Subskrybuj
Jedna z czołowych ukraińskich pisarek, autorka ponad 20 książek (poezja, proza, eseistyka, filozofia), laureatka wielu nagród krajowych i zagranicznych. W Polsce ukazały się powieści Badania terenowe nad ukraińskim seksem (2003) i Muzeum porzuconych sekretów (2012),...

Czas demiurgini

Na początku było opowiadanie w przypadkowym czasopiśmie. Opowiadanie pod prostym i bezpretensjonalnym tytułem <i> Numery</i>. Nazwisko autorki nic mi nie mówiło.

Od pierwszych zdań opowiadanie mnie wciągnęło i przegnało przez korytarze, zakamarki z tą artystyczną siłą, która zmusza, byś utożsamił się z narratorem pozarozumowo, cieleśnie: zapach, ruch, cały namacalny, detalicznie opisany wystrój wnętrz („skąd ona to wie, może sama była pokojówką?” – szlochała we mnie zawodowa zazdrość), wszystko stało się bliskie niczym odżywające wspomnienie, a jednocześnie hipnotyzowało i otulało jak babcina bajka – opowieść stąpała po cienkim lodzie, mogła się przenieść w inny wymiar, pełen potworów i duchów, ale, całe szczęście, obeszło się bez tego (tylko trochę strasznie zrobiło się w „siódmej komnacie Sinobrodego”, gdzie siedział gość i cynicznie taksował tyłek i nogi bohaterki, kiedy ona słała łóżko, spojrzeniem, które na zawsze zapamiętuje kobiece ciało; napięcie trwało do samego końca, kiedy bohaterka już za drzwiami odetchnęła z ulgą: a jednak uciekła!).

Najmocniej jednak utkwiło mi w pamięci to, co osobiste, pisarskie: pomysł, by stworzyć portret osoby poprzez używane przez nią przedmioty wabił wtedy i mnie (koniec końców, uwolniłam się od niego w Muzeum porzuconych sekretów). Rodowód tego pomysłu sięga nie do powieści detektywistycznych, ale do dzieciństwa, do dziewczęcych (a jakże!) zabaw lalkami, kiedy każdej z nich dobieramy pasującą tylko i wyłącznie jej garderobę i domek; a tu w granicach krótkiego opowiadania ta nieznana Polka, moja rówieśnica, pokazała, jak z tej zabawy („włóż laleczko sukieneczkę”) można, nie tracąc dziecięcego zachwytu, zbudować cały kosmos, działający model współczesnego świata, rozrysowanego na kraje i kultury, rasy, klasy, pachnącego strachem i pychą, ale też kruchego i niknącego zarówno w swoim bogactwie, jak i ubóstwie, który może powstać jedynie w oczach demiurga, tzn. demiurgini… (bo czy tak naprawdę kobiece bóstwo nie byłoby dla nas lepsze niż męskie?).

To opowiadanie nie było jedynie błyskotliwe – to opowiadanie, które sama chciałabym napisać: poznałam twórcę „tej samej grupy krwi”.

Dlatego też zapamiętałam nazwisko. Później był Prawiek i inne czasy, który polecałam ukraińskim wydawcom (bezskutecznie) jako „wschodnioeuropejskie Macondo”, następnie – Dom dzienny, dom nocny, potem – wszystko, co ukazało się pod tym nazwiskiem i wpadło w moje ręce. Pierwsze wrażenie mnie nie zmyliło: Numery (które dotąd uważam za arcydzieło swojego gatunku!) okazały się ziarnem w zalążku mieszącym całe „drzewo świata”, na którym trzyma się kosmos Olgi Tokarczuk; kolejne jej książki konsekwentnie sprawiają, że drzewo się rozrasta gałąź po gałęzi (nawet pozornie drobna sztuczka z mitologicznym kostiumem wystarczyła na osobną powieść: na podróż Inanny zstępującej do krainy zmarłych) – i w jej godnej podziwu produktywności (któremu jeszcze powieściopisarzowi przełomu wieków, prócz może Toni Morrison, kolejnej demiurgini kosmogonicznego mitu, udało się pisać jednocześnie tak dużo i tak dobrze?!) odbijają się potoczystym echem szamańskie glosolalia, prawieczne mamrotania, zaklęcia urodzaju, świat na początku stworzenia, który potrzebuje języka, jak w Kalewali „pieśniami buduje łódź” i zastanawia się, czy wystarczy mu słów, by ją ukończyć.

Kiedy po raz pierwszy spotkałyśmy się na żywo – na początku lat dwutysięcznych – na jakimś festiwalu literackim w Niemczech, w biegu, jak sportsmenki w sztafecie: Olga ze sceny, ja na scenę, miałyśmy na rozmowę pół minuty, a zdążyła na jednym wydechu powiedzieć mi najważniejsze (prócz tego, że też przeczytała w prasie fragment mojej prozy i zapamiętała nazwisko) – frazą brzmiącą jak zaklęcie dźwięczące niczym potajemny manifest, nakaz dla siebie samej: „Pisz! Pisz jeszcze! Pisz dużo!”.

I właśnie to „dużo” wryło się w serce: usłyszałam bliski głos wschodnioeuropejskiej traumy, ten sam, który kierował mną od maleńkości, kulturowy instynkt: pośpiesznie, jakby runęła tama; mówić po dziesięcioleciach przymusowego milczenia, rozpoznałam wersy swojego młodzieńczego wiersza, adresowanego do poetów mojego pokolenia: „Napisz, proszę, napisz / To swoje najpiękniejsze na świecie, jak wargi, zagryzione miasto…”, tylko powtórzone z siłą, pomnożonej przez wieki kobiecego milczenia i solidarności pradawnych kobiecych rytuałów i z poczucia „siostrzeństwa”, które się skrzyżowały, rozpoczęło się moje odliczanie do powstania „wschodnioeuropejskiej powieści”: już jako odrębnego gatunku w literaturze światowej. (Kiedy w 2009 r. Nobla otrzymała Herta Müller, a Marcel Reich-Ranicki narzekał, że powinien go otrzymać Philip Roth, znów przypomniałam sobie o bohaterce Numerów, o mądrości 30-letniej kobiety, która wie o śmiertelności ciała to, czego nie znają zdeprawowani dyktaturą komfortu „wielcy biali mężczyźni” bezwstydnie przechwalający się swą niewiedzą w wieku 70 lat: mało który tekst wywołał we mnie tak olbrzymie poczucie genderowej pogardy jak Everyman Rotha! – uśmiechając się do siebie, pomyślałam: cóż, panowie, pogódźcie się, że wasz czas minął – nadchodzi czas tych, których nie słyszano, już nas nie uciszycie…).

A jednak prawdziwą wagę wypowiedzianego przez Olgę „dużo” poczułam dopiero w 2018 r., kiedy przyjechałam do niej do Nowej Rudy na Góry Literatury i zobaczyłam ją we właściwym krajobrazie. Doprawdy: wer den Dichter will verstehen, muss in Dichters Lande gehen. Po upływie trzech pokoleń ten malowniczy region przejętych wiosek, wciąż odnajdowanych pod podłogami kryjówek z cudzymi fotografiami, tchnie pustką: los wszystkich miejscowości, „wyczyszczonych” w XX w. z rdzennych mieszkańców, ślady nadużyć poczynionych już nie na historii, ale na samej przyrodzie, rozkład biocenozy… Zamieszkawszy tu, Tokarczuk nie tyle przejęła spadek tej traumy, ile złożyła obietnicę rehabilitacji przestrzeni. Odwrotnie niż bohaterka Numerów dezynfekująca oddaną jej przestrzeń, autorka całym życiem i każdym nowym tekstem zaludnia, odżywia sztucznie utworzoną (wielu osobom podtrzymywanie tego stanu odpowiada: bez szlachty, bez Żydów, bez Niemców, bez Ukraińców…) fizyczną i symboliczną przestrzeń spustoszenia; nie chodzi tylko o to, by zbudować dom, posadzić drzewo i spłodzić dzieci: lecz by stworzyć z chaosu nowy kosmos, należy ogrzać pustkę słowami, natchnąć ciepłem ludzkiej energii, kolejnymi tomami historii spisanych i mówionych, starych i nowych, opowiedzianych przy kominku i sprowadzonych żywcem „zza światów” – jednego życia na taką misję nie wystarczy, ale takiej misji z nawiązką wystarczy, by stworzyć przynajmniej jednego wielkiego pisarza.

A pewnego dnia posadzone przez niego (nią!) „światowe drzewo” stanie się widoczne na cztery strony świata.

Tłumaczyła Urszula Pieczek

Artykuł pojawił się w numerze: Duchowe  światy Olgi Tokarczuk