MARCIN ŻYŁA: Zanim porozmawiamy o sprawach aktualnych, przenieśmy się na chwilę w przeszłość. Pierwszy raz pojechał Pan do Chin jeszcze przed rewolucją kulturalną. Jakie skojarzenia przychodzą na myśl, kiedy wspomina Pan tamte stare Chiny – Chiny, które już nigdy nie wrócą? KRZYSZTOF GAWLIKOWSKI: Przede wszystkim, były to jeszcze Chiny ze starą, wiejską mentalnością i obyczajami… Kiedy jeździłem rowerem po podpekińskich wsiach, dzieciaki biegały za mną, wołając: „diabeł zamorski przyjechał!”. I nie było to wcale określenie figuratywne. One rzeczywiście nie były pewne, czy mają do czynienia z człowiekiem, czy z siłą nieczystą. Olbrzymia była przepaść dzieląca cudzoziemca od zwykłego Chińczyka. Był to kraj biednych ludzi. Na ulicach Pekinu widziałem przechodniów w ubraniach połatanych w ten sposób, że nie szło się zorientować, co było pierwotną tkaniną – to była łata na łacie! Brakowało materiałów, a te z których korzystano, były marnej jakości i szybko się zużywały. Wielu moich kolegów studentów miało po koszuli i jednej parze spodni. Jeśli wieczorem wyprali ubranie, nie zawsze wyschło do rana. Musieli je włożyć wilgotne. Stary Pekin – to było miasto tradycyjnych, parterowych domków, bardzo zresztą przeludnionych. Ale metraż w takim mieście liczono inaczej: właściwie całe życie toczyło się pomiędzy budynkami, na podwórkach, które układem architektonicznym przypominały nieco rzymskie atria. Kiedy pod koniec lutego kończyła się krótka, choć surowa zima, ludzie wynosili łóżka na ulice i spali przed domami. Sąsiedzi wiedzieli, co dzieje się w każdej rodzinie i często sobie pomagali nawzajem. W zaułkach ulic były krany i…
Dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Od początku europejskiego kryzysu migracyjnego w 2014 r. zajmuje się głównie tematyką związaną z uchodźcami i migrantami. W latach 2005–2010 redaktor miesięcznika „Znak”.