Joseph Campbell to człowiek opowieści. Stanowiły one nie tylko przedmiot jego badań i trwającej całe życie fascynacji, lecz także potężne narzędzie komunikacji, z którego potrafił korzystać jak mało kto.
Niepozorny profesor w nieodłącznych wełnianych marynarkach uchylał swym słuchaczom drzwi do tego samego świata, do którego wcześniej zapraszali ich neolityczni szamani, starożytni rapsodowie czy średniowieczni minstrele. „Mity to opowieści o naszych trwających wieki poszukiwaniach prawdy, sensu, znaczeń – powtarzał. – Wszyscy odczuwamy potrzebę opowiedzenia i zrozumienia naszej historii” (tłum. I. Kania). Oto sekret jego niezwykłej popularności. Choć Campbell zostawił po sobie liczne prace, w żadnej ta magia opowieści nie daje o sobie znać tak mocno jak w Potędze mitu.
Niemała w tym zasługa Billa Moyersa – błyskotliwego rozmówcy Campbella i cichego bohatera tej książki. Przez tysiąclecia historii naszego gatunku dialog z mistrzem stanowił naturalną formę nauczania najważniejszych prawd. („Nie powinieneś nauczać, dopóki cię nie poproszą – wspomina Campbell na marginesie jednej z przytaczanych przez siebie opowieści. – Tego, co masz do powiedzenia, nie powinieneś siłą wciskać ludziom w uszy”). W Potędze mitu mamy okazję przysłuchiwać się rozmowie, która ma wszelkie cechy prawdziwego dialogu. Campbell pozostaje otwarty na argumenty Moyersa, ciekawy jego zdania. Słuchanie jest dla niego nie mniej istotne niż mówienie, co wynika ze zrozumienia, że prawdziwa mądrość zaczyna się właśnie od słuchania. Współcześni intelektualiści zabierający głos w przestrzeni publicznej zbyt często o tym zapominają.
Campbell opowiadał o mitach tak, że – by użyć jednego z jego ulubionych słów – „rezonowały” one z życiem tych, którzy słuchali. Wierzył, że mity nie wyjaśniają sensu życia, dając jedną ostateczną odpowiedź na nasze pytania, ale raczej zmieniają całe nasze doświadczenie egzystencji na sensowne. Ta różnica może się wydać subtelna, ma jednak ogromne znaczenie. Opowieści są dla Campbella jak muzyka, która akompaniuje naszej codzienności, przywracając nam harmonię z nami samymi, z innymi ludźmi i z otaczającym nas światem.
Pierwotne źródło mitów stanowią dla Campbella potężne metafory. Drzewo, kamień, ogień, światło, ojciec, matka… Są tutaj, przed nami, a ich materialna obecność domaga się wyjaśnienia. Jednocześnie ich bliskość i zmysłowa dostępność czynią z nich poręczne narzędzia wyjaśniania tego, co odległe i abstrakcyjne. W ten sposób plemię staje się drzewem, grzech – kamieniem, miłość – ogniem, prawda – światłem, a najwyższe bóstwo ojcem lub matką, wiodąc nas na rozstajne drogi, które – jak pokazuje Campbell – prowadzą do dwóch bardzo różnych mitycznych światów. Mity to zatem świat symboli i archetypów, tak trwałych, że niemal odwiecznych i wiecznych, lecz zarazem nieustannie reinterpretowanych i wymyślanych na nowo przez kolejne epoki, pokolenia, przez duchowych przywódców, genialne artystki i zwykłych śmiertelników poszukujących sensu życia.
Każde pokolenie ma więc własne mity, własne święte teksty, czytane wciąż na nowo i służące za źródło cytatów, którymi można wyjaśniać świat, błyskawicznie komunikować się ze swoimi i wykluczać obcych.
