Swoją autobiografię zaczyna Pan od błogiej młodości w Krakowie, choć to wczesne dzieciństwo jest najmroczniejszą częścią tej opowieści. Dlaczego zostawia Pan ten wątek na później?
Do premiery Listy Schindlera Stevena Spielberga większość znajomych nie znała mojej wojennej przeszłości. Nie wiedzieli, że byłem w getcie krakowskim, płaszowskim obozie, a potem w fabryce Schindlera i że jako pięciolatek znalazłem się w obozie w Oświęcimiu. Z tego czasu mam zresztą tylko szczątkowe wspomnienia, a o wielu wydarzeniach dowiedziałem się później, od innych. Tym bardziej nie chciałem, by kładły się cieniem na moim życiu: planach, marzeniach czy osiągnięciach.
Z samego pobytu w Oświęcimiu najlepiej pamiętam dzień wyzwolenia. Rosjanie kręcili film propagandowy. Próbowali stworzyć atmosferę radosnego powitania Armii Czerwonej jako oswobodzicieli obozu. W rzeczywistości wszyscy się ich baliśmy. Przyjechali na koniach, co sprawiło na mnie upiorne wrażenie. Wyreżyserowali całość niczym filmy z początków rewolucji październikowej. Pamiętam jak nas ustawili przy szubienicy, która robiła za tło, potem przy bloku śmierci.
Gdy wkrótce potem film był wyświetlany na krakowskim rynku, w jednym z kadrów rozpoznała Pana mama i dzięki temu Pana odnalazła.Wybłagała od operatora kilka klatek, na których widać moją twarz. Mam je do dzisiaj. Później przez wiele lat szukałem tego filmu. Udało mi się zdobyć inny kadr, na którym stoję wśród…