Była Łódź i było miasto. Od urodzenia żyłem w obu tych miejscach – jednocześnie, na przemian, rozmaicie – bo przenikały się one wzajemnie. Bezbłędnie jednak wyczuwałem różnicę, choć nikt z bliskich nie zdradził mi nigdy, dlaczego istnieje i Łódź, i miasto. Musiałem sam mierzyć się z tą anomalią, niewytłumaczalne i dziwne zamieniać w przygodę.
Łódź to Stawy Jana, węże i kotki wytatuowane na ciałach młodych, zbytkujących u brzegu kryminalistów, lodowaty muł rozpuszczający się pod stopami niczym wiosenny śnieg, zapach kanapek z żółtym serem, klubowych i piwa oraz ulatujący w niebo zgiełk…