Nie wiadomo właściwie, jak mówić o tej książce. Z dwóch zasadniczych powodów. Przede wszystkim dlatego że tony papieru już w związku z nią zaczerniono. A i spotkań jej poświęconych – rozmów festiwalowych i telewizyjnych; kawiarnianych i akademickich – nie brakowało. Wokół dwutomowej biografii Gombrowicza – zatytułowanej po prostu: Gombrowicz. Ja, geniusz – panuje więc wzmożony ruch (co nie dziwi w ogóle, jeśli wziąć pod uwagę, że czekać na nią mogło przynajmniej kilka czytelniczych pokoleń), za którym nadążyć nie sposób, i ścisk – ścisk, rzecz jasna, bibliograficznej natury – spowodowany sporą liczbą komentarzy, „przypisów” i polemik, jakie w związku z jej publikacją poczęto gęsto i chętnie rozsiewać w prasie i w internetowych sztambuchach.
Drugi powód nie mniej jest od pierwszego prozaiczny i oczywisty. Bohaterem książki uczyniła bowiem Suchanow pisarza, którego – a sąd ten, trzeba przypomnieć, zdążył już urosnąć do rangi literaturoznawczego komunału – uznać wypada za jednego z najwytrawniejszych egzegetów swoich dzieł. Jak więc o tej książce pisać, nie powtarzając tego, co powiedziano o niej już wcześniej, być może nawet zręczniej i lepiej? Jak – mówiąc językiem samego Gombrowicza – „dobrać się” do niej i które drzwi odemknąć (ale także: jakie wątki i motywy przywołać?), by nie osunąć się w banał i powiedzieć coś zajmującego?
*
Wydaje mi się, że niemało pożytku może przynieść taka np. lektura, która książkę Suchanow osadzi wreszcie w kręgu intuicji zarysowanych swego czasu przez Janusza Margańskiego w, świetnym skądinąd, Gombrowiczu wiecznym debiutancie. Teza wyjściowa tej książki wyłożona została w tytule, ale przypomnijmy ją dla porządku. Autor Ferdydurke, jak go widzi Margański, to – tu niespodzianek nie ma – tytułowy „wieczny debiutant”: pisarz, któremu właściwie nie było nigdy dane zaznać stabilizacji, albowiem swoją walkę o uznanie zmuszony był (przez środowisko, przez okoliczności oraz, jak pisał w Dzienniku, przez Historię) po wielekroć zaczynać od nowa. Badaczowi chodzi jednak w pierwszym rzędzie o to, jak Gombrowicz odnajduje się w świecie za pomocą i pośrednictwem literatury („Los debiutanta nieuchronnie musi spełniać się w literaturze i poprzez literaturę” – Gombrowicz wieczny debiutant, s. 23); egzystencjalny wymiar jego debiutów ma dla niego raczej drugorzędne znaczenie. Suchanow sadowi się tymczasem na marginesach jego projektu, decydując się na opowieść, która tylko do pewnego stopnia będzie z nim zgodna.
Gombrowicz, jaki widnieje na odmalowanym przez nią portrecie, to zatem, w pierwszej kolejności, debiutant życiowy. Owszem, to nadal wytrawny polemista, literacki niby-Syzyf gramolący się niestrudzenie ku szczytom pisarskiego parnasu, autor zaskakująco trafnych diagnoz politycznych i, zapewne, jeden z najciekawszych polskich epistolografów. Ale to właśnie Gombrowicz-który-wkracza-w-świat (czy też pewna społeczna rola, którą można by taką etykietą opatrzyć) jest tej książki bohaterem pierwszym i wyróżnionym. Nic dziwnego: życie autora Pornografii układało się przecież niemal od samego początku w nieprzerwaną serię inicjacji, których zwieńczeniem, ale i najjaskrawszym przejawem, była jego „wyprawa” do Argentyny (w której, uciekając przed widmem wojny, zdecydował się zamieszkać) i 20 lat od niej późniejsza podróż „po sławę” – na podbój literackiej Europy – rozpisana między Berlinem a Paryżem i między Paryżem a Vence. To są jednak fakty całkiem nieźle już znane i nie trzeba było wcale Suchanow, aby szersza publiczność mogła się o nich dowiedzieć. Na czym więc polega prawdziwe osiągnięcie autorki? Gdzie tkwi oryginalność projektu?
Odpowiem bez zbędnej zwłoki: w wyczuleniu na detal. Biografka obserwuje bowiem, w jaki sposób jej bohater mości się w świecie, jak go rozgrywa i aranżuje po swojemu, za pomocą jakich chwytów obłaskawia go i czyni zrozumiałym oraz po jakie strategie sięga, aby okiełznać i uporządkować otaczające go relacje – tak międzyludzkie (poszukiwanie „stolika” w Argentynie; wizyty w Tandilu i próby – owocujące przyjaźniami, które utrzymywał będzie przez resztę europejskiego życia – powołania nowej kompanii, która pozwoli mu odmłodnieć), jak i przestrzenne (urządzanie pokoiku wynajmowanego od Frau Elsy; szaleńcze meblowanie mieszkania w Vence).
Gombrowicz jest więc debiutantem w tym sensie, że w każdym nowym układzie i w każdej nowej konstelacji towarzyskiej (niech to będzie przedwojenny warszawski Zodiak czy jeden z pensjonatów w Zakopanem) zdaje się odczuwać obsesyjną potrzebę określania się i prezentowania postronnym na nowo. To kompulsywne wynajdywanie wizerunku, które sprawi, że jedni dostrzegą w nim „chorobliwego snoba” (jak nazwie go popularna w Stanach pisarka Litka de Barcza), a inni – najbardziej autentycznego z polskich pisarzy (jak opisze go Miłosz), czynić go będzie czasem ofiarą środowiskowego ostracyzmu, a niekiedy – uczestnika nieomal farsowych sytuacji. Z pierwszym przypadkiem mieliśmy do czynienia, gdy z racji uznania dla talentów Stalina i Hitlera zostanie niemal równocześnie obwołany twardogłowym stalinistą i miłośnikiem hitleryzmu. Z kolei z drugim, gdy na spotkanie poprzedzające jego powrót do Europy stawiają „się wszyscy (…), wobec których stosuje inne techniki i ukazuje inną twarz”, co doprowadza go do pasji, bo nie wie do końca, jak się w tych okolicznościach zachować.
Gombrowicz… to biografia wyczerpująca i monumentalna, napisana z rozmachem, choć, przyznać trzeba, niezwykle tradycyjna w formie (największą bodaj ekstrawagancją, na jaką pozwoliła sobie Suchanow, było dość konsekwentne – niekiedy nawet do pewnego stopnia „reportażowe” – operowanie czasem teraźniejszym). Autorka nie epatuje erudycją (choć, jak zauważył Jarosław Klejnocki w programie telewizyjnym Pegaz z 4 października 2017 r., nie sposób nie odnieść wrażenia, że w swych szufladach ma jeszcze materiał, którym mogłaby przynajmniej niejeden tytuł obdzielić) i nie podejmuje też próby przeorania substancji, z jakiej ulepiona jest polska biografistyka, co – gdy się pisze o kimś takim, jak Gombrowicz – nie wydaje się znowu pokusą tak bardzo egzotyczną. Choć ta formalna i retoryczna wstrzemięźliwość jest być może najlepszym, na co, wadząc się z autorem Kosmosu, mogła się zdecydować Suchanow. Dzięki temu, nie tylko na poziomie faktograficznym, ale i retorycznym, udało jej się pisarza ujarzmić, poddać swej woli czy – jak zapewne powiedziałby Jan Błoński – utemperować.
*
Tę dwutomową biografię traktuję więc jako udany wymyk, dzięki któremu autorka zdołała uniknąć połknięcia przez swego bohatera. Spotkać się z Gombrowiczem i nie zostać brzuchomówcą wypluwającym z siebie jego formuły: oto chyba najlepsza definicja zwycięskiego spotkania z jego dorobkiem, życiem czy, po prostu, światem. Suchanow ta sztuka udała się ponad wszelką wątpliwość.
—
Klementyna Suchanow
Gombrowicz. Ja, geniusz
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 584 (tom I), s. 600 (tom II)