Dla jego introwertycznej natury wyzwaniem była amerykańska wylewność, skupienie na własnych emocjach. Studentów upominał: „Napisaliście dużo drobnych wierszyków o drobnych sprawach. Spróbujcie czegoś większego”. Zadawał napisanie „elegii dla dwudziestego wieku”. Wzruszali go młodzi Amerykanie: często słabo oczytani, ale otwarci i wygadani. „Pragmatyczna Ameryka wytwarza na kampusach szczepionkę przeciwko własnej praktyczności; jest społeczeństwem religijnym, więc i ci studenci poezji, którzy tak dzielnie i idealistycznie wchodzą w życie, są jakby dissenters w sensie wyznaniowym”.
Studenci naśladowali jego sposób mówienia. Był z nimi na „ty”. Znalazł w sobie cząstkę amerykańskiej lekkości. W 2002 r. po raz pierwszy zorganizował polsko-amerykańskie spotkania poetyckie. Sprowadził grupkę studentów, dla nich przyjeżdżali wybitni poeci: Tomas Venclova, Seamus Heaney, Jane Hirshfield, Robert Hass… W Krakowie mieszkał jeszcze Czesław Miłosz, któremu po powrocie z Berkeley brakowało kontaktu z amerykańskimi kolegami. Pamiętam go w rozmowie z W.S. Merwinem na Uniwersytecie Jagiellońskim. Miłosz królował, mówił ze swadą, ze swoim litewskim zaśpiewem. Burza myśli, odważne pytania, atmosfera jak na amerykańskiej uczelni. Studenci poruszeni: spotkaniem z wielkimi poetami, a także ze średniowiecznym miastem, gdzie wszystkie rozmowy zdawały się głębsze. Polska, a może nawet Europa miała dla nich twarz i głos Adama Zagajewskiego. Podziwiali jego erudycję, lubili anegdoty, serdeczną ironię. Najchętniej rozmawiał z nimi o poezji: czytał Rilkego, Audena, Eliota, Miłosza i Herberta. Uważał, że tylko tak może kształcić się poeta. Studenckie wiersze krytykował ostrożnie: przychodził z terytorium innego języka, ale też nie wierzył, że poezji można się nauczyć na warsztatach.
Wrócił do Krakowa: jedynego miasta, które uważał za własne. Był tu mocno obecny, nie tylko na wieczorach autorskich, publicznych spotkaniach. Można było go spotkać w bibliotece Instytutu Goethego, w filharmonii, w kawiarni (żartował, że zmienia lokale, aby nigdzie nie zostać bywalcem). Wracał do swoich ulic. Lubił średniowieczny układ miasta, które pierścieniami otacza swoje serce w Rynku. Nieomal na każdym rogu wspomnienie: cienie ludzi, którzy tu niegdyś mieszkali. „Jesteście moimi mistrzami, umarli”– deklarował. I coraz częściej kogoś żegnał, odprowadzał: „Oczywiście każdy, kto pisze elegie, nie zapomina, że i on kiedyś odejdzie, podstawą elegii jest gest przeciwko śmierci – żeby tego kogoś, o kim piszemy, na moment wskrzesić. Elegia jest pewnego rodzaju pocieszeniem, wskrzeszeniem, dzięki temu jest pojedynkiem ze śmiercią”.
***
Za wcześnie na wspominanie. Akademicy dzielą twórczość na okresy, wpisują w nurty, podkreślają punkty przełomowe. Być może zbyt silne zżycie z poezją Zagajewskiego nie pozwala mi na podsumowanie. Jego dzieło tworzy dla mnie jedność: poezja, eseje, proza, które przemawiają do mnie nawet poprzez nawracające motywy: jak śpiew kosa. Przejmująco brzmi dziś wiersz, który napisał z myślą o Miłoszu:
Gdy jednak będziemy się żegnali na długo
lub na zawsze z kimś, kogo kochamy,
poczujemy nagle, że brak nam słów
i że teraz my sami musimy mówić,
że już nikt nas nie wyręczy
– ponieważ odszedł wielki poeta.
Korzystałam m.in. z:
• A. Zagajewski, Dwa miasta, Lublin 2001.
• A. Zagajewski, W cudzym pięknie, Kraków 2007.
• A. Zagajewski, Wiersze wybrane, Kraków 2017.
• Rozmowa z Adamem Zagajewskim na Web of Stories: https://webofstories.com/play/adam. zagajewski/1 (dostęp: 26 stycznia 2022 r.).
• R. Gorczyńska, Portrety paryskie, Kraków 1999.