Mój tata i jego pokolenie zaczytywali w ten sposób kolejne egzemplarze Trylogii Sienkiewicza wydanej na fatalnej jakości PRL-owskim papierze. Ja i moi rówieśnicy katowaliśmy Gwiezdne wojny na kasetach VHS, a potem Harry’ego Pottera na DVD. Mój syn i jego przyjaciele z tą samą wytrwałością uruchamiają komputer, by po raz kolejny pokonać Minecraftowego Smoka Kresu.
Campbell cegła po cegle rozbiera mury, które nas dzielą, by zbudować z nich mosty. Pokazuje, że Kmicic jest Vaderem, Smok Kresu nowym wcieleniem Smauga, który czekał u kresu wyprawy Bilba Bagginsa… A wszyscy oni to w rzeczywistości pradawni bogowie i herosi pod nowymi imionami poszukujący lub strzegący tych samych co przed wiekami skarbów – miłości, wspólnoty, odkupienia, sensu. Mity są „snami świata” – przypomina Campbell. Moyers zaś, spontanicznie reagując na jedną z jego historii, dodaje: „Myślę, że sen to coś bardzo prywatnego, gdy tymczasem mit to coś bardzo publicznego”. I tak właśnie jest. Mit godzi sprzeczności i znosi paradoksy. To, co najbardziej osobiste, prywatne, biograficzne i intymne, przecina się w nim ze światem obrazów publicznych, wspólnych, uniwersalnych i odwiecznych.
Od wieków mity, gdy tylko je zapytamy, udzielają nam swoich smoczych odpowiedzi na trzy fundamentalne pytania: skąd przychodzimy?, kim jesteśmy?, dokąd zmierzamy? Spróbujmy się teraz przyjrzeć tym trzem pytaniom w odniesieniu do Campbella. Skąd wyrastają korzenie jego mitoznawczej pasji? Kim był na tle współczesnego mu Pokolenia Mitologów? Dokąd, w niemal 40 lat po jego śmierci, doprowadziły nas ścieżki, na które skierował wyobraźnię Zachodu?
Skąd przybył Joseph Campbell?
Jako kluczowy motyw powraca w twórczości Campbella figura potężnego ojca. Jest więc coś z charakterystycznej dla mitu perwersji w fakcie, że jego duchowymi ojcami byli Sigmund Freud i Carl Gustav Jung – twórcy psychoanalizy, której jednym z podstawowych konceptów było pragnienie ojcobójstwa.
Szczególnie Jung wywarł ogromny wpływa na Campbella swoją interpretacją snów i mitów jako formy „zbiorowej nieświadomości”.
Warto podkreślić, że dla Campbella psychoanaliza nie stanowiła narzędzia terapii, tylko wytrych do otwierania tekstów kultury i poznawania kolejnych ukrytych warstw znaczeń.
Kolejnym źródłem inspiracji były dla niego gigantyczne katalogi mitów i wielkie rozprawy z zakresu mitologii porównawczej, takie jak Złota gałąź Jamesa George’a Frazera. Ich autorzy, pracując w zaciszu swych gabinetów, z wielką pieczołowitością zbierali motywy z mitologii greckiej czy rzymskiej i zestawiali je z opowieściami przywiezionymi przez misjonarzy i urzędników kolonialnych z całego świata.
Ostatnim wspornikiem pytyjskiego trójnoga, na którym opiera się wieszczy talent Campbella, stała się analiza strukturalna. Równolegle do prac prowadzonych przez Malinowskiego w swą własną niepowtarzalną podróż wyruszył rosyjski folklorysta Władimir Propp. Kariera Proppa przypadła na szczyt fascynacji ludowymi opowieściami w Rosji. Mógł on (podobnie zresztą jak Campbell, od dziecka zafascynowany katalogami podań rdzennych mieszkańców Ameryki) spędzać całe dnie w bibliotekach, studiując tysiące krótszych i dłuższych opowieści, które badacze rozpaczliwie próbowali skatalogować niczym rozsypane klocki Lego o niezliczonych kombinacjach kształtów i kolorów.
