Subskrybuj
Widok z wieży katedry na ul. Piotrkowską w stronę pl. Reymonta, lata 60. XX w. fot. Wacław Kamiński / miastograf.pl (CC BY-NC-SA)
Widok z wieży katedry na ul. Piotrkowską w stronę pl. Reymonta, lata 60. XX w. fot. Wacław Kamiński / miastograf.pl (CC BY-NC-SA)
Eseista, publicysta, redaktor w Wydawnictwie Czarne, publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Polityce” i „Piśmie”. Autor książki o afektach i złudzeniach w późnym kapitalizmie Moja osoba. Eseje i przygody (2020). Intensywnie pracuje nad książką o Łodzi i okolicach

Długa i krótka

Piotrkowska, ulica, dzięki której powtarza się, że Łódź to miasto bez rynku, choć zarazem daje się do zrozumienia, że to ona właśnie jest łódzkim rynkiem, a do tego – agorą, sceną, na której działa się historia, promenadą, strugą niegasnącego życia społecznego.

Łódź jest ulicą. To Łodzi chwała i przekleństwo. A precyzyjniej – przekleństwo będące konsekwencją owej chwały, tej obiegowej i efekciarskiej reputacji ul. Piotrkowskiej, która po częstokroć zwalniała przyjezdnych, zamożnych i niezorientowanych z prób zobaczenia innych ulic w innych dzielnicach, doświadczenia innej Łodzi. Piotrkowska to Łódź, Łódź to Piotrkowska. „W 1828 r. pismo rządowe stwierdzało: »Ulica główna Piotrkowska przez osadę sukienniczą Łódź i osadę lniano-bawełnianą Łódka przechodzi«”, oto rozstrzygająca i fundacyjna opinia, którą w swojej znakomitej monografii Ulica Piotrkowska przytacza Anna Rynkowska. Sto lat później Alfred Döblin, autor modernistycznego klasyka Berlin Alexanderplatz, miał omal identyczne skojarzenia i w wydanej w roku 1925 Podróży po Polsce stwierdzał: „Jedna linia przecina całe miasto od góry do dołu; takiej linii nie widziałem w żadnym innym mieście. To ulica Piotrkowska”. U kresu następnej dekady wtórował mu po reportersku Józef Mackiewicz: „I to jest też Łódź. Przecięta jedną, wielką wstęgą niesamowitego harmideru, której na miano: ulica Piotrkowska”.

Zatem Piotrkowska – łódzka La Rambla i Fifth Avenue, Magnificent Mile i Marszałkowska. (Co nie jest wcale moim wymysłem, bo już w połowie lat 20. minionego wieku publicysta „Expressu Wieczornego Ilustrowanego” o pseudonimie „On” z dumą oznajmiał: „I Łódź posiada swój wiedeński »Prater«, berlińską aleję »Unter Linden«, paryski »Boulevard des Italiens«”). Piotrkowska ostatnich dekad niczym wąż zrzucająca skórę, by objawić się jako ulica shoppingu, ulica klubów muzycznych, ulica gwiazd filmowych, ulica secesji, ulica riksz, ulica ruin, ulica pomyślnej rewitalizacji. Piotrkowska, na którą mówi się „Pietryna”. Ciągnące się przez blisko pięć kilometrów muzeum fantastycznej architektury typowej dla metropolii industrialnej i postindustrialnej czy zagracony lamus form budowlanych od Sasa do Lasa, od wystawnego fabrykanckiego bezguścia przez plomby i maszkarony PRL-u po szaleństwo najntisów i współczesny realizm deweloperski? Przykład handlowego sukcesu czy upadku, bo lata temu zniknęły stąd nawet Empik i McDonald? Satysfakcjonujący efekt rytmicznie nawracających remontów generalnych, dzięki którym ulica ta zyskała kwietniki, zieleń magistracką i ławeczki, czy z lekka już zapuszczony ciąg komunikacyjny? Piotrkowska, ulica, dzięki której powtarza się, że Łódź to miasto bez rynku, choć zarazem daje się przecież do zrozumienia, że Piotrkowska jest łódzkim rynkiem właśnie, a do tego – równocześnie, bo w zależności od intencji i emocji udzielającego odpowiedzi – agorą, sceną, na której działa się historia, promenadą, „ulubionym miejscem łodzian”, deptakiem, „pięknością miasta”, jak obwoływał ją anonimowy rosyjski publicysta w roku 1912, nocnym Rio, strugą niegasnącego życia społecznego, pustynią. Tym bardziej to wszystko imponujące, bo, jak pisała wspomniana powyżej Rynkowska, ledwie 200 lat temu „była to droga wśród puszczy, zwana traktem piotrkowskim. (…) Żyły tu jelenie, rysie, żbiki, lisy. Zimą pojawiały się wilki – napadały na ludzi, porywały bydło”.

Należy więc odsunąć na bok mity i klisze, by ujrzeć Autentyk.  Należy darować sobie Piotrkowską, przez którą rozumie się tejże najbardziej witalny odcinek między „Centralem” a „Magdą”. Należy zapomnieć o metaforach cielesnych i Piotrkowskiej jako kręgosłupie, a ulicach Łodzi jako żyłach, którymi wre krew miasta, ludzie. Trzeba zobaczyć w Piotrkowskiej wciąż czynny poligon, na którym można przeprowadzać manewry. Odkryć ląd dotknięty kryzysem klimatycznym, tyle że tu gwałtownie taje przeszłość. Nie będzie też Piotrkowska Orinoko czy Kongo, wzdłuż brzegów której wzniesiono faktorie i domostwa, ale przesmykiem łączącym dwie wyspy – Bałuty i Chojny. Ponadto nie warto ograniczać się do samej Piotrkowskiej, albowiem wolno korzystać z wciąż drożnych przejściówek, odbić, podwórek-śluz i skrzyżowań. Dzięki temu realna staje się inwazja na rejon śródmiejskich duchów – fascynująca, choć z pewnością daremna, próba ustalenia, którędy spacerował Bruno Schulz podczas swojego pobytu w Łodzi w roku 1938, gdzie mieszkał Walter Genewein, ten nikczemny kronikarz getta, gdzie nad kawą przesiadywał Akiba Rubinstein, którą z prawdziwych łódzkich ulic zakamuflował jako „Gibką” Joseph Roth w Hotelu Savoy – „Jest to wytworna ulica na przedmieściu, z białymi niskimi domami, nowymi i ozdobnymi” (tłum. I. Berman).

***

Sami zadajmy sobie więc ćwiczenia. Otwórzmy się na ulicę ogrodów i wiatraków, drewniaków i mostków. Idąc Piotrkowską, wyobraźmy sobie – a nie będzie to z pewnością łatwe, zważywszy na gęstość współczesnej zabudowy, reklamy i wyrój aut – taką prastarą Piotrkowską, którą ze swoich pamiętników na łamach „Giewontu”, „ilustrowanego czasopisma poświęconego sztuce, literaturze, sprawom rozwoju uzdrowisk, monografji miast polskich” wywołał w 1928 r. Zygmunt Manitius: „Bocznych ulic, wówczas, wcale nie było, poza kilku w pole wiodącemi uliczkami, w stronie Starego miasta i rynku, i to nie zabudowanych, a dobrze jeśli walącym się płotem ogrodzone. Z Piotrkowskiej, w lewo czy w prawo odrazu było się na polu, zaraz tuż za domkiem Majstrów Tkackich, dziś róg Przejazd i Piotrkowskiej, kończył się bruk, i ciągnęła dalej zwykła szosa, a ścieżki, zastępujące chodniki, odgrodzone były od jezdni głębokim i szerokim rowem. Gdzie dzisiaj kościół św. Jana, wkrąg jak okiem sięgnąć do Głównej, dość gęsto coprawda już podówczas zabudowanej, ciągnęły się uprawne pola, i jakże często, pomnę, przemierzałem całe dzielnice na przełaj wśród kłoniących się i rozszumiałych łanów zboża”.

Początkującym, zawziętym eksploratorom, ciekawskim piechurkom, łodzianom z centrum łaknącym intensywnych wrażeń spoza centrum doradzałbym także porównanie obu krańców Piotrkowskiej. Będą to doznania różne i skrajne, a w efekcie – pouczające.

