Anna Marchewka: Jest Pani zmęczona pytaniami o Andersena? Ma Pani jeszcze ochotę i siłę o nim rozmawiać?
Bogusława Sochańska: I tak, i nie. Trudno mówić o zmęczeniu, bo to autor, który jest we mnie wciąż i zawsze będzie bardzo żywy, pracuję nad przekładami kolejnych jego książek, równolegle nad kilkoma. Przygotowuję też własną książkę o Andersenie, którego odkryłam dla siebie w procesie tłumaczenia. Ale jakiś rodzaj zmęczenia pojawia się wraz z poczuciem niezręczności, kiedy muszę po raz kolejny mówić to samo. Jednak chcę rozmawiać, ponieważ ciągle przekonuję się na konferencjach i spotkaniach, jak niewielka jest świadomość istnienia mojego przekładu Baśni i opowieści. Po wykładach czy referatach zachęcano mnie do napisania książki i w końcu dałam się przekonać. Będzie to zarazem życzliwa opowieść o moich licznych poprzednikach. Czasem bywałam kąśliwa w swoich wypowiedziach, bo jeszcze niedawno miałam w sobie złość na nich za to, że tak zinfantylizowali Andersena, że nie wydobyli jego klasy literackiej. Teraz jestem trochę starsza, łagodniej patrzę na świat; uważam, że trzeba docenić to, że tylu tych tłumaczy było, że tyle osób Andersen zainspirował.
Chcę oddać honor poprzednikom, ale i pokazać, jak w całej stukilkudziesięcioletniej historii recepcji pisarza następowało skrzywianie obrazu jego…