Kamienica na Rynku Głównym, rzut beretem od Sukiennic. Siedzimy przy długim stole w galerii Międzynarodowego Centrum Sztuk Graficznych. Na blacie, jeszcze pustym, leżą nasze dłonie. Tuż nad nimi pochylają się nasze nosy. W każdym tkwi 10 mln neuronów mogących rozróżnić bilion woni. Oddychamy, robiąc średnio tysiąc wdechów na godzinę. Na czubkach palców mamy ciałka Meissnera, ciałka Paciniego i tarczki Merkla. Milimetr kwadratowy skóry opuszków mieści ok. 140 receptorów, dzięki którym czujemy dotyk, nacisk, wibracje. Jest nas przy stole 18. Uczestniczki warsztatu Mamy nosa do grafiki, czyli dziesięć uczennic z Centrum dla Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie, trzy pracujące tam panie nauczycielki i osoby prowadzące: dwoje artystów, kuratorka sztuki, perfumiarz oraz pisząca te słowa w roli pomysłodawczyni multisensorycznego zamieszania.
W ciągu dwóch dni spędzimy razem sześć godzin, korzystając ze zwielokrotnionych zmysłowych zasobów. Robię rachunek, mnożąc palce przez ręce, ręce przez osoby, wdechy przez godziny i nosy: wspólnie mamy 3 mln dotykowych ciałek, 130 tys. oddechów i gargantuiczne supermoce w nozdrzach. Jeśli do skrzynki z narzędziami dorzucimy język, który wykona translatorską robotę, przekładając nasze wrażenia haptyczne i olfaktoryczne na słowa, eksperyment może się powieść: stworzymy perfumy o zapachu grafiki w oparciu o kontakt z instrumentarium tej artystycznej dyscypliny.
Nasze zmysły wiercą się w blokach startowych. Hejnał mariacki wpada przez okna galerii. Warsztat odbywa się w niej dzięki gościnności Stowarzyszenia Międzynarodowe Triennale Grafiki i jego zaangażowaniu w dostępność sztuki.
Ogień – kocioł – strawa
SMTG istnieje od 60 lat. Jest organizatorem krakowskiego triennale – największego graficznego święta w Europie. Podczas jego dotychczasowych odsłon prace zaprezentowało 5 tys. artystów i artystek z 40 krajów. Stowarzyszenie promuje grafikę warsztatową i sztuki transgraficzne, otwiera rocznie dziesiątki wystaw, organizuje spotkania twórcze, seminaria, panele dyskusyjne. Mogę długo wymieniać zalety marki, ale w ten sposób nie dotknę jej najgłębszych sensów. Ich źródła biją tam, gdzie serca.
Nie byłoby Stowarzyszenia, gdyby nie kilkaset tworzących je osób: zapaleńców oddanych grafice i gotowych zatracić się dla niej, twórców i twórczyń, seniorów, debiutantów, profesorów, studentów, pasjonatów i pasjonatek drzeworytu, miedziorytu, litografii, akwatinty, akwaforty, linorytu, frotażu oraz mnogości artystycznych działań przekraczających granice grafiki warsztatowej. Zarząd i radę nadzorczą SMTG tworzą same kobiety wyposażone w kompetencje artystyczne, kuratorskie, związane z krytyką sztuki, dydaktyką i prawem (słyszę serdeczny śmiech Maureen Murdock: „A nie mówiłam, nadeszła era heroin!”).
Zapytałam Katarzynę Wojtygę – prezeskę SMTG, projektantkę, kuratorkę, pomysłodawczynię wystaw transgrafia – czy Stowarzyszenie zechce zaangażować się w polisensoryczny warsztat zaprojektowany z myślą o dostępności sztuki dla osób niewidomych i niedowidzących. Zgodziła się bez wahania. Gdy rozmawiałyśmy o projekcie Mamy nosa do grafiki, szybko okazało się, że podobnie pojmujemy dostępność sztuki wizualnej. Kasia rozumie ją jako wzajemne obdarowywanie. Twórcy i twórczynie mogą umożliwiać osobom z niepełnosprawnościami wzroku kontakt ze sztuką poprzez audiodeskrypcję oraz, jeśli jest to możliwe, przez dotykową styczność z dziełami. Osoby niewidzące i słabowidzące mogą zaoferować artystom i artystkom ćwiczenia z uważności. Opisowe narracje wymagają precyzyjnego nazywania, które wyzwala namysł. Jak ująć w słowa faktury, linie, kolory? Od czego zacząć opowieść? W jaki sposób wysłowić kompozycję? Jak zasugerować komuś kierunek odczytania dzieła, jednocześnie nie narzucając jego interpretacji?