Bo Piotrkowska bierze dzisiaj swój początek z placu Wolności – „z placu Wolności jakoby z głowy Światowida, wybiegają cztery ulice w przeciwnych sobie kierunkach”, pisał Władysław Pawlak w Kamienicy wielkiego miasta – a wieńczy się i rozprasza w tym wielkim nic, jakim, niestety, już od dawna jest pl. Niepodległości. Tam – zabytkowy ratusz, w którym ulokowano Archiwum Państwowe, odnawiany co rusz kościół pw. Zesłania Ducha Świętego, muzea i dumny pomnik Naczelnika, tutaj – opuszczone i zrujnowane budy po totolotku, Ruchu i hamburgerach, gigantyczny parking, obdrapana kamienica, wymarła strefa przystankowa. Są to przy okazji, ta Piotrkowska 1 i Piotrkowska 321, przyczółki idealne, by wyruszyć z nich na Bałuty i Chojny, niegdysiejsze proletariackie przedmieścia obstawione najdzikszą, samowolną biedarchitekturą, które rok po roku znikają teraz pod funkcjonalną sztampą dyskontów i deweloperki.

„A ulice w Łodzi są bardzo oryginalne i ciekawe” – pisał Nowik, identyfikujący się jako „łódzki spacerowicz”, który u kresu XIX w. w gazecie „Łodzinskij Listok” umieszczał swoje „etiudy”. Narrator powieści Szaloma  Asza zatytułowanej Warszawa charakteryzował je natomiast jeszcze inaczej – „Ulice Łodzi, które Mirkin widział po raz pierwszy, przez swój szczególny charakter, wydały mu się jeszcze bardziej obce, chaotyczne i dziwne; to były nerwowe ulice, nerwowe sklepy, nerwowi ludzie!”. Wyszukiwano dla nich zacne, kosmopolityczne paralele. „Wyjątkową cechą miasta stał się szachownicowy, regularny układ ulic z długimi licami biegnącymi południkowo i przecinającymi je pod kątem prostym przecznicami. Tego rodzaju układ budzi skojarzenia z założeniami urbanistycznymi wielu miast północnoamerykańskich, a zwłaszcza z nowojorskim Manhattanem” – dowodził Krzysztof Stefański w Narodzinach miasta. Rozwoju przestrzennym i architekturze Łodzi do 1914 roku. Nie należy tu jednak widzieć porównania na wyrost, bo zarówno na ulicach Łodzi, jak i Nowego Jorku kłębił się tłum, trwało nieustające przemieszczanie się, wybrzmiewały różne języki, nędzarz szedł łokieć w łokieć z bogaczem. Były to ziemie obiecane, na które ciągnięto zewsząd. Vivian Gornick, społeczniczka, pisarka i zawodowa nowojorska flanerka, w Kobiecie osobnej i mieście napisała, iż „ulica jest w ciągłym ruchu i trzeba ten ruch pokochać” (tłum. Ł. Witczak), co może być trafnym zdaniem dotyczącym i Łodzi, i Nowego Jorku.

Owszem, „ulice w Łodzi są bardzo oryginalne i ciekawe”, ale nie mniej ciekawe są te, które już nie są albo są czymś odmiennym. Wprawdzie, jak informuje nieoceniona Rynkowska, „nazwa »ulica Piotrkowska« pojawiła się po raz pierwszy w 1823 r., gdy burmistrz Czarkowski wraz z budowniczym obwodowym Durringiem sprawdzali ulice Starego Miasta i oznaczali je słupami, na których umieszczano tablice z nazwami ulic”, i trwa w niezmienionym brzmieniu i zapisie aż po jesień 2023 r., lecz dziesiątki, setki ulic łódzkich przepoczwarzyły się, złączyły, dokonały żywota.

***

Chodzenie po Łodzi jest wspaniałe, ale czy próbowaliście kiedyś wstąpić do „Ulic Łodzi”, bazy bibliograficznej Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego, by godzinami snuć się tam po wirtualnej borgesowskiej przestrzeni? Owa czynność przysparza wiedzy i ogromnej przyjemności.

Jest to intelektualna rozkosz porównywalna z wgłębianiem się w bezdenne i wielopiętrowe powieści amerykańskiego postmodernizmu bądź te konstruowane misternie pod dyktando rygorów OuLiPo.

Opowieść zawarta w nazwie, przypisie, haśle, mutacji liter czy etymologii, w pozornie oschłych, urzędowych glosach. Coś fascynującego. Oddane w paru słowach wielkie przemiany społeczne, odgórne budowanie panteonu, przebudowa miasta, damnatio memoriae organizowane przez nową władzę, przemiany wrażliwości, kult bohaterów, uczonych i zmarłych. Nazwy ulic znoszone i podmieniane, rugowane dłonią okupanta lub dekomunizatora, przywracane hojnym gestem komunistycznego politruka, katolickiego świętoszka, wzmożonego patrioty lub wielbiciela myśli neoliberalnej i Ameryki Reaganowskiej. Ile dramatyzmu kryje się w tak beznamiętnej uwadze na temat ulicy Zimnej vel Asnyka: „zniknęła pod blokami”, albo w takiej: „większość ulicy zniknęła pod ogródkami działkowymi” (to o Chłodnej), albo – o Łokwalda – „występuje w spisie ulic kalendarza na rok 1904, dalej brak danych”!

Przykładem niech będzie ulica Krasickiego, ulica równoległa do ulicy, na której się wychowałem. Na pierwszy rzut oka – nic szczególnego. Jakieś 200 m połowicznego rozpadu i sukcesu – zdewastowany pustostan na rogu Rzgowskiej, lecz na rogu Poprzecznej okazały blok deweloperski, osprejowana jednopiętrowa kamieniczka, a naprzeciwko ciąg odnowionych kamienic, zachwaszczona przejściówka i wiekowe, bujne akacje. Pamiętam, że była to ulica najdłużej ze wszystkich w okolicy wysadzana kocimi łbami. Plebania mieściła się w drewniaku. Pod numerem trzecim przyjmował weterynarz, u którego zjawiałem się z olimpijskim bokserem Argo. Pod piątką miałem kolegę. Znowu – nic takiego. Wystarczy jednak zajrzeć do rzeczonej bazy bibliograficznej, żeby poczuć wiew dziejów Łodzi, małe tornado polityki, brutalnych operacji militarnych i urbanistyki.

U swego początku, w czasie Wielkiej Wojny, figuruje pod 1916, „w tym roku profilowano ulicę”, jako Wegnera i – do 1918 – Wegnerstr. Dalej – po rok 1933 (choć 1933 ze znakiem zapytania) – jest to już tylko Wegnera. Od 1933 – Krasickiego. Okupacja niemiecka przynosi dwie następne zmiany. W roku 1940 Krasickiego nazywa się Alfred Wegner Str. Stan ów trwa najwyraźniej ledwie kilka miesięcy, bo kolejną nazwę, Livlandstr., datuje się na 1940–1945. Po wyzwoleniu patronem ulicy zostaje Janek Krasicki, zamordowany przez Niemców działacz i bojownik komunistyczny. W tym przypadku lustratorzy i likwidatorzy PRL-u chyba zaspali, bo przewodniczący ZWZ dopiero w roku 2008 został usunięty w cień na rzecz innego Krasickiego o imieniu Ignacy. Jakby nie dość było tylu warstw historyczno-propagandowych, to sprawę ulicy Krasickiego mocno komplikuje alternatywne źródło w postaci Słownika nazewnictwa miejskiego pod red. profesorek Bieńkowskiej i Umińskiej-Tytoń. Ulicę nazywa się tam „przecznicą”, która jest „widoczna na planie z 1910 r. pod nazwą Wegnera”. Wegner z kolei dorobił się w dodatku wariantu „Wagner”, a sama ówczesna nazwa jest „uzasadniona terenowo: Andrzej Wagner, właściciel browaru przy ulicy Kątnej w końcu XIX w., zapewne także właściciel terenów, przez które biegła ulica”.

Widzicie? Chodźcie po ulicach, krążcie po nazwach ulic.


Cytaty z Döblina, Pawlaka, Asza i Nowika za dwiema częściami antologii „Budzi się Łódź…” Obrazy miasta (Łódź 2020, 2022). Cytat z Józefa Mackiewicza za: Co chciałem zobaczyć w mieście ciężarowych koni? Specjalny reportaż z Łodzi (cz. 1) na: http://retropress.pl/

Artykuł pojawił się w numerze: Cieszyć się kruchością życia