Jeśli swoje dzieciństwo widzę dziś jako unurzane w muzyce, to pewnie także za jego sprawą. W epoce przed telewizorem Adamczyków radio musiało chodzić całymi dniami. Skąd indziej brałyby się we mnie wciąż odkrywane i najwyraźniej niewyczerpane pokłady głupawych refrenów i szlagwortów? Idzie mi o coraz częstsze w miarę posuwania się w leciech przypadki, kiedy moja osobista pamięć zaskakuje mnie znajomością kawałka jakiejś zapomnianej przez wszystkich piosenki, i to znajomością zarówno tekstu, jak melodii. Lubię grzebać w muzycznych starociach i kuriozach i miewam takie wieczory, kiedy przesłuchuję kilkadziesiąt starych, zjechanych płyt kupionych gdzieś za grosze. I nakładam na gramofon, powiedzmy, małą płytę Wiktora Zatwarskiego. Piosenka nazywa…