Laboratorium sensoryczne
Hejnał cichnie. Zaczynamy. Na stole lądują matryce do tworzenia drzeworytów i linorytów. Surowe deski pokryte są reliefami: dla opuszków to gry wypukłości i wklęsłości. Matryce są nieregularne. Na ich krótszych bokach można wyczuć korę; nie ma wątpliwości, że to organiczna materia, kiedyś zakorzeniona w ziemi, soczysta i chłodna, teraz sucha i ciepła.
„Ja tu czuję twarz!” – mówi jedna z dziewcząt, która dotyka pooranej dłutem płyty do robienia linorytów. Inna zauważa, że na drewnianym reliefie wiją się rzeki, a jego wklęsłe przestrzenie przypominają koryta. Uczennice Centrum dla Niewidomych i Słabowidzących wybrały ten warsztat świadomie. Mają artystyczne zainteresowania, grają na instrumentach, szydełkują, komponują niewielkie formy literackie, formują naczynia ceramiczne. „Tu jest ciało” – odkrywa dziewczyna, której udaje się rozpoznać kształt łuku biodra wplątany w gąszcz linii. Czubki palców suną po powierzchniach: matryce linorytów są lepkie, pachną gumą i smarem; drewno jest włochate – miękkie i nieoszlifowane, kłuje skórę drzazgową szczeciną.
Deski przyjechały z pracowni Marty Bożyk – artystki, profesorki krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, wiceprezeski SMTG. Marta, jak sama mówi, ma „twórcze ADHD”, ciągle coś tworzy, organizuje, lata do Azji, gdzie uczy się czerpać papier tradycyjnymi metodami. W Japonii ma mistrza, który przekazuje jej sztukę pozyskiwania papieru z włókien egzotycznych roślin. Zazdroszczę Marcie jej celulozowego zen. Włóknistą pulpę wrzuca się do wody, z którą roślinna papka się łączy, tworząc zawiesinę. Arkusze formuje się przez jej wyławianie na płaskie sito o gęstych okach. Wyłonioną w ten sposób warstwę przekłada się na chłonny materiał i suszy. Azjatyckie papiery są wytrzymałe, choć bardzo cienkie, ich zapach jest subtelny, ale trwały. Werbalną narrację Marty wspierają rekwizyty. Nieprawda, jest odwrotnie, to przedmioty mówią, a słowa uzupełniają opowieść: pod dłońmi uczestniczek przesuwają się drewniane ramy sit, pachnące kwiatowym naparem lipowe deszczułki, próbniki papierów wyglądające jak pióropusze, świeża pulpa zbita w mokrą kulę.
Pora, by osoby biorące udział w warsztacie własnoręcznie wykonały grafiki. Szast-prast, dziewczyny zakładają gumowe rękawiczki i foliowe fartuchy. Pod okiem Marty smarują czarną farbą miniaturowe matryce z wyciętym wzorem, przykładają do nich arkusze papieru, które gładzą specjalnymi kostkami, żeby relief dobrze się odcisnął. Na jasnym tle kartek pojawiają się symboliczne kształty zmultiplikowanych serc. Próbuję na żywo audiodeskrybować gotowe linoryty tym z uczennic, które potrzebują słów, aby doświadczyć obrazów. To pierwsze graficzne prace uczestniczek. „Powinno się je podpisać. Tak robią artyści – zauważa Marta. – Poprowadzi pani moją rękę?” Pewnie. Blat stołu powoli zapełnia się grafikami z sygnaturami: Andżelika, Hripsime, Julia, Nikola, Magda, Maja, Oliwia, Wiktoria, Weronika, Zuzanna.
Kolejna przygoda czeka warsztatowiczki przy stanowisku do sitodruku. Z pomocą Kasi Wojtygi i Krzysztofa Mikosia – artysty grafika, dydaktyka, mistrza tradycyjnego druku na tkaninie – dziewczyny samodzielnie drukują wzory na T-shirtach. Szablony z motywami roślin i zwierząt trafiają na sito o gęstym splocie. Im gęściejszy splot, tym większa rozdzielczość nadruku. Krzysztof pokazuje uczestniczkom, jak prowadzić raklę – narzędzie służące do równomiernego rozprowadzania farby, która przenika przez otwory w szablonie i przesącza się przez dziurki w sicie, tworząc precyzyjny nadruk na bawełnianym materiale. Krzysztof naszykował specjalną, puchnącą pod wpływem ciepła farbę, dzięki czemu niektóre nadruki, gdy podeschną, będzie można „obejrzeć” palcami. Proszę uczestniczki, żeby archiwizowały wszystkie doznania: wrażenia dotykowe, temperaturowe, węchowe, emocjonalne – będą nam potrzebne kolejnego dnia przy komponowaniu zapachu grafiki.
Myślę: po co człowiekowi obraz? Dlaczego nie wystarcza nam czysta rzeczywistość? Czym jest – w gruncie rzeczy – grafika? Co określa jej granice? Wieczorem odwiedzam profesora Grzegorza Banaszkiewicza, artystę (r)ewolucyjnego, który peregrynował twórczo przez niemal wszystkie rodzaje grafiki, aż po transgraficzność. Postanawiam zadać profesorowi te i inne pytania tak, jakbym nic nie wiedziała o tej dziedzinie sztuki, ba, jakbym nigdy wcześniej nie była na Ziemi. Wchodzę do pracowni, którą artysta nazywa komnatą wszystkiego albo laboratorium obrazowania graficznego, i przedstawiam się jako GrafE.T., przybysz z kosmosu.
Lekcja grafiki dla absolutnie każdego
GrafE.T.: Jak ludź odkrył obraz?
Profesor: To jest wielka tajemnica człowieka. Czterdzieści tysięcy lat temu ludzie, ni stąd, ni zowąd, zaczęli rysować i malować, dzięki czemu mamy w jaskiniach precyzyjny przekaz tego, co wówczas się działo na świecie.
GrafE.T.: Obraz dawać przyjemność człowieku?
Profesor: Daje przyjemność. Oddaje rzeczywistość. Przynosi język, którym się porozumiewamy.
GrafE.T.: Obraz dzieło sztuki jest?
Profesor: Niektórzy ludzie są tak przejęci robieniem obrazów, że sądzą, iż robią dzieła sztuki. I pokazują je innym ludziom. Niektórzy dają się na to nabrać, a niektórzy nie.
GrafE.T.: Być rozróżnik sztuka – niesztuka?
Profesor: To można odczuć.
GrafE.T.: Jak?
Profesor: Gdzieś w środku.
GrafE.T.: Co grafika jest?
Profesor: To jedna z postaci wizualizacji świata.
GrafE.T.: Ty mi pokazać, jak robić grafika?
Profesor: Będzie dobrze, jeśli GrafE.T. uruchomi własny aparat poznawczy. Musimy użyć papieru…
Profesor idzie w głąb pracowni, szuka czystej kartki w stertach wszystkiego. Gdy znajduje papier, kładzie go na plastikowej podkładce o wyraźnej, kratkowanej fakturze.
Profesor: Potrzebujemy jeszcze ołówka, będącego jednym z najdonioślejszych wynalazków człowieka. Ołówek jest podługowatą pałeczką grafitu, czyli bardzo powszechnej w naszym świecie molekuły pierwiastka nazywanego węglem. Występuje on pod wieloma postaciami. Jedna z nich to grafit.
Pociera pałeczką grafitu o papier, na którym odciska się wypukły wzór podkładki.
Profesor: Widzisz, na papierze pojawiają się rozmaite, trudne do przewidzenia wydarzenia pokazujące istotę ołówkowatości i istotę graficzności. Powstał całkiem przyzwoity obrazek. W języku artystów nazywa się to frotażem. Ten frotaż ujawnił relief, który był pod papierem. No i proszę: są tu jakieś regularności i nieregularności, coś się tu dzieje!
GrafE.T.: Piękny obraz to?
Profesor: Piękny, jeśli znajdziemy w nim coś pięknego.
Obraz zawisa na gałce szafki kuchennego kredensu.
GrafE.T.: My robić galeria sztuki?
Profesor: A co! Kto nam zabroni? Jestem wolnym człowiekiem i wolnym artystą, a ty wolnym kosmitą.
GrafE.T.: Prosić, ty uczyć mnie grafika teraz.
Profesor pociera kciuk o powierzchnię pałeczki grafitu. Skóra palca szarzeje.
Profesor: Spróbujmy teraz użyć jakiegoś wzmacniacza, woda może być wzmacniaczem tego, co mam tu na palcu.
Podchodzi do zlewu, moczy palec w wodzie, która zebrała się na dnie komory, po czym dociska kciuk do papieru. Upływa kilka chwil, nim profesor oderwie palec.
Profesor: Czekamy, aż woda wsiąknie w papier. O, już! Popatrz: fingerprint – odbicie reliefu mojego palca. Jest? Jest! Kciuk to najważniejszy palec u ludzi.
GrafE.T.: Żeby grafika być, trzeba odcisk mieć?
Profesor: Do niektórych grafik wystarczy jakiś odcisk, a do innych nie. Zresztą takie odciski powstają też bez udziału człowieka: idzie sobie słoń, jest ciężki, gdy idzie po czymś, zostawia ślad.
GrafE.T.: Ja widział grafika na Księżyc!
Profesor: Ano właśnie, widziałeś jedną z grafik, którą człowiek zostawił na Księżycu; pierwszy człowiek, który tam był. Na podeszwach jego butów był mocny relief, o wiele bardziej widoczny niż ten na moim kciuku. Na Księżycu jest więcej grafiki, np. ślady łazika.
GrafE.T.: A światło gwiazd grafika jest?
Profesor: Oczywiście, to obrazowa informacja, która dociera do nas z kosmosu, w dodatku niektóre jej elementy lecą sobie 3 lata, 5, 100 tys., 100 mln lat i często pochodzą one od obiektów już nieistniejących, bo gwiazdy, które świeciły, są po wybuchu.
GrafE.T.: Grafika zawsze musi być obraz?
Profesor: Nie zawsze. Jeśli weźmiemy tradycyjne matryce graficzne, które zazwyczaj są reliefami, ponieważ coś jest na ich powierzchni wycięte albo uwypuklone, i damy je osobie niewidomej, która ma wrażliwe dłonie i jest przyzwyczajona do tego, aby dotykać świata w różnej skali, to rozdzielczość w opuszkach palców okaże się wystarczająca, by zbudować i zobaczyć obraz.
GrafE.T.: Po co grafika?
Profesor: Jest niezbędna do komunikacji. Mówimy, wydajemy dźwięki, robimy fale dźwiękowe. Ale fale dźwiękowe nie są ani światem, ani jego opisem. Żeby się z tego zrobił świat i opis, to fala dźwiękowa musi stać się słowem, musi coś znaczyć. Słowo można narysować, wówczas jest to wyraz. Wyraz jest obrazem słowa. Można je sztuczkami rysunkowo-graficznymi zamienić na element języka wizualnego. Podobnie jak słowo jest pojemną jednostką języka mówionego, tak jeszcze bardziej pojemną jednostką komunikacyjną jest obraz. Ludzie mówią, że jeden obraz jest wart tysiąca słów.
GrafE.T.: Kiedy grafika znaczy?
Profesor: Wtedy, kiedy ten, kto ją ogląda, cokolwiek rozumie. Jeśli narysuję słonia, lepiej lub gorzej, ktoś popatrzy i powie: „o, słoń”, to znaczy, że zrozumiał przekaz. Narysować słonia może znaczyć tyle, co napisać książkę o słoniu.
GrafE.T.: Dlaczego patrzeć na grafika-słoń, gdy mieć prawdziwy słoń?
Profesor: Ponieważ można stworzyć obraz słonia. Podobny do słonia lub inny; słoń na obrazie może być różowy albo niebieski.
GrafE.T.: Jeszcze raz pytać: czym sztuka być?
Profesor: Miałem piękną przygodę z jednym panem. Podczas pleneru rysowałem stodołę stojącą na jego polu. To była realistyczna praca. Właściciel pola przyszedł, uwiązał konia do płotu, podszedł do sztalugi. Patrzył na rysunek – patrzył na stodołę, patrzył na rysunek – patrzył na stodołę, skrobał się w głowę. „Powiedz mi pan, jak to jest: tę stodołę powinienem rozebrać, to jest okropne, to już zgniło, ale jak patrzę na to, co pan tu narysował, to ta stodoła jest piękna”. „Nie wiem, jak to jest – odpowiedziałem. – Ale wiem, że pan powiedział największą prawdę na temat sztuki, jaką kiedykolwiek usłyszałem. Serdecznie panu dziękuję”. Taką miałem, drogi kosmito, pouczającą rozmowę.
Demokracja zmysłów
Kolejny dzień warsztatu. Uczestniczki stają przed wyzwaniem przełożenia wrażeń związanych z grafiką na język molekuł zapachu. Pomoże im w tym perfumiarz Jakub Pietrynka. Jakub, choć jest w biegu (i w locie) między branżowymi wydarzeniami, znajduje dla nas czas, bo twierdzi, że istotą życia jest robienie czegoś najpierw dla innych, a dopiero później dla siebie.
Na blacie stoją butelki z aromatami i papierowe paski do ich testowania. Zaczynamy od rozgrzewki dla nozdrzy: wąchamy Kraków w olfaktorycznej interpretacji Jakuba. Rozbieramy wonną metaforę miasta na składowe: bluszcz (porastający mury Wawelu), trawa, konwalie (wiosna na Błoniach), nuty wodne (Wisła), skóra (torebki z targu staroci na Kazimierzu). Proszę uczestniczki, żeby spróbowały nazwać wczorajsze doświadczenia kontaktu z graficznym rekwizytorium. Na podstawie tych opisów Jakub przygotuje pulę nut, z której dziewczyny wybiorą kilka komponentów finałowej kompilacji. Metoda, którą stosujemy podczas pracy, nie różni się od stosowanej w światowych laboratoriach.
Nim pojawi się współczesna kompozycja perfumeryjna, powstaje opis. Zawiera on wskazówki dla twórców zwanych nosami. Wytyczne odnoszą się do kategorii pachnidła oraz skojarzeń, jakie powinno ono wywoