Jak Pan zapamiętał swój pierwszy kontakt ze sztuką?
Rok czy dwa po zakończeniu wojny mój ojciec, który był kupcem galanteryjnym jeszcze z czasów przedwojennych…
„Porębski i Zimler, obecnie Julian Rodziński” – jak można przeczytać na fotografii sklepu przy pl. Mariackim w Krakowie, zawieszonej w Pana pracowni.
Zgadza się. Ojciec przeczytał w „Dzienniku Polskim” informację o otwarciu Domu Jana Matejki przy Floriańskiej. I tak znalazłem się w muzeum, które dzisiaj mogłoby śmieszyć swoją staroświeckością (kilka sprzętów, szkice do Bitwy pod Grunwaldem, rekwizyty), ale dla mnie – wówczas sześcio- czy siedmiolet-niego chłopca – było miejscem, gdzie po raz pierwszy zetknąłem się z warsztatem malarza. I gdzie obudził się we mnie ten rodzaj wrażliwości, który ostatecznie doprowadził do tego, że wybrałem malowanie jako swój rodzaj odpowiedzi na to, co mnie otacza.
Pana rodzice mieli zainteresowania artystyczne?…