Subskrybuj
Campus novel na ekranie. Katie Holmes i Michael Douglas w filmie "Cudowni chłopcy" (2000) stanowiącej adaptację powieści Michaela Chabona pod tym samym tytułem, opowiadającej o starzejącym się wykładowcy literatury, który zmaga się z kryzysem twórczym i romansem na uniwersytecie fot. BE&W
Campus novel na ekranie. Katie Holmes i Michael Douglas w filmie "Cudowni chłopcy" (2000) stanowiącej adaptację powieści Michaela Chabona pod tym samym tytułem, opowiadającej o starzejącym się wykładowcy literatury, który zmaga się z kryzysem twórczym i romansem na uniwersytecie fot. BE&W

Heroizm małych życiorysów

Kampus tworzy idealny fabularny sztafaż, ponieważ jest odzwierciedleniem wszystkiego, co kuleje w każdej zamkniętej wspólnocie.

Przepis na typową campus novel wydaje się prosty. Oto zagubiony, niesforny bohater płci męskiej wiedziony wiarą w ideały decyduje się na życie w zamkniętym systemie, swoistym akwarium o ściśle określonych zasadach i hierarchii. W przypadku powieści Nabokova ów bohater Timofiej Pnin „wjeżdża” w fabułę niewłaściwym pociągiem, spiesząc na odczyt; w przypadku książki Johna Williamsa tytułowy William Stoner w jednej z pierwszych scen odbywa długą podróż na studia linijką ciągniętą mułem, następnie pieszo i furmanką; zaś protagoniści klasyki gatunku, czyli Zamiany Davida Lodge’a, dwaj profesorowie uczestniczący w wymianie międzyuczelnianej, „wlatują” w akcję w mijających się samolotach, konkretnie: Boeingach 707. Dynamiczne pojawienie się głównego bohatera na pierwszych stronach książki kontrastuje z jego trybem życia, którego właśnie mamy być świadkami – trybem osiadłym, o powolnym i powtarzalnym rytmie wyznaczonym przez harmonogram wykładów w świątyni wiedzy i mądrości: na uniwersytecie.

Mały światek

Książki z gatunku campus novel stały się popularne w poł. XX w. głównie w literaturze anglosaskiej, co nie powinno dziwić – to właśnie w tym kręgu kulturowym magia uniwersytetu działa najsilniej. Oxford i Harvard to w końcu synonimy najlepszych uczelni na świecie, o długich, onieśmielających tradycjach. Szczególnie w Stanach Zjednoczonych mitologizacji uległa nie tylko sama instytucja uniwersytetu, ale i szczególny moment w życiu, w którym młodzi ludzie opuszczają gniazdo rodzinne, by udać się na swoją pierwszą samodzielną intelektualną wyprawę. Lata studiów dla korzystających z tego przywileju to czas formacyjny: inny człowiek przechodzi przez próg uniwersytetu, inny zaś z niego wychodzi, by zacząć dorosłe życie. Dla jednych to trampolina do kariery, dla niektórych czas tworzenia się najważniejszych życiowych relacji. Jeszcze inni już zawsze będą wspominać uczelniane mury jako bastiony wolności: intelektualnej, obyczajowej, a także wolności od odpowiedzialności za dorosłe wybory. Jednak akademia będąca dla większości preludium do życia właściwego dla niewielkiej garstki ludzi staje się jedynym możliwym i słusznym życiem – życiem w służbie nauce.

Powieść uniwersytecką cechuje więc nuta nostalgii, tęsknoty za czasem niefrasobliwej młodości, boleśnie zestawionej ze zgoła odmienną, przyziemną rzeczywistością pracy kadry akademickiej. Wpływy zyskuje się tu podczas rautów i bankietów, awans i szacunek zapewniają nie geniusz czy ciężka praca, lecz – przynajmniej według narratora Zamiany – „instynkt zawodowego mordercy”, czyli połączenie sprawnego kumoterstwa z bezwzględnością. Kampus tworzy idealny fabularny sztafaż, ponieważ jest odzwierciedleniem wszystkiego, co kuleje w każdej zamkniętej wspólnocie, ale w dużej skali ulega rozmyciu. W uniwersyteckiej rzeczywistości jak w soczewce można przyjrzeć się nadużywaniu władzy i obyczajowej zaściankowości. Jak każdy zamknięty system z czasem i ten akademicki zaczyna zjadać własny ogon – zasady ustanowione, by chronić członków wspólnoty, przyczyniają się do ich zguby. Paradoksalnie im większa waga jest przywiązywana do tego, by reguły były przejrzyste i sprawiedliwe, a studenci i wykładowcy czuli się na uniwersytecie komfortowo, tym większa hipokryzja wkrada się do uczelnianych gmachów. Nie bez powodu zresztą druga część uniwersyteckiej trylogii Davida Lodge’a nosi tytuł Mały światek, a słowo „uniwersytet” ma ten sam źródłosłów co „uniwersum”. Kampus odzwierciedla funkcjonowanie hermetycznie zamkniętego państwa-miasta działającego na własnych, pozornie równościowych, natomiast w rzeczywistości często z gruntu koteryjnych prawach. Jest także miejscem szczególnie ciekawym i nośnym jako parabola, bo żywo reaguje na zmiany polityczne i atmosferę panującą poza swoimi murami.

Najbardziej erotyczne miejsce na świecie

Pierwszorzędną zasadą funkcjonowania uniwersyteckich wspólnot jest równe traktowanie studentów i niewykorzystywanie relacji władzy, w jakiej znajdują się mistrzowie i ich uczniowie lub uczennice. Jak dowodzą książki z nurtu campus novel, szczególnie ten drugi punkt przysparza mnóstwa kłopotów. „Sala wykładowa to najbardziej erotyczne miejsce na świecie” – twierdzi profesor w Przyjacielu Sigrid Nunez. Jest to jego odpowiedź na żądanie studentek, by poskromił paternalizm i przestał zwracać się do nich „kochanie”. Przyjaciel narratorki z książki Nunez wchodzi zresztą w romanse ze studentkami nagminnie, jakby był to jeden z elementów nauczania, i nie jest w swej postawie odosobniony. Komisje etyki i widmo wydalenia z uczelni w atmosferze skandalu nie powstrzymują od łamania tej zasady niemalże żadnego z bohaterów powieści nurtu (oprócz poczciwego Pnina, rzecz jasna).

Inną immanentną cechą kampusów jest unoszący się w nich duch patriarchatu, co doskonale pokazuje Nunez, której opowieść o żałobie po przyjacielu wykładowcy przepleciona jest gorzkimi spostrzeżeniami z życia uniwersyteckiego. Opisuje m.in. groteskową niechęć studentów do słowa czytanego („Nie chcę czytać tego, co napisali inni, chcę, żeby ludzie czytali, co ja piszę”), a także – co istotniejsze w tym kontekście – kontrast między atmosferą wokół profesora wizytującego a aurą młodej, zdolnej wykładowczyni. Ten pierwszy nie dyżuruje na kampusie, z góry zapowiada, że nie pisze studentom listów polecających, i podczas spotkania autorskiego na pytanie o niejednoznaczną formę swojej książki odpowiada: „To jest powieść, bo tak mówię”. Z kolei młoda N.O. (od Najbardziej Obiecująca), czyli autorka genialnego debiutu obsypanego nagrodami, cierpi na syndrom oszustki oraz ataki paniki po wejściu do sali wykładowej. Nie jest w stanie udźwignąć własnego sukcesu i napisać kolejnej książki. „Mówi wysokim, piskliwym, naturalnie drżącym głosem i się rumieni, kiedy się zdenerwuje”. Wyczuwa niechęć ze strony studentek zazdrosnych o jej pozycję („emanuje od nich aura »za kogo ty się uważasz«”), aż w końcu nie mogąc wytrzymać ciążącej na niej presji, decyduje się na autodestrukcyjny ruch: nawiązuje romans z jednym ze studentów…

Genderowy układ sił ciekawie pokazuje również Zadie Smith w powieści O pięknie. Wojna o wpływy dwóch profesorów – brytyjskiego i amerykańskiego – zostaje zestawiona z przyjaźnią i mądrością ich żon oraz niezależnością córek. Profesorowie Howard Belsey i Monty Kipps, specjaliści od Rembrandta, robią na tym tle wrażenie dzieci przekomarzających się w piaskownicy, wykorzystujących swoją władzę dla własnej przyjemności w przypadku tego pierwszego, a udowodnienia ideologicznej nieomylności w przypadku drugiego, podczas gdy ich prawdziwe życie ulega rozpadowi zupełnie gdzie indziej. Uzupełnienie tego obrazu stanowi na dalszym planie Lydia, kierowniczka administracyjna, która trzyma wydział w ryzach i bez której nie mógłby on funkcjonować. Jej zwierzchnikiem jest jednak mężczyzna – co oddaje smutną prawdę wynikającą ze statystyk i obserwacji: większość ciała studenckiego (przynajmniej na wydziałach humanistycznych) i administracji niższego szczebla stanowią kobiety, częściej jednak profesurę i wysokie stanowiska otrzymują mężczyźni.

„To się dzieje dość często: dowiaduję się od jakiejś byłej studentki, że urodziła dziecko. Książkę, którą pisała, musi odłożyć. Może kiedy dziecko odrobinę podrośnie, wróci do pracy. Później, kiedy dziecko jest odrobinę starsze – ma jakieś dwa lata – ona rodzi kolejne” – komentuje zgryźliwie narratorka Nunez. Narratorka wybrała życie wypełnione pracą naukową i twórczą, jednak te kobiety, które podjęły inną decyzję, traktuje z wyższością, mając równocześnie świadomość, że wybór między karierą a rodziną ciąży jedynie kobietom. Powieści Smith i Nunez powstały po 2000 r., a więc parę dekad później niż Stoner Williamsa, Zamiana Lodge’a i Pnin Nabokova, gdzie fenomen kobiety wykładowczyni niemalże nie występuje, a traktowanie studentek pozostawia więcej niż sporo do życzenia. Przykłady można by z łatwością mnożyć: chociażby w Stonerze konsekwencje romansu wykładowcy z doktorantką ponosi jedynie dziewczyna – przenosi się na inny uniwersytet w pełni świadoma, że gdyby nie ustąpiła, to jej kariera zostałaby zaprzepaszczona, a nie żonatego profesora, z którym połączyła ją miłość.

Bez żartów

Opisane w campus novel romanse nie dostarczają jednak li tylko dreszczyku emocji związanego z typową historią zakazanego owocu. Obraz bezlitosnej biurokratycznej machiny, która bez mrugnięcia okiem przekreśla ludzkie losy w imię zasad, ma znacznie szerszy wydźwięk. I tak bohater Hańby Coetzeego prof. David Lurie zostaje skompromitowany i usunięty z uniwersytetu za wykorzystanie studentki, ale świat, z którego został relegowany, wykracza poza mury kampusu – to świat zarówno „Zachodu”, poprawności politycznej, jak i norm etycznych pogwałconych przez Luriego. Jego wina jest niepodważalna, czego nie można powiedzieć o bohaterach Żartu – powieściowego debiutu Kundery, oraz Ludzkiej skazy Rotha. W przypadku Żartu student praskiego uniwersytetu w komunistycznej Czechosłowacji z powodu niewinnego wygłupu zostaje okrzyknięty wrogiem partii i narodu, a jego wcześniejsze życie i wykształcenie zostają tym samym przekreślone. Z kolei niejaki Coleman z powieści Philipa Rotha, „towarzyski, dowcipny, wielkomiejski czaruś o nieodpartym uroku, trochę wojownik, trochę działacz, w każdym razie na pewno nie typowy pedantyczny belfer od łaciny i greki (czego najlepszym dowodem Greko-Łaciński Klub Konwersacyjny – istna herezja – który Coleman założył jako młody wykładowca)”, całe życie spędziwszy w aurze akademickiego szacunku, z powodu jednego słowa rzuconego podczas wykładu zostaje oskarżony o rasizm. Afera towarzysząca tej sprawie według Colemana bezpośrednio przyczyniła się do śmierci jego żony, a więc uniwersytecka machina, którą uruchamiają urażeni studenci, miażdży nie tylko jego karierę, ale i – dosłownie – życie najbliższej mu osoby. W przypadku tych książek akcja wybiega poza codzienność uczelni, życiorysy przekreślone przez system są tylko punktem wyjścia i symbolem krzywdy, która przez resztę fabuły ciąży na bohaterach.

Powoływane komisje wydziałowe, przesłuchania, oficjalne pisma z odpowiednią pieczęcią z dziekanatu nadają uczelnianej rzeczywistości kafkowskiego rysu. Tutaj także jednostka znajduje się zawsze na przegranej pozycji. W tym sensie wypaczony system strzegący uniwersyteckich wartości symbolizuje opresyjny establishment obwarowany biurokratycznymi zasiekami, a w jeszcze szerszym ujęciu całą cywilizację zbudowaną na podyktowanych przez człowieka zasadach. Śmieszno-gorzkim komentarzem do tak widzianego świata uczelni są zastrzeżenia, jakie czynią autorzy większości z tych książek – w obawie przed pozwem nieznającego się na żartach środowiska akademickiego zapewniają, że opisane przez nich fikcyjne światy są fikcyjne, a wykreowane w wyobraźni postaci nieprawdziwe. „Rummidge i Euphoria są miejscami na mapie wymyślonego i komicznego świata, przypominającego ten, w którym żyjemy” – zaznacza David Lodge, który, podobnie jak Nabokov i Roth, na wszelki wypadek nadaje opisywanym kampusom abstrakcyjne nazwy. John Williams z kolei odważnie opisuje z nazwy swoją alma mater, Uniwersytet Missouryjski, wyraża jednak w adnotacji wiarę w swoich kolegów, że wiedzą, czym jest fikcja. Choć biografowie bez trudu odnaleźli w jego życiu pierwowzory najważniejszych postaci książki, jego sprytny zabieg najwyraźniej zamknął im usta – pozew oznaczałby przyznanie się do niezrozumienia definicji dzieła literackiego, a któż z tytułem naukowym mógłby sobie na to pozwolić?

Hipopotamy w błocie

Obok tych książek, które przez soczewkę kampusu z pełną powagą przyglądają się mechanizmom władzy i opresji systemu, są jeszcze takie, które wykorzystują jego ogromny potencjał satyryczny. Najwybitniejszym dziełem tego typu jest Pnin Nabokova. Na humorystycznej stronie instytucji akademickiej bazuje także trylogia Davida Lodge’a: punktem wyjścia jej pierwszej części, Zamiany, jest przeniesienie amerykańskiego profesora do Wielkiej Brytanii, a z kolei brytyjskiego wykładowcy na amerykański kampus, co daje jeszcze większe pole do popisu: Lodge nie tylko wyśmiewa kadrę akademicką per se, lecz na dodatek zestawia dwa różne systemy i etosy nauczania, co potęguje efekt komiczny.

Pnin wydaje się esencją tego, co śmieszne w oderwanym od rzeczywistości naukowcu: myli pociągi, gubi teczki, jest niewolnikiem własnych nawyków i przyzwyczajeń. Co istotne – podobnie jak Stoner, a także wykładowcy u Lodge’a – jest „nie stąd”, przybywa z zewnątrz. Pnin imigrant myli angielskie słowa i wymawia je z zabawnym rosyjskim akcentem, a amerykańska rzeczywistość wprawia go w nieustające zdziwienie. W swojej beznadziejnej miłości do byłej żony jest uroczy, w przekonaniu, że poświęcił życie słusznej sprawie – wzruszający. „(…) posługuje się własną nomenklaturą. Jego wybryki słowne wzbogacają nasze życie. Jego błędy wymowy tworzą własną legendę. Jego przejęzyczenia brzmią jak wyrocznia. Na moją żonę mówi John” – tak podsumowuje Pnina jego znajomy prof. Clements, którego żona ma na imię Joan. Pnin, w całej swojej pninowatości, nie jest jednak jedynym, który żyje według tylko sobie znanych zasad, a życie poświęca nic nieznaczącym dla reszty świata dociekaniom. Uniwersytety wydają się przecież Pninów pełne. Nabokov tak chociażby opisuje innego profesora: „Roy Thayer unikał rozmów na tematy zawodowe, unikał, w gruncie rzeczy, rozmów na jakiekolwiek tematy, roztrwonił dziesięć swych lat życia na wnikliwe badania poświęcone zapomnianej grupie niepotrzebnych nikomu rymokletów, a także prowadził szczegółowy dziennik pisany zaszyfrowanym wierszem, w nadziei, że kiedyś potomność go odcyfruje i uzna z perspektywy pozwalającej na obiektywizm za największe osiągnięcie literackie naszych czasów”.

Tak widziany uniwersytet jest przede wszystkim przechowalnią ludzi miernych, ludzi, którzy nie poradziliby sobie w żadnym innych fachu, trzymają się więc kurczowo powoluśku popychanej do przodu kariery akademickiej. Jeden z bohaterów uczestniczący w opisanej przez Lodge’a zamianie, Morris Zapp, ma tego całkowitą świadomość, a swoich kolegów po fachu otwarcie nie znosi: „Wydawali mu się istotami niewyraźnymi, zmiennymi, nieodpowiedzialnymi, które nurzają się w relatywizmie jak hipopotamy w błocie, z nozdrzami ledwo sięgającymi powietrza zdrowego rozsądku. Tolerowali chętnie istnienie opinii sprzecznych z ich własnymi; a nawet, na miły Bóg, zmieniali zdanie. Ich patetyczne próby osiągnięcia dogłębności były obwarowane setką zastrzeżeń i zredagowane w formie pytań. Lubili zaczynać temat od formułki: »Chciałbym poruszyć niektóre kwestie na temat taki a taki«, i zdawało im się, że spełnili swój intelektualny obowiązek, ledwo je poruszając”. Sam Morris Zapp zresztą podejmuje się tyleż ambitnego, co groteskowego projektu powiedzenia absolutnie wszystkiego na temat spuścizny Jane Austen. Postanawia zbadać jej utwory po kolei pod każdym możliwym kątem, a więc „historycznym, biograficznym, retorycznym, mitycznym, freudowskim, jungowskim, egzystencjalistycznym, marksistowskim, strukturalistycznym, chrześcijańsko-alegorycznym, etycznym, hermeneutycznym, językoznawczym, fenomenologicznym, archetypicznym i co tam jeszcze”. Jego motywacją nie jest jednak próba złożenia hołdu wielkiej pisarce, popularyzacja czy dokonanie nowych odkryć w jej twórczości – Morris Zapp mający niewysokie mniemanie o innych naukowcach chce położyć raz na zawsze kres produkcji kolejnych „śmieci” o Austen. Jak można się domyślać, ambitny plan szybko przerasta jego możliwości i Zappowi zdarza się opracowywać z mozołem dane zagadnienie tylko po to, by po paru godzinach pracy uświadomić sobie, że kilka lat wcześniej już je opracował.

Możliwości komiczne opisu świata akademickiego wydają się nieskończone. Zabawna jest w końcu zarówno pedanteria intelektualna, jak i całkowite oderwanie akademików od rzeczywistości i życia w jego najpospolitszej odmianie. „Jak to możliwe, że kobieta, która gubiła klucze do swojego gabinetu czasami trzykrotnie w jednym tygodniu i po pięciu latach spędzonych w college’u nie wiedziała, gdzie jest szafka z produktami spożywczymi, mogła uzyskać tak szacowny tytuł jak profesor literatury porównawczej” – zastanawia się skrzętna Lydia, kierowniczka administracyjna wydziału w powieści O pięknie, i w gruncie rzeczy sama udziela sobie odpowiedzi: kariera akademicka wymaga bowiem ofiary, a jest nią całkowita rezygnacja ze skupienia na innych obszarach istnienia, łącznie z kluczami i szafkami na żywność.

Dom spokojnej paranoi

Jednak lektura Pnina niesie ze sobą nie tylko rozbawienie, ale i wzruszenie. Jego źródła można prześledzić na podstawie Stonera, powieści określonej przez jej tłumacza jako „znana z tego, że jest mało znana”. Zgodnie z duchem książki Stoner ukazał się po cichu w 1965 r., sprzedał w nader skromnym nakładzie i przeszedł całkowicie bez echa. Jego karta miała się odwrócić dopiero dzięki wznowieniu w 2006 r. w Stanach i francuskiemu tłumaczeniu parę lat później, które przyniosło Stonerowi rozgłos w Europie. To opowieść o chłopcu z biednej rolniczej rodziny, który udaje się na uniwersytet, by tam odkryć swą miłość do literatury i prawdziwe powołanie. Na podstawie tego odkrycia William Stoner dokonuje jedynego odważnego zwrotu w swoim życiu, czyli porzuca życie na wsi i zostaje wykładowcą. Radość płynącą z nauczania poznaje powoli, tak jak powoli i ostrożnie poznaje, czym jest dorosłe życie. Nawiązuje przyjaźnie, których część odbierze mu wojna, na jaką sam Stoner się nie udaje – pośród pospolitego patriotycznego ruszenia wybiera bezpieczną akademicką przystań. Żeni się, jednak jego małżeństwo pozostaje nieszczęśliwe – prawdziwą miłość ma poznać dużo później. Kariera akademicka rozwija się we właściwym mu tempie, bo Stoner nigdzie się nie spieszy i nie ma wielkich ambicji, aż w końcu napotyka przeszkodę w postaci Charlesa Walkera: bezczelnego studenta i protegowanego wpływowego profesora w jednej osobie.

„Uniwersytet to jest szpital psychiatryczny. (…) Bezpieczne schronienie dla skrzywdzonych, cierpiących i niepogodzonych z życiem, zakład dla nieudaczników, dom spokojnej paranoi” – powie przyjaciel Stonera, Dave Masters. Parę stron dalej doda: „Dla takich jak my wymyślono akademie: dla przegranych i wyrzutków. Nie dla nauki, nie dla nauczania, nie dla bezinteresownej pogoni za wiedzą ani z innych niby powodów. (…) Tak jak Kościół w średniowieczu, który też olewał świeckich, a nawet Boga samego, udajemy, żeby przetrwać”. William Stoner nie uważa jednak jego słów za zniewagę. Uniwersytet to w jego oczach, owszem, miejsce schronienia, jednak nie dla tych, którym nie udało się w „prawdziwym” świecie z lenistwa, tylko dla tych, którzy nie mieli w nim nigdy szans. Wiele lat później, długo po śmierci Dave’a Mastersa, będzie za wszelką cenę, kosztem własnej kariery, spełnienia i miłości, bronił uczelni przed „takimi jak Charles Walker”, a więc cwanymi dorobkiewiczami. „Za nic nie wolno go wpuścić. Jeśli go wpuścimy, będziemy jak on, jak oni: nieprawdziwi, sztuczni” – powtarza, mimo że wie, iż jego walka jest z góry skazana na porażkę. Charles Walker i „tacy jak on”, ludzie ze znajomościami i umiejętnością dążenia do celu po trupach, w akademickim świecie zawsze wygrywają. John Williams tak opisał swojego bohatera w liście do agentki: „Można by pomyśleć, że Stoner przegrywa życie: nauczyciel z niego kiepski, naukowiec jeszcze gorszy, mało publikuje, nie robi kariery, jego sprawy uczuciowe to porażka, umiera na raka, nic nie osiągnąwszy. Chodzi jednak o to, że on żyje niczym święty lub, inaczej mówiąc, chociaż nie idzie mu w życiu, on i tak się nie wyrzeka swego powołania, wiernie je wypełnia bez względu na wszystko”.

Nazwanie go świętym, a wcześniej słowa Mastersa przyrównujące uniwersytet do Kościoła wydają się nieprzypadkowe. Stoner i Pnin są bowiem zapisami poświęcenia życia w imię wartości. W losy obu bohaterów wdziera się w młodości wielka historia – Stonerowi zabierając przyjaciela, Pninowi ukochaną. Obaj wybrali służbę nauce i choć ta służba nie przyniosła im zaszczytów ani pieniędzy, nie ugięli się i nie wyparli swoich ideałów. Profesorowie, którzy dla swych przekonań poświęcają tytuły i zdrowie, służą przecież wyższej idei – Nauce. Nabokov mistrzowsko balansuje na granicy dwóch czytelniczych emocji: rozbawienia i rozczulenia. Stoner budzi z kolei głównie współczucie, ale i nadzieję – żywioną do ostatnich stron – że jednak mu się uda, chociaż sam zainteresowany nie zdaje się w to wierzyć. To nadzieja w jego powodzenie i w sens takiego życia – skromnego, uczciwego, zapatrzonego ponad horyzont, ponad klucze do gabinetów i szafki na żywność. Nadzieja w istnienie Sensu.

Urok tej prozy polega też na jej powolnym, zwyczajnym rytmie. Pozornie nic tu się nie dzieje: prof. Timofiej Pnin pninuje kolejne gabinety i stancje, William Stoner unika żony i przygotowuje odczyty o dziedzictwie łacińskim w literaturze doby odrodzenia. Życie płynie pośród spraw małych i małostkowych, jak małostkowe potrafią być zawiłości rosyjskiej gramatyki, a jednak zmagania akademików, by uszeregować, przeanalizować i opisać kolejny wycinek świata, są z gruntu szlachetne. Świat nauki w powieściach nurtu campus novel to sanktuarium donkiszotyzmu – walki o idee, walki małej, cichej, skazanej na przemielenie w nieczułych zębatkach systemu. A jednak walki pięknej, potrzebnej także nam – czytelnikom i czytelniczkom, bo udowadniającej heroizm skromnych życiorysów. Być może w tym tkwi tajemnica tego, że Stoner, jak pisze Maciej Stroiński, książka od początku przestarzała, podobnie jak Pnin czy Ludzka skaza, nie traci na aktualności, jak nie tracą na aktualności potrzeba wartości czy poszukiwanie sensu.


Korzystałam z: J. Williams, Stoner, tłum. M. Stroiński, Warszawa 2023; D. Lodge, Zamiana, tłum. M. Bilińska, Poznań 1992; P. Roth, Ludzka skaza, tłum. J. Kozak, Kraków 2015; Z. Smith, O pięknie, tłum. Z. Batko, Kraków 2006; S. Nunez, Przyjaciel, tłum. D. Jankowska, Warszawa 2019; Vladimir Nabokov, Pnin, tłum. A. Kołyszko, Warszawa 1987


John Williams Stoner tłum. Maciej Stroiński, Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2023, s. 352

Artykuł pojawił się w numerze: Najlepsze miejsce do życia