Jest w tym coś z dziecięcej ciekawości, a coś z kiepskiego podrywu. Idziesz ulicą, słuchasz audiobooka i nagle kątem oka zauważasz ten zarys, kusząco wyraźny na szarym tle roztopów. Zatrzymujesz się, podchodzisz i zaczynasz się przyglądać. Z początku ukradkiem, niepewnie, bo nie chcesz wyjść przed ludźmi na dziwną. Wkrótce zapominasz o wstydzie, podchodzisz bliżej i zaczynasz się bezwstydnie gapić na jej kształty, poczerwieniałą skórę. Czasem idealnie gładką, czasem nieco pomarszczoną. W głowie kołacze ci się, że już kiedyś ją spotkałaś, że przedstawiono ci ją i poznałaś jej imię, za nic jednak nie możesz sobie przypomnieć, kim jest. Wyciągasz więc telefon i niemal na oślep klikasz w znajomą ikonkę. Robisz zbliżenie. Potem jeszcze jedno. I czekasz kilka sekund, aż aplikacja wypluje zdjęcia potencjalnych kandydatek. Zielone, bujne, nijak niepodobne do ogołoconego pnącza, które zwisa ci przed nosem. Po…
Eseistka i kulturoznawczyni, badaczka związków sztuki, roślin i pracy opiekuńczej. Laureatka stypendium artystycznego m.st. Warszawy w dziedzinie literatury. Mama dwojga dzieci