Propp spróbował do tego podejść inaczej. Zamiast szykować kolejne pudełka na nowe kolory i kształty, zapytał o funkcje, jakie dany element pełni w konstrukcji. Dziadek Mróz, Niedźwiedź, Baba Jaga – te postaci są tylko na pozór całkiem różne. Jeśli w trzech opowieściach bohater spotyka którąś z nich i poddany zostaje próbie, to w gruncie rzeczy mamy do czynienia z trzema wersjami tej samej historii, a napotkana istota to ten sam „donator” przybierający różne formy.
To właśnie główna koncepcja opublikowanej w roku 1928 Morfologii bajki. Propp podjął się w niej trudnego zadania zrekonstruowania uniwersalnej struktury bajek magicznych, czyli po prostu stworzenia przepisu na „bajkę instant” (rzecz niezwykle użyteczna, jeśli ktoś ma akurat dzieci do uśpienia!). Składa się nań kilkadziesiąt elementów, takich jak: zakaz, złamanie zakazu, wyruszenie na wyprawę, magiczny pojedynek itp. Oraz postaci, takich jak: bohater, antagonista lub donator. Wystarczy tylko iść krok po kroku przez kolejne punkty, dodać: „dawno, dawno temu” na początku oraz „i żyli długo i szczęśliwie” na koniec – i bajka gotowa.
W miarę jak prace Proppa zyskiwały rozgłos na Zachodzie, antropolodzy coraz lepiej rozumieli, że jest to doskonałe narzędzie do odkrycia tego, co w mitach uniwersalne. Tak się ciekawie złożyło, że Proppowskie struktury niepokojąco dobrze przystawały do tego, co o uniwersalnych ludzkich dyspozycjach psychicznych mieli do powiedzenia Freud i Jung. Tym samym mityczne koło się zamyka.
Scena została ustawiona, wagnerowskie dekoracje rozmieszczone na właściwych miejscach. Świat jest gotowy na Pokolenie Mitologów.
Pokolenie Mitologów
Zaczęło się jednocześnie w kilku punktach rozrzuconych po świecie. Miały minąć lata, nim poszczególni mitologowie dowiedzieli się wzajemnie o swoim istnieniu.
Przy narożnym stoliku w jednym z oksfordzkich pubów o kojarzącej się z mitami nazwie The Eagle and Child zaczęła się spotykać grupa znajomych dręczonych przez fundamentalne pytania mitów. Jaki jest sens egzystencji? Jaką rolę mogą odgrywać mity w życiu nowoczesnych społeczeństw? Czy chrześcijaństwo daje odpowiedzi? Nazywano ich Inklingami, a najbardziej znani wśród nich to J.R.R. Tolkien (12 lat starszy od Josepha Campbella, który – przypomnijmy – urodził się w 1904 r.) oraz C.S. Lewis (sześć lat starszy od Campbella).
Charakterystyczne było dla nich splecenie poszukiwań teoretycznych ze śmiałymi próbami literackimi. Chcieli nie tylko poznać i zrozumieć mit, lecz także tak przepisać go na nowo, by przemówił do współczesnych.
Potrzeba mitu była bowiem według nich kluczowa dla zachowania człowieczeństwa. Bez mitu nie ma sensu, nie ma spójności społecznej, nie ma lojalności. Nawet miłość jest kwestią mitów, jak pokazuje C.S. Lewis w swej debiutanckiej książce Alegoria miłości (wyd. oryg. 1936). (Obszerny wywód Campbella na temat „odkrycia” miłości romantycznej w tradycji średniowiecznej zawarty w Potędze mitu jest bez wątpienia inspirowany m.in. tymi właśnie badaniami).
Podobne myślenie cechowało Tolkiena, choć u niego wypływało przede wszystkim z wrażliwości językowej. Jeszcze przed rozpoczęciem kariery akademickiej Tolkien pracował przy opracowywaniu monumentalnego New English Dictionary, później na wszystkich etapach kariery miał do czynienia z różnymi językami, co wyraźnie widać w niesamowitym zapleczu lingwistycznym jego dzieł.
Inklingowie wciąż szukają swojego mitu, gdy nad światem zawisa wojna. W tym samym czasie młody francuski badacz Claude Lévi-Strauss (cztery lata młodszy od Campbella) daje się namówić na rozpoczęcie badań terenowych. W roku 1935 wyrusza do Brazylii, gdzie zaczyna zbierać opowieści. Wkrótce wpadnie na kluczowy dla XX-wiecznych badań nad mitem trop: istotą najważniejszych narracji kształtujących każdą kulturę nie są spektakularne detale, ale stałe, powtarzalne struktury oparte na systemie binarnych opozycji: góra–dół, żywe–martwe, męskie–kobiece…
Równolegle ważne rzeczy działy się w Ameryce, na Uniwersytecie Columbia. Tam w roku 1927 obiecujący student z nieco zaściankowego White Plains w stanie Nowy Jork broni rozprawy dyplomowej, podobnie jak pierwsze ważne prace Lewisa i Tolkiena, poświęconej literaturze średniowiecznej. W ten sposób nareszcie dotarliśmy do głównego bohatera tej opowieści – Josepha Campbella. Po obronieniu dyplomu Campbell dostaje stypendium na wyjazd do Europy, gdzie spędza rok, studiując literaturę starofrancuską i niemiecką w Paryżu i Monachium. Jednocześnie pod wpływem przypadkowego spotkania na statku rozwija się jego fascynacja Indiami i duchowością Wschodu. Campbell zaczyna dostrzegać analogie. Wraca do Ameryki i na macierzystej Columbii składa ambitny projekt doktoratu, w którym zamierza poszukiwać paralel między starymi opowieściami z literatury sanskryckiej a wyobraźnią europejskiego średniowiecza. Zostaje odprawiony z kwitkiem. Jaka niby katedra miałaby się zajmować tak pomyślanymi studiami? Kto zostałby opiekunem pracy? Gdzie dyskutowane byłyby wyniki?
Zaczyna się wielki kryzys – i w gospodarce USA, i w życiu naszego bohatera. Następne kilka lat Campbell spędza, czytając i medytując, z roczną przerwą na wyprawę do Kalifornii, gdzie poznaje Johna Steinbecka i lokalną bohemę literacką, a także sam podejmuje (nieudaną) próbę napisania powieści. Okres tułaczki kończy się w roku 1938, gdy Campbell w końcu dostaje posadę wykładowcy literatury w Sarah Lawrence College w mieście Yonkers w stanie Nowy Jork.
Rok później przychodzi wojna. Huragan okrucieństw zmiata wszystkie ustabilizowane wierzenia dotyczące tego, skąd przychodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy.
Na chwilę zapada głucha cisza. A potem w jałowej ziemi zaczynają kiełkować nowe mity.
W roku 1949 ukazuje się Bohater o tysiącu twarzy – najważniejsza książka Campbella wprowadzająca koncepcję „monomitu”: pierwotnej struktury świętych opowieści powracającej we wszystkich kulturach. W roku 1951 do rąk czytelników trafia Lew, czarownica i stara szafa C.S. Lewisa, rozpoczynająca cykl Opowieści z Narnii, które Lewis będzie potem publikował co roku z imponującą regularnością. W 1954 r. ukazuje się Władca Pierścieni (Tolkien pracował nad książką w latach 1937–1949). Rok później Lévi-Strauss publikuje Smutek tropików.
Początkowa recepcja wszystkich wspomnianych książek (z Władcą Pierścieni włącznie) nie była w żaden sposób porównywalna z fenomenem, jaki dziś stanowią. To normalne. Mity potrzebują czasu, by wzrosnąć.
Wzniecone przez Mitologów fale rozchodzą się równolegle w dwóch ośrodkach. Społeczność akademicka omawia poważne aspekty językowe i strukturalne mitów. Szeroka publiczność zaś szuka w nich tego, co żywe i inspirujące. Zaczyna się moda na mity, która stopniowo przechodzić będzie wręcz w mitologiczne szaleństwo.
Pod koniec lat 50. po angielsku ukazują się dwie kluczowe książki rumuńskiego religioznawcy i filozofa Mircei Eliadego (trzy lata młodszego od Campbella) – Sacrum i profanum oraz Mity, sny, misteria. W roku 1957 w jeden tom zebrane zostają Mitologie Rolanda Barthes’a (11 lat młodszego od Campbella), w których autor analizuje wyobrażenia mityczne związane m.in. z befsztykiem i nowym modelem citroena. Na początku lat 60. Umberto Eco (sporo młodszy, bo urodzony w roku 1932, ale temperamentem i rozmachem niewątpliwie należący do Pokolenia Mitologów) publikuje cykl artykułów o kulturze popularnej, m.in. o Jamesie Bondzie.
Gdy nadchodzi rok 1968, Pokolenie Mitologów na dobre obejmuje trony zbiorowej wyobraźni. Z rewolucją, jaka się wtedy dokonała, wszyscy kojarzymy muzykę i poszerzające świadomość narkotyki. Łatwo zapominamy jednak o trzecim komponencie przewrotu – ogromnym, świadomym pragnieniu mitów, pierwotnym zarówno wobec muzycznych, jak i psychodelicznych eksploracji. Esencją ruchu kontrkulturowego lat 60. było poszukiwanie opowieści i rytuałów, które nadadzą nowy sens indywidualnemu i wspólnotowemu życiu.
W latach 70. i 80. dzieła Tolkiena i Lewisa stają się literackim kanonem, a Campbell, Lévi-Strauss, Barthes i Eco objaśniają świat najróżniejszej publiczności na całym świecie.
Piszą artykuły, wypowiadają się w radiu i w telewizji, współpracują z artystami, inspirują dzieła kultury lub sami je tworzą.
W roku 1977 premierę mają Gwiezdne wojny. George Lucas chętnie przyznaje się do długu zaciągniętego u Campbella, ów zaś wkrótce staje się powszechnie znany jako „ten facet od mitów, który zainspirował Gwiezdne wojny”. W 1980 r. ukazuje się Imię Róży Umberto Eco, przypieczętowując jego status gwiazdy i – według wielu ekspertów – otwierając zupełnie nowy rozdział w historii literatury. Świadome wplatanie uniwersalnych struktur mitycznych w dzieła kultury popularnej staje się cechą postmodernizmu.
W roku 1987 telewizja PBS proponuje będącemu u szczytu sławy Campbellowi stworzenie serialu dokumentalnego o mitach. Potęga mitu to swego rodzaju „efekt uboczny” prac nad tym przedsięwzięciem. Sześć godzinnych rozmów Moyersa z Campbellem stało się jednym z najpopularniejszych programów w historii publicznej telewizji w USA. Dziś aż trudno w to uwierzyć – taki format jest już chyba nie do pomyślenia w telewizji, choć zarazem nie takie rzeczy znajdują dziś milionową publiczność w postaci podcastów lub filmów na YouTubie. Campbell występuje tu jako archetypiczny Stary Mistrz, Mędrzec, który poświęcił życie badaniu mitów, i dzieli się nie tylko wiedzą wyczytaną z książek, lecz także ogromnym życiowym doświadczeniem.
Do sukcesu serialu i książki zapewne przyczynił się również fakt, że były to ostatnie rozmowy nagrane z Campbellem. Ojciec amerykańskiej rewolucji mitologicznej zmarł niedługo przed emisją.
Z całą pewnością nie oznacza to końca historii, bo badania porównawcze nad mitem trwają w najlepsze, a ich wpływ na różne dziedziny naszego życia tylko rośnie. Od lat 90. dzieje się to jednak nie w blasku jupiterów, ale za kulisami głównego nurtu kultury. Choć samej dyskusji o mitach możemy dziś nie widzieć, na co dzień doświadczamy jej efektów w wielu dziedzinach życia.
Dokąd zmierzamy?
4 czerwca 1989 r. odbywają się w Polsce pierwsze częściowo wolne wybory. Kostki domina zaczynają się przewracać. Kilka miesięcy później upada mur berliński. Kończy się zimnowojenny porządek świata, w którego ramach działało Pokolenie Mitologów. Wprawdzie Jean-François Lyotard ogłosił koniec „wielkich narracji” już w Kondycji ponowoczesnej (1979), ale dopiero masowa recepcja Końca historii Francisa Fukuyamy (jako artykuł 1989, wyd. książkowe 1992) ugruntowała w zbiorowej świadomości przekonanie, że oto wielkie opowieści ostatecznie utraciły kontrolę nad naszą wyobraźnią. Skończył się czas panowania religii, ostatnia forma masowego mitu, jaką były wielkie ideologie polityczne, właśnie uległa erozji. Przed nami – przekonują apostołowie Fukuyamy – era „ostatniego człowieka”, którego życie regulować będą reguły globalizującej się ekonomii i racjonalnej debaty w ramach modelu liberalno-demokratycznego.
Z punktu widzenia Campbella jest to, oczywiście, nic innego niż kolejna mitologia, sprytnie przebrana w antymitologiczne szaty (czyli nic nowego). Faktem pozostaje, że po epoce Mitologów badania porównawcze nad mitem przeniosły się ze światła w cień. Wiele wskazuje jednak na to, że siła ich oddziaływania tylko się w związku z tym powiększyła.
Uczniowie Campbella niepodzielnie rządzą dziś w Hollywood.
Podróż autora Christophera Voglera i Uratuj kotka Blake’a Snydera to dwa najpopularniejsze podręczniki scenopisarstwa. Za ich pośrednictwem kluczowe struktury fabularne opisywane przez Proppa, a następnie Campbella stały się gotowymi składnikami konstruowanych historii. Pisanie scenariusza przypomina więc coraz bardziej budowanie z klocków Duplo – przeznaczonej dla młodszych dzieci odmiany Lego. Nowe budowle składa się tu ze sporej wielkości gotowych komponentów, a nieodłączny element większości z nich stanowi uroczy kotek.
W pierwszym akcie podróży bohatera Campbell opowiada m.in. o wezwaniu do drogi, odmowie jego przyjęcia czy przekroczeniu pierwszego progu. Blake Snyder woli mówić o ustawieniu (set-up), debacie, katalizatorze i przejściu do drugiego aktu. „Na przykład w mitach przewija się myśl, że głęboko, na samym dnie otchłani rozlega się głos zbawienia – przeczytamy w Potędze mitu. – Chwila, gdy naokoło jest tylko czerń, to chwila zwiastująca rychłe nadejście prawdziwej przemiany. W momencie największego mroku rozbłyskuje światło”. W Uratuj kotka Snyder nazywa ten moment „ciemną nocą duszy”. I tak dalej.
Pod nowymi nazwami kryją się niemal identyczne elementy. Z jedną istotną różnicą. Wskazówki Snydera są o wiele bardziej szczegółowe. Autor Uratuj kotka podaje dokładne minuty filmu (lub strony w scenariuszu), na które przypadać powinny poszczególne elementy opowieści. Proponuje też gotowe przepisy na nie. Jak choćby obowiązkowa scena z tytułowym kotkiem: na wczesnym etapie bohater wykonuje mały akt dobra, często niezwiązany z główną fabułą. To moment, który ma za zadanie sprawić, by publiczność polubiła protagonistę.
Element świadomej pracy na emocjach (nierzadko na granicy manipulacji czy propagandy) jeszcze wyraźniej daje o sobie znać w podręcznikach dla specjalistów od marketingu, zarówno tych narracyjnych, jak i opartych na teorii archetypu, jak np. The Hero and the Outlaw Margaret Mark i Carol Pearson. Autorki przekonują w nim, że każda dobrze poprowadzona marka ma swój dominujący archetyp. Google jest Mędrcem, Pampers – Opiekunką, Jeep – Odkrywcą, Mercedes – Władcą itd. Za każdym archetypem podąża gotowy zestaw wskazówek i kulturowych referencji.
Niewątpliwym zyskiem z popularności tych podręczników jest zaskakujące rozpowszechnienie się wiedzy o mitach i strukturach narracyjnych wśród coraz szerszych rzesz ludzi z tzw. zawodów kreatywnych. Ciemną stroną zaś – a mity uczą nas, że każde światło rzuca cień – ryzyko coraz większej unifikacji opowieści i popadania w jałowe, mechaniczne odtwarzanie skryptów. Dla Campbella i Pokolenia Mitologów mit nie miał w sobie nic z mechanizmu. Powtarzalność jego struktur nie przekreślała ich organicznego charakteru.
Mity wyrastały dzikie i nieukształtowane, nie były drzewkami bonsai pilnie strzyżonymi przez badania publiczności i komputerowe algorytmy.
Zarazem nawet pobieżny rzut oka na to, co dzieje się dziś w świecie seriali czy filmów z nurtu superbohaterskiego, sugeruje, że wchodzimy w czas postnarracyjny – czas franczyz i wielkich mitologii rozbijających sztywne struktury opowieści. Nowe seriale i filmy coraz częściej rezygnują niemal całkowicie z klasycznie rozumianej fabuły na rzecz zaproszenia widzów do umownego świata, którego reguły podyktowane są głównie estetyką czy nostalgią. Ten kryzys linearnych opowieści otwiera drogę innym aspektom mitu, o których uczył nas Campbell – dla widzów coraz ważniejsze stają się: wspólnotowość odbioru, rytmy opowieści, powracanie i reinterpretacja motywów. (Być może stąd właśnie niezwykła popularność wszelkich rebootów, remake’ów czy mitologii opartych na figurze „multiwersum”?)
Nowe opowieści
Wielcy Mitolodzy byli ludźmi Księgi. Żyli w świecie długich, misternie zaplecionych opowieści. W świetle trwających przemian medialnych przed pokoleniami ich dzieci i wnuków stoją więc dwa kluczowe zadania.
Po pierwsze, mity trzeba będzie tłumaczyć na język TikToka. Wymyślać je na nowo i obserwować, co też dzieje się z prastarymi opowieściami, gdy z wielogodzinnych rytmów powieści lub filmów kompresują się do kilkunastosekundowych form dopasowanych do rozedrganego pulsu naszej uwagi. W jaki sposób słowo ustępuje miejsca obrazowi i związanej z nim innej dynamice transmisji wiarygodności czy emocji? Wbrew wszelkim pozorom nie jest to sytuacja całkiem nowa. Mniej więcej 2400 lat temu niejaki Platon z przerażeniem ostrzegał, że nowy wynalazek zwany pismem wywróci do góry nogami cały porządek opartego na ustnych opowieściach świata. Za czasów Erazma z Rotterdamu druk w ciągu dwóch pokoleń roztrzaskał misterny witraż średniowiecznej wyobraźni, a znów Umberto Eco zastanawiał się nad wpływem telewizji na struktury prastarych opowieści. Skoro mity przetrwały to wszystko, przetrwają i TikToka. Co nie znaczy, że nie powinniśmy o nie dbać.
I tu właśnie pojawia się drugie kluczowe wyzwanie dla współczesnych mitologów.
Jak skorzystać z dobrodziejstw nowych technologii, a jednocześnie w świecie nowych mediów ocalić to, co dawały nam znacznie bardziej niespieszne formy komunikacji?
Zagadnieniem tym zajmują się dziś badacze tacy jak np. Maryanne Wolf, autorka książki Reader, Come Home poświęconej funkcjonowaniu „mózgu czytającego” i jego przemianom w cyfrowym świecie. Ponieważ rozprzestrzenienie nowych technologii nigdy nie jest równomierne, przemiany, których jesteśmy świadkami, będą pogłębiały różnice klasowe i międzypokoleniowe. Jeszcze istotniejsze stanie się więc bliskie Campbellowi wyzwanie transmisji transgeneracyjnej oraz relacji między rodzicami i dziećmi.
Jak nieustannie przypominał nam Campbell, każde pokolenie musi opowiedzieć sobie mity na nowo po to, by ich formę i treść dopasować do aktualnych wyzwań. W tym kontekście interesujące są choćby nowe odczytania klasycznych greckich mitów, jakie proponuje Natalie Haynes (np. Puszka Pandory. Kobiety w mitologii greckiej), pokazująca kobiece spojrzenie obecne w nich pierwotnie, lecz mocno zatarte przez wieki męskich reinterpretacji. Okazuje się więc np., że według Greków Pandora wcale nie otworzyła celowo puszki (gr. pyxis), lecz raczej niechcący przewróciła znany ze swej niestabilności dzban (gr. pithos). Kilka stuleci interpretacji związanych z figurą „ciekawskiej kobiety” i zbliżających Pandorę do biblijnej Ewy zawdzięczamy więc… błędowi w tłumaczeniu, jaki przydarzył się Erazmowi z Rotterdamu.
Nie mniej interesujące są nowe opowieści o przyrodzie, w których dawno zapomniana mądrość plemienna zestawiana jest z najnowszymi odkryciami biologii, np. tymi pokazującymi las nie jako zbiór drzew, tylko jako ściśle powiązany i komunikujący się superorganizm (zob. np. Robin Wall Kimmerer, Pieśń Ziemi). Współczesne ruchy społeczne sugerujące, że rzeki lub puszcze mogłyby otrzymać osobowość prawną na takiej zasadzie, na jakiej dysponują nią dziś miasta lub korporacje, również oznaczają fascynujący powrót w nowych szatach koncepcji, które dla wyobraźni mitycznej były oczywiste.
Na koniec warto jeszcze zauważyć, że najważniejszym zadaniem współczesnych mitologów może się okazać… obalanie mitów.
Głębokie rozumienie tego, czym uwodzą nas najlepsze opowieści, pomaga nam w dostrzeżeniu, skąd swą siłę czerpią szarlatani, siewcy teorii spiskowych i polityczni demagodzy.
***
Czy nam się to podoba czy nie, wszyscy jesteśmy ludźmi opowieści. Mity są głęboko wpisane w nasze istnienie – zarówno na poziomie kulturowym, jak i biologicznym, bo nasze mózgi przystosowane są do przyjmowania i weryfikowania informacji na podstawie struktur narracyjnych.
Żyjemy więc otoczeni symbolami, a nieznajomość mitycznych tradycji czyni nas podatnymi na manipulację. Miejsca dawnych wierzeń nie zajmuje bowiem chłodny rozum, lecz nowe ideologie, przekaz marketingowy lub spiskowe wizje. Wykorzenione, gnijące mity stają się nawozem dla propagandy. Pradawni bogowie nie poddają się łatwo – wygnani poza horyzont, powracają pod nowymi imionami.
W świecie globalnych wyzwań związanych z wojnami, nierównościami, pandemiami, migracjami i katastrofą klimatyczną potrzebujemy mitów jak nigdy dotychczas. Tylko opowieści pozwolą nam skupić się na wspólnych celach i zsynchronizować wysiłki milionów czy wręcz miliardów jednostek. Za Moyersem spytać więc możemy: „Jakiego nowego mitu nam potrzeba?”. Campbell zaś już 38 lat temu odpowiadał: „Takiego, który by utożsamiał jednostkę nie z jej własną, lokalną grupą, ale z całą planetą”.
Musimy te mity napisać, nikt tego za nas nie zrobi.
Nowe wydanie Potęgi mitu ukaże się niedługo nakładem Wydawnictwa Znak