Cztery lata temu, po pełnoskalowym ataku Rosji na Ukrainę, teatralny świat obiegła informacja, że Magda Szpecht porzuciła reżyserowanie, żeby walczyć w internecie z rosyjską propagandą. A jednak od tego czasu zrobiłaś już dwa spektakle. Rzeczywiście planowałaś odejść z teatru?
Wtedy nikt nie myślał, że wojna będzie trwała tak długo. Tuż po inwazji nie miałam czasu zajmować się działaniami artystycznymi, nie widziałam w tym sensu. Często jeździłam na dworzec, organizowałam noclegi, transporty… I działałam w sieci. W tamtym czasie chciałam być przede wszystkim użyteczna i wykorzystać jak najlepiej swoje możliwości i zasoby. To było odejście z pewnego rodzaju teatru – takiego, jaki świadomie rezygnuje z uczestnictwa w rzeczywistości, nie angażuje się w bieżące wydarzenia, mimo że mają one rangę historyczną.
Pierwszym spektaklem, który wyreżyserowałaś po inwazji, były Spy Girls w estońskiej Narwie. Trzon procesu przygotowawczego stanowiły działania wywiadowcze. Trudno o bardziej wyrazisty przykład teatru zaangażowanego.Pracowałam nad tym…