Subskrybuj
Filip Springer fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl
Filip Springer fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl
filozof i filmoznawca, dziennikarz i reportażysta freelancer. Absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Publikował na łamach m.in. „Tygodnika Powszechnego”, „Polityki” i „Gazety Wyborczej”. Jego teksty wyróżniono w kilku konkursach, w tym nominacją...

Czekam na nową architekturę

Dotychczas święte pytanie architektury brzmiało: jak projektować domy, biurowce i przestrzenie wspólne? Dzisiaj, w obliczu zmian klimatu i wyczerpywania zasobów, powinno brzmieć: czy cokolwiek możemy jeszcze budować?

Dziesięć lat temu wyszła Twoja głośna książka Wanna z kolumnadą opisująca polski chaos architektoniczny. Jak oceniasz zmiany, które zaszły w tym czasie w naszej rodzimej przestrzeni?

Trudno niestety powiedzieć, że zaszły jakieś istotne zmiany na lepsze. Wannę… zacząłem od przedstawienia rzeczy fundamentalnych, jakimi są problemy z urbanistyką, a skończyłem na tych najbardziej błahych, a więc reklamach na płocie.

Najistotniejsze wyzwanie, czyli nieład w planowaniu przestrzennym, nie tylko pozostał, ale jest jeszcze większy. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że prawo budowlane i ustawa o planowaniu przestrzennym nie zostały zmienione w znaczącym stopniu, a do tego dorzucimy jeszcze nowe pomysły władz typu „lex deweloper” albo „uwolnienie” z planowania przestrzennego domów do wielkości 70 m2 , to zobaczymy, że mamy raczej regres niż progres. Podobnie z uchwałami ustawy krajobrazowej podejmowanymi przez samorządy, o których pisałem we wznowieniu Wanny… i w czym pokładałem największe nadzieje. Z perspektywy czasu widać, że nie ma masowej chęci samorządów, aby je wprowadzać.

Uchwały krajobrazowe przyjęło na razie tylko 3% gmin w Polsce, przy czym w wielu z nich są one zaskarżane i blokowane. Ale w Krakowie, gdy zakończył się okres przejściowy uchwały, zmiana była spektakularna. Internauci przesyłali sobie zdjęcia miasta „przed” i „po”, przestrzeń została w dużym stopniu wyczyszczona z reklam.

Są takie promyki nadziei. To, co rzeczywiście zmieniło się na plus, to fakt, że znikają najbardziej badziewne reklamy. Od tych wywieszanych przez małe jednoosobowe przedsiębiorstwa aż po wielkoformatowe siatki. Udaje się to albo przez uchwały krajobrazowe, albo przez tworzenie parków kulturowych w obrębie miast. Widzę też, że przestrzeń, która już ma wysokie parametry estetyczne, jeszcze bardziej niż przed napisaniem Wanny…, stawia nacisk na harmonię. Dobrym przykładem jest choćby warszawskie Powiśle, na które codziennie patrzę z mojego balkonu. Niezależnie, czy się otwiera fryzjer, warzywniak czy kosmetyczka, ich szyldy są estetyczne i pozbawione kiczowatej nachalności. Myślę, że w każdym mieście są takie dzielnice, w których mieszkająca tam klasa średnia oczekuje już czegoś więcej, a funkcjonujące usługi się dostosowują. Niestety, są to zazwyczaj drogie osiedla, co jest niepokojące, ponieważ wydaje się, że na dobrą przestrzeń stać jedynie bogatszych. A ci, którzy pieniędzy nie mają, będą nadal żyli w wizualnym syfie.

Niedawno jechałem słynną zakopianką i chociaż droga jest wciąż zaszyldowana, to w porównaniu z poprzednią dekadą widać zmianę na lepsze. Może podhalańscy przedsiębiorcy obawiają się, że uchwały krajobrazowe w końcu zupełnie uniemożliwią stawianie reklam? Zgłaszany kilka lat temu w Małopolsce projekt Montevideo (hiszp. Widzę góry) zakładał usunięcie wszystkich billboardów znajdujących się do 200 m od jezdni.

Podhale jest regionem autonomicznym w podejściu do estetyki i osobiście się nie odważyłem, aby tam w ostatnim czasie jechać i cokolwiek robić. Gdy ludzie pytali mnie na spotkaniach autorskich Wanny…, który region jest najładniejszy, który zaś najbrzydszy, zawsze odpowiadałem, że wszędzie jest tak samo, a na Podhalu najgorzej.

Żarty żartami, wiemy, że Podhale mogłoby być piękne, lecz bezpośrednią drogę z Krakowa do Zakopanego, czyli w najpopularniejsze góry w Polsce, łatwo było zepsuć.

Gminy wciąż nie przyjęły odpowiednich uchwał krajobrazowych, cieszę się jednak, jeśli widać tam jakąś poprawę.

Mam wrażenie, że w ciągu tej minionej dekady w przestrzeni miejskiej pojawiły się dwa prądy. Z jednej strony coraz częściej dyskutuje się o walce z szyldozą, pastelozą czy w ogóle chaosem estetycznym. Z drugiej strony pod płaszczykiem rewitalizacji każdy miejski rynek zamienia się w betonową patelnię, a do tego jeszcze kwitnie patodeweloperka, budowanie nowych bloków blisko siebie, często ze skrajnie małymi lokalami i bez terenów zielonych.

Patodeweloperka to wdzięczny temat, przy czym trzeba uczciwie przyznać, że jeżeli spojrzymy, co deweloperzy projektowali 10–15 lat temu i jak podchodzili do zieleni, przestrzeni wspólnych między blokami czy miejsc i stojaków na rowery, a potem porównamy do tego, co projektują dzisiaj, to jest lepiej, niż było. Nawet w tańszych realizacjach deweloperzy widzą, że nie są w stanie wcisnąć ludziom najgorszego kitu, a klienci sami dopytują się o szczegóły, jak choćby o to, czy plac zabaw będzie prawdziwy, czy okaże się, że jest to jeden smętny konik otoczony siatką. Choć daleko do ideału, jesteśmy w lepszym miejscu niż kilkanaście lat temu.

Chyba najbardziej ekscentrycznym punktem Wanny… jest historia Wacława Goźlińskiego oraz jego małego imperium w Michałowicach pod Warszawą. Abstrahując od patosu i megalomanii, jego łuk triumfalny oraz pałac na wodzie przynajmniej są legalne, czego z perspektywy czasu nie można powiedzieć o wszystkich dużych inwestycjach.

Goźliński miał starą, popegeerowską działkę, którą zamienił w duży, prosperujący biznes. Zasadniczo jednak nie zrobił krajobrazowi wielkiej krzywdy. Ani tych budynków nie widać z daleka, ani nie zostało zniszczone przez to żadne dobro wspólne. Nie można tego powiedzieć choćby o olbrzymim hotelu Gołębiewski w Karpaczu. Tam ucierpiała cała panorama, obiekt zupełnie odstaje od charakteru miejscowości. I do tego dochodzi bezczelność, z jaką Tadeusz Gołębiewski wybudował swój hotel, lekceważąc lokalny plan zagospodarowania przestrzennego.

W kontekście takich przedsięwzięć na Goźlińskiego patrzę życzliwiej. Tak naprawdę spotkanie z nim było dla mnie ogromną lekcją, ponieważ od zera i legalnie zbudował coś, dzięki czemu jego rodzina będzie sobie dobrze żyła, i wielkiej krzywdy przy tym krajobrazowi nie zrobił.

A co sądzisz o zamku w Stobnicy? Czy samowolne wybudowanie pełnowymiarowego zamku na skraju Puszczy Noteckiej jest znakiem dzisiejszych czasów, tak jak, powiedzmy, dekadę temu byli Gołębiewski i Goźliński?

Zamek w Stobnicy to trochę inna historia, ponieważ ona nie dotyczy wyłącznie estetyki czy architektury, lecz faktu, że zniszczono przyrodę, a konkretnie: tereny objęte programem Natura 2000. Dla mnie jest to przykład tego, co grupa architektoniczna „Centrala” nazwała zwrotem estetycznym, czyli bardzo szybką i radykalną zmianą dyskusji o architekturze w stronę kwestii ekologicznych.

Przyznam, że estetyka w architekturze mnie już w zasadzie nie interesuje. Dlatego np. nie zamierzam wznawiać książki Księga zachwytów opisującej przykłady udanych estetycznie polskich projektów. Najważniejsze wydaje mi się dziś to, jak architektura przyczynia się do niszczenia planety i pogłębiania kryzysu klimatycznego. W tym sensie Stobnica jest symptomem czegoś nowego; bardziej rozmawiano o tym, że jej budowa wymagała zasypania jeziora oraz ingerencji w lasy i ekosystem, a nie o tym, w jakim stopniu jest to estetyczny koszmar.

Mimo to chciałbym zapytać Cię o przykłady dobrej, oryginalnej polskiej architektury powojennej, które Twoim zdaniem przetrwały próbę czasu.

Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to niezaistniałe os. Białołęka Dworska zaprojektowane w ramach programu PR-5, czyli „Programu Rządowego 5” z lat 70., w ramach którego miało powstać pięć prototypowych osiedli, jako poligony doświadczalne dla mieszkań epoki Gierka. Zanim wybudowaliśmy te szare bloczydła, które stoją w prawie każdym dużym polskim mieście, mieliśmy sprawdzić, jak je zbudować możliwie najlepiej architektonicznie i urbanistycznie. Halina Skibniewska, uważana przez niektórych za najwybitniejszą powojenną architektkę, razem z interdyscyplinarnym zespołem ekspertów zaprojektowała takie wzorcowe osiedle, które niestety nie doczekało się realizacji ze względów budżetowych, logistycznych i politycznych. Moim zdaniem było to jedno ze szczytowych osiągnięć urbanistyki tamtych czasów, które zostało skreślone po 1989.

Śledząc ogólny kierunek debaty publicznej na temat estetyki czy architektury, mam wrażenie, że powszechne przestylizowanie, co na Zachodzie nazywa się overdesign, doprowadziło do gloryfikacji kiczu. Takie obiekty jak nieistniejący już wrocławski Solpol albo Hotel Sobieski w Warszawie doczekały się renesansu zainteresowania i w myśl zasady „tak zły, że aż dobry” ludzie zaczęli się w nich doszukiwać nowych wartości.

W tej kwestii fundamentalnie się z Tobą nie zgadzam. Nie nazwałbym Solpolu ani Sobieskiego kiczowatymi, chociaż w ogóle mi się nie podobają. Problem polega na tym, że ciągle dyskutujemy o architekturze w kategoriach estetyki, na dodatek bez uzgodnionych parametrów czy kilku ogólnych zasad, które mają nam służyć w funkcjonowaniu w przestrzeni. Owszem, nie ma jednego matematycznego wzoru, wedle którego moglibyśmy określić dany budynek jako „estetyczny”, aczkolwiek jesteśmy w stanie uchwycić pewne wytyczne dobrego projektowania. Składa się na nie np. kwestia proporcji, skali i adekwatności budynku do pełnionej funkcji. Powinniśmy nauczyć się, że szalet miejski nie może być wielkości ratusza, a ratusz szaletu miejskiego i że nadmiar komunikatów, jak kolory czy dźwięki, powoduje nasze rozproszenie i przebodźcowanie.

Kolejną rzeczą jest uklasowienie dyskusji o estetyce w przestrzeni. Dzisiejsza sekcja komentarzy w mediach społecznościowych i prasie bardzo szybko oskarża o wykluczanie i klasowość. Bardzo mnie to boli, ponieważ takie podejście właściwie wyklucza możliwość uznania, że są jakieś kanony, zgodnie z którymi możemy projektować przestrzeń. Łatwo można spotkać się z oskarżeniem o stygmatyzację, o naśmiewanie się z tego, co podoba się „zwykłym ludziom”. Że pastelowe kolumny są pseudointelektualne, a ci, którzy w nich gustują, są pseudointelektualistami, najlepiej jeszcze z nizin społecznych.

Na początku marca do biura Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Warszawie wpłynął wniosek o wszczęcie procedury wpisu do rejestru zabytków Hotelu Sobieski. Finalnie wniosek odrzucono, ale w internecie rozgorzała dyskusja na ten temat. Co o tym sądzisz?

Jeśli zgodzimy się, że istnieją zagadnienia architektoniczne, które nie podlegają osobistym preferencjom czy gustom, lecz są kwestią wiedzy i kompetencji, to nie nazywalibyśmy takiego Solpolu czy Hotelu Sobieski maszkaronami. Ich wygląd jest adekwatny do sytuacji i okoliczności, w których powstały. To są przykłady architektury, które mówią coś ciekawego o danym momencie w historii, sposobie projektowania i rozwiązań, z jakich korzystano. Zapominamy np., że paletę kolorów Hotelu Sobieski dobrano na podstawie kolorów Starego Miasta w Warszawie z lat 50.

To tylko kwestia odległości w czasie, który nas dzieli od momentu powstania danego obiektu, żebyśmy zaczęli w nim dostrzegać pewną wartość wynikającą ze specyfiki stylu.

Nie mamy zbyt wielu budynków postmodernistycznych w Polsce, ponieważ ten okres był krótki, w pewnym momencie został wyśmiany i unieważniony. Ale był i wyburzając Solpol czy zmieniając kolorystykę Hotelu Sobieski, tak naprawdę tracimy opowieść o czasie, w którym powstawały te obiekty.

Co więcej, nie mamy dla nich ekwiwalentu architektonicznego, więc jest to bezpowrotna strata. Dyskusje tylko o subiektywnie rozumianym estetycznym walorze danego budynku świadczą, jak nikłe są nasze kompetencje w dyskusji o architekturze w ogóle.

Mnie się te budynki za cholerę nie podobają. Nie podobają mi się także np. katowicka Superjednostka i Dworzec Wschodni w Warszawie, zarówno przed renowacją, jak i po niej. Nie znaczy to jednak, że uważam, iż powinno się je wyburzyć. Nie chciałbym ich mieć za oknem, ale broniłbym ich przed rozbiórką i nazywaniem maszkaronami.

Czyli wpisałbyś zatem Hotel Sobieski do rejestru zabytków?

Nie mam kompetencji niezbędnych do tego, by uznać coś za zabytek. Do tego potrzebna jest opinia konserwatora czy historyczki sztuki. Są prawidła, które rządzą takim procesem. Natomiast niezależnie od tego, czy ten hotel byłby zabytkiem czy nie, uważam, że trzeba chronić i ocalić jego elewację.

A o „architekturę dizajnerską”, o której dzisiaj również jest głośno, byś walczył?

Dla mnie „architektura dizajnerska” to taka nowoczesna stodoła, jaka na poziomie bryły nie jest zła, a estetycznie jest o niebo lepsza niż prawie każdy dom jednorodzinny wybudowany u nas po 1990 r. Nowoczesne stodoły są oszczędne w formie, z reguły o dobrych proporcjach, niezłych materiałach i bez krzykliwych kolorów, ponieważ dotychczas nie widziałem jeszcze żadnej np. w kolorze pistacjowym. Widziałem głównie białe, czarne, brązowe i popielate, więc przyjmując, że architektura powinna mówić coś o ziemi, z której wyrosła, to kolor minerałów jest bardziej uzasadniony niż różowy.

Sednem ich szkodliwości nie jest estetyka, tylko to, co robią z pejzażem i jak go prywatyzują. „Architektura dizajnerska”, a więc te modne stodoły z wielkimi oknami, wkracza na Mazury i w inne piękne, bo niezamieszkane, okolice i unieważnia największą wartość ich pejzażu, jego malowniczość.

Jestem świeżo po lekturze Twojej nowej książki Mein Gott, jak pięknie o krajobrazie Ziem Zachodnich i mam wrażenie, że jest to Twój najintymniejszy utwór, a jednocześnie pewnego rodzaju ekologiczny manifest. Chociaż nie pada w nim chyba ani jedno zdanie w imperatywie, np. co „powinno się” zrobić z Odrą, koleją czy granicami miast, to historyczny opis, jak ingerowano w naturę i krajobraz, zmusza do jednoznacznych konkluzji. Odtwarzasz świat, którego już prawie nie ma, więc muszę zapytać: czujesz się łowcą duchów?

Nie, bo to W.G. Sebald czuł się jak łowca duchów, a ja w życiu nie odważyłbym się do niego porównywać. Wielokrotnie było tak, że podróżując ze starymi mapami, miałem wrażenie przemieszczenia się w czasie. Ewentualnie można by powiedzieć, że obcowałem z duchami, bo „pracowałem” głównie z osobami, które już nie żyją.

Natomiast co do ekologii, to nie mam wrażenia, aby Mein Gott… było bardzo radykalne. Opowiadam jedynie o początkach tego, co dzisiaj nazywamy antropocenem, i to jeszcze w sposób, który nie jest jednoznacznie krytyczny. Wskazuję pewne tropy, postawy i sposób myślenia o pozaludzkiej przyrodzie, krajobrazie, ziemi, z którego wyrosły problemy, z jakimi mierzymy się dzisiaj na większą skalę.

To, co przedstawiłeś jako ingerencję, intruzję, a w przypadku Odry wręcz gwałt na krajobrazie, inni określiliby jako nieustanny postęp i dowód rozwoju ludzkiego gatunku.

Wersja rozwoju czy modernizacji, której kresu właśnie doświadczamy, była ślepą uliczką w losach ludzkości. Na własnych oczach widzimy, że tak się dłużej nie da, że ceną za to jest zniszczenie planety. Wydaje mi się, że prędzej czy później interpretacja rozwoju rozumianego jako ciągły wzrost PKB, gromadzenie dóbr i rosnący komfort garstki wybrańców kosztem reszty zostanie odrzucona. Jednocześnie mam świadomość, że żyję w bańce ludzi myślących podobnie, więc spodziewam się, że przy spotkaniach autorskich z czytelnikami mogę usłyszeć raz czy dwa, że to utopijne myślenie bądź ponura krytyka nowoczesności.

Piszesz, że „kraina, czyli styk ludzkiego z nieludzkim”, powinna być dzika, surowa i nieuregulowana. Czy Twoim zdaniem przeciwdziałanie zbliżającej się katastrofie klimatycznej, a więc pojawienie się tysięcy pomp ciepła oraz farm wiatraków i fotowoltaiki, zuboży krajobraz?

Uważam, że kraina ma wpisaną w siebie pewną ambiwalencję. Z jednej strony przejawia się ona w ułożeniu krajobrazu, który został potraktowany bardzo ludzko i przy świadomości, że za 100 czy 200 lat przyjedzie tu ktoś, w kim ma on wywołać określone odczucie. To bardzo władcze podejście do pejzażu, że możemy go kształtować wedle własnego uznania. Z drugiej strony sposób, w jaki robili to najpierw Prusacy, a potem Niemcy, był naznaczony szacunkiem i zachwytem dla krajobrazu. Weźmy za przykład zaporę na Jeziorze Pilchowickim w Sudetach. Przez to sztuczne jezioro poprowadzono tamę, na której znajduje się stacja kolejowa. To jest miejsce, które łączy w sobie głęboką ingerencję w krajobraz, ponieważ trzeba było zatrzymać rzekę i czerpać z niej zysk w postaci energii, a jednocześnie ta stacja jest tam wyłącznie po to, aby ktoś mógł wysiąść z pociągu, rozejrzeć się i powiedzieć „Mein Gott, jak pięknie”.

Natomiast w kontekście przeciwdziałania kryzysowi klimatycznemu myślę tak: czy wolę mieć w pejzażu farmę wiatraków czy dewastującą środowisko elektrownię Bełchatów? Wolę wiatraki. Czy wolę mieć w pejzażu wiatraki, Bełchatów czy puste pole? Wolę puste pole. Czy mogę wybrać? Nie, bo potrzebujemy jakiegoś źródła energii elektrycznej. Będę się zatem cieszył z wiatraków.

Mimo tego traktowania krajobrazu jako rzeczy sobie podległej można go było kiedyś kształtować z pewną klasą. Kluczowe wydaje mi się podejście do niego z szacunkiem.

Napisałeś w książce, jakoby człowiek „prowadził wojnę z naturą”. Trudno mi się z tym zgodzić, gdyż coraz częstsze tajfuny, tornada i trzęsienia ziemi dowodzą, że cały nasz antropocen jest jak domek z kart, a ta wojna to raczej podcinanie gałęzi, na której siedzimy.

Trafnie ująłeś myśl, jaką staramy się rozpowszechniać razem z Julią Fiedorczuk, z którą założyliśmy Szkołę Ekopoetyki, mianowicie że nie istnieje coś takiego jak odseparowanie człowieka od natury. To, że bije nasze serce, że oddychamy, trawimy i że jesteśmy w stanie w ogóle funkcjonować w miastach tylko dzięki temu, iż są w nich drzewa, świadczy o naszym głębokim uwikłaniu w to, co powszechnie nazywa się naturą. Prowadzenie wojny z naturą jest prowadzeniem wojny, tak naprawdę, z samym sobą. Tyle że skutki przychodzą trochę później, bo jak wytniemy drzewo, najpierw ucierpi drzewo, a dopiero potem my, za kilkanaście lat.

Dlaczego uważasz, że umiejętność rozumienia i odczytywania piękna krajobrazu jest ważna?

Nie wiem, czy tak uważam. Wierzę po prostu, że świat byłby lepszy, gdybyśmy umieli wychwycić subtelności w krajobrazie, które starałem się opisać. Jesteśmy bombardowani najróżniejszymi bodźcami, od informacji po krzykliwe estetyki. To z kolei powoduje, że kurczy się nasza zdolność do wyłapania momentu, w którym wyłania się kraina, czyli momentu gdy ktoś staje i czuje, że ktoś inny do niego mówi tylko tym, jak został ukształtowany wokół pejzaż. Mnie oczywiście też to dotyczy, bo niestety funkcjonuję w ciągłym przepływie nowych informacji. Ilość syfu, jaka w nas uderza, sprawia, że zdolność odbierania pewnych subtelnych komunikatów, zarówno jeżeli chodzi o pejzaż, jak i o poezję, dramatycznie spada.

Mam wrażenie, że jedną z tez, które stawiasz w Mein Gott… jest to, że aby móc dostrzec najbardziej ulotne piękno i poezję krajobrazu, musimy zaakceptować pewien dyskomfort, np. dłuższą podróż nie samolotem, lecz pociągiem czy rezygnację z samochodu na rzecz roweru itp. I tutaj chyba wyłania się największe wyzwanie: jak namówić ludzi do zrezygnowania z komfortu, począwszy od estetyki, architektury, drugiego mieszkania i domu poza miastem?

Nie mam zielonego pojęcia, chociaż rzeczywiście jest to najważniejsze zadanie, które stoi przed ludzkością. Gdy myślę o naszej niezdolności do zrezygnowania z najmniejszego nawet udogodnienia, robi mi się słabo. Nie mam też pomysłu, jak należałoby zadziałać estetycznie, projektowo, ideowo czy intelektualnie, skoro nie możemy namówić ludzi, aby np. nie podjeżdżali samochodem 300 m do sklepu. Ja, niestety, sam jestem tego przykładem, ponieważ dopiero cztery miesiące temu zrobiłem prawo jazdy i już teraz się łapię, że jak mam pojechać robić materiał na drugi koniec Polski, to zastanawiam się, czy nie szybciej i bardziej efektywnie byłoby jechać samochodem. Jeszcze pół roku temu bez mrugnięcia okiem pojechałbym pociągiem – i nie było to żadnym problemem. Możliwość tego wyboru rozleniwia, choćby tylko teoretycznie, bo nadal po te materiały jeżdżę pociągami.

Powstała nawet odrębna kategoria: architektura dyskomfortu, której celem jest wdrożenie proekologicznych rozwiązań projektowych. Skoro człowiek nie jest w stanie samodzielnie zrezygnować z komfortu, to w jaki sposób architekci, projektanci i cały sztab ludzi z urzędów miejskich mogą sprawić, aby ludziom w tym „pomóc” albo – mówiąc wprost – to wymusić?

Mogą np. ograniczyć ruch samochodowy, zmusić ludzi do chodzenia i jeżdżenia na rowerze. To wydaje się drobnym ograniczeniem komfortu, jednak w skali masowej może zrobić ogromną różnicę.

Tak samo jest z ogrzewaniem domów. Czy tego chcemy, czy nie, będziemy pewnie musieli żyć w mieszkaniach, w których czasem będzie chłodno bądź ciepło tylko w tych pokojach, gdzie spędzamy najwięcej czasu. Grzanie do 25 stopni tylko dlatego, że ktoś ma taką ochotę, powinno być zabronione. Do tego może dojść czasowy dostęp do konkretnych zasobów, np. energii czy wody, bo więcej nie będzie danego dnia.

Wydaje mi się, że w procesie demokratycznym osiągnięcie takiej zgody na dyskomfort może się nie wydarzyć, dlatego np. Naomi Klein i Bruno Latour mówią o ryzyku powstania pewnego rodzaju reżimów ekologicznych. Niestety, takie zmiany nigdy nie dzieją się wyłącznie ze szlachetnych pobudek, a w pakiecie z wdrażaniem proekologicznych rozwiązań mogą się pojawić różne formy ograniczania wolności.

A co sądzisz o ekologicznych rekomendacjach raportu C40 Cities, które wzbudziły niedawno poruszenie na polskiej prawicy? Przynajmniej o tych architektonicznych.

Myślę, że te rekomendacje w bardzo umiarkowany i wyważony sposób próbują nazwać to, co i tak nas czeka, czyli radykalne ograniczenie konsumpcji i komfortu. To jest konieczne, by utrzymać na planecie warunki niezbędne do funkcjonowania przez człowieka. Mniej mięsa, mniej ubrań, mniej latania samolotami. A histeria, jaką te rekomendacje wzbudziły, nawet jeśli ją odrzeć z politycznego kontekstu, bo przecież chodziło o to żeby dowalić Rafałowi Trzaskowskiemu, jest tylko ponurym prognostykiem na przyszłość.

To jest skala makro. A z jakich architektonicznych rozwiązań powinni korzystać zwykli ludzie, powiedzmy: czteroosobowa rodzina, która chce zbudować dom?

Wiesz co, ja nie do końca czuję się w roli kogoś, kto miałby innym mówić, co powinni robić. Obsadzanie mnie w tej roli jest kłopotliwe także dlatego, że ja jestem raczej kimś, kto przygląda się rzeczywistości i próbuje ją opisać, kiepski ze mnie profeta. Gdybyś mnie jednak przymusił do odpowiedzi na to pytanie, to powiedziałbym, że samo stawianie osobnego domu jest dziś pomysłem skrajnie nieekologicznym. To już na papierze brzmi radykalnie i spodziewam się, że wywoła niezadowolenie, że to jakiś „komunizm”, ale tak: stawianie domu jednorodzinnego w kontekście dzisiejszego wyczerpywania zasobów planety jest dużym błędem w naszym podejściu do wyzwań ekologicznych. Każda dodatkowa konstrukcja nie tylko generuje ekologiczne koszty utrzymania, lecz także pogłębia ingerencję w krajobraz, zmniejsza też bioróżnorodność poprzez wyczerpywanie możliwych siedlisk dla roślin i zwierząt.

Zamiast stawiać nowy dom, lepiej wyremontować stary albo jakąś ruinę i ją zagospodarować. To oczywiście droższe i bardziej skomplikowane – i tu powinno wkraczać państwo, by ulgami podatkowymi albo programami pomocowymi taki ruch animować. Polskie państwo, niestety, ma taki pomysł, że pozwoli Polakom budować jednorodzinne domki bez pozwoleń – i tu wracamy do początku naszej rozmowy. Problem, który dziesięć lat temu uznawany był za estetyczny, dziś ma silnie ekologiczny wydźwięk. Warto też dodać, że najbardziej ekologicznym rozwiązaniem byłaby budowa opierająca się na lokalnych materiałach, ale obecnie jest to właściwie niemożliwe, bo sami producenci ściągają rzeczy z drugiego końca Polski lub świata.

Okej. Powiedzmy, że otrzymuję domek po babci. Co mogę z nim zrobić, aby był on możliwie „zielony”?

Możesz zrezygnować z paliw kopalnych, zainwestować w pompę ciepła, fotowoltaikę, wykorzystywać szarą wodę (czyli tę po kąpieli, praniu, myciu naczyń etc.) i zbierać deszczówkę. Na etapie projektu możesz wstawiać małe okna i instalacje, np. markizy i inne przesłony dające dużo cienia, oraz tak go wyremontować, aby się sam wentylował mechanicznie. Przykłady mamy już w XIX-wiecznej pruskiej architekturze, które dowodzą, że tak można.

Przede wszystkim jednak musiałbyś się zgodzić, że ten dom nie będzie oferował takiego komfortu, jakiego sobie życzysz, tylko taki, na jaki nas obecnie stać, mając świadomość degradacji planety. To oznacza, że zimą będzie w tym domu na tyle zimno, że będziesz musiał się cieplej ubrać – sweter, grube skarpety, cieplejszy dres. A latem będzie ci w nim czasem gorąco i będzie trzeba się chłodzić przewiewem, a nie klimatyzatorem.

A jak zmieni się projektowanie miast?

Żyjemy w miastach, które bardzo rozrzutnie gospodarują przestrzenią, co jak podają światowe raporty Międzyrządowego Zespołu ds. Klimatu (IPCC), musi się skończyć. Zwyczajnie musimy efektywniej nią zarządzać i żyć w o wiele bardziej gęstych miastach, niż żyjemy dzisiaj.

To oznacza mniejsze mieszkania, gorsze widoki z okien, węższe ulice.

Dlaczego?

Dlatego że miasto, przy wszystkich swoich wadach i przy całym śladzie ekologicznym, jaki generuje, jest ciągle najbardziej efektywnym sposobem zamieszkiwania przez człowieka. Po prostu na relatywnie małej przestrzeni da się umieścić we w miarę komfortowych warunkach dużą liczbę ludzi. Przy tak licznej populacji, z jaką mamy dziś do czynienia, musimy zrobić wszystko, by nie wkraczała ona na tereny, na których możemy chronić bioróżnorodność. Wszędzie tam, gdzie pojawia się człowiek, ta bioróżnorodność spada. I ten spadek bezpośrednio zagraża człowiekowi. Właśnie dlatego w grudniu 2022 r. na poświęconym temu zagadnieniu międzynarodowym szczycie w Montrealu niemal wszystkie państwa świata podjęły zobowiązanie o objęciu 30% swojej powierzchni ochroną przyrody. Ma to ograniczyć niszczenie siedlisk i zahamować to, co niektórzy już wprost nazywają Szóstym Wielkim Wymieraniem.

Wracając do miast – zmiany klimatu zaraz wymuszą na nas ich przeprojektowanie. Już dziś obserwujemy, że wraz z kolejnymi falami upałów w mediach jest coraz więcej krytycznych głosów o wybetonowanych placach i szerokich, pozbawionych drzew ulicach.

Deszcze nawalne i powodzie błyskawiczne każą nam się zastanowić nad fetyszem szczelnej nawierzchni. O zieleni w mieście mówi się bardzo dużo. W branży architektonicznej coraz większym obciachem jest projektowanie wysokich szklanych wieżowców, które są nieefektywne energetycznie, choćby je całe obwiesić certyfikatami wydajności. To się po prostu nie spina i trzeba przestać budować takie budynki.

Mając świadomość skali zmiany klimatu, powinniśmy dziś projektować miasto tak, jak od wieków robili to Grecy czy Włosi – wąskie uliczki dające dużo cienia, domy z niewielkimi oknami i systemami zacieniającymi, takimi jak rolety, żaluzje czy markizy, sporo zieleni, tam gdzie to możliwe. No i zamiast budować nowe osiedla na przedmieściach, lepiej byłoby budować plomby w centrach, gdzie to tylko możliwe.

Śmiem twierdzić, że taka konieczność dogęszczenia miasta może wygenerować bardzo nieoczekiwane sojusze.

Jakie?

Zastanów się, kto, mówiąc kolokwialnie, potrafi wycisnąć z działek jak najwięcej mieszkań. Deweloperzy. Natomiast kto ma największą świadomość w kształtowaniu zrównoważonego, nadającego się do życia i inkluzywnego miasta? Ruchy miejskie. W momencie gdy sobie to uświadomimy, racjonalny byłby merytoryczny sojusz tych dwóch grup. A kto tego najbardziej nie chce? Ci, którzy te mieszkania będą kupować. I to jest prawdziwe wyzwanie.

Jak Twoim zdaniem powinno się uczyć, od najmłodszych po studentów architektury na politechnikach, o ekologicznej architekturze? Jakie elementy trzeba wprowadzić w proces nauki, aby realnie brano pod uwagę oddziaływanie na środowisko, a nie tylko PR i zielony logotyp firmy?

Obawiam się, że wielu ludzi musi osobiście doświadczyć skutków katastrofy ekologicznej, by dojrzała w nich chęć zmian.

Ja miałem pewien komfort, że przeżyłem to bez jakichś strasznych rzeczy, po prostu dowiedziałem się, jak odczytywać symptomy zmiany klimatycznej z otoczenia, i zajmuję się tym zawodowo od kilku lat. Inni być może zmienią nastawienie dopiero, gdy doświadczą załamania pogody, błyskawicznej powodzi bądź, w najbardziej ekstremalnym przypadku, śmierci bliskiej osoby z powodu np. miejskiej fali upału. Wydaje mi się, że nie ma innej drogi niż takie zinternalizowanie wiedzy, że naprawdę jesteśmy w ciemnej dupie, jeżeli chodzi o zdolności planety do regeneracji.

Przez te 10 lat zmieniłeś zupełnie swoje podejście do architektury: od szukania ciekawych estetycznie projektów po troskę o ekologiczność rozwiązań. Czy jest coś, co się nie zmieniło? Chyba wciąż szukasz też czegoś w przestrzeni, co po prostu wzbudzi Twój zachwyt.

Mniej więcej w połowie tego okresu moje zainteresowanie architekturą znacząco osłabło. Miałem wręcz wrażenie, że w polskiej architekturze nic ciekawego się nie dzieje. Dzisiaj ta dziedzina stoi przed fundamentalnymi pytaniami. Jej podstawowe pytanie brzmiało: jak mamy projektować domy, biurowce, dworce, przestrzenie wspólne? To było święte pytanie architektów i architektek. Dzisiaj, w obliczu zmian klimatu, załamania bioróżnorodności i wyczerpywania zasobów, to pytanie się zmieniło. To jest teraz kwestia tego, czy cokolwiek powinniśmy budować. A jeśli tak, to na jakie budynki możemy sobie pozwolić, a jakie musimy odpuścić, bo potrzeba, która za nimi stoi, jest zbyt błaha wobec wyzwań ekologicznych, z jakimi musimy się mierzyć.

To jest straszliwie niewygodne pytanie, bo kapitalizm od lat nas uczy, że nie powinniśmy sobie niczego odmawiać, a każda nasza zachcianka zasługuje na spełnienie. Te czasy się kończą, niezależnie od tego, jak silnie będzie wypierać tę myśl. I to wszystko właśnie czyni architekturę znowu ciekawą. Uwielbiam przyglądać się architektom i architektkom – wiele z nich podejmuje to twórcze wyzwanie i robią naprawdę niesamowite rzeczy. Inni chowają głowę w piasek i udają, że nic się nie dzieje. Tych drugich wkrótce rzeczywistość zmiecie z planszy. To wszystko jest niezwykle interesujące. Nie wiem, czy od czasów narodzin modernizmu był w architekturze ciekawszy moment.


Filip Springer
Pisarz i fotograf. Autor książek reporterskich o architekturze m.in.: Miedzianka. Historia znikania (2011), Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u (2013), Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni (2013), Księga zachwytów (2016). Ostatnio opublikował Mein Gott, jak pięknie (2023)

Artykuł pojawił się w numerze: Najlepsze miejsce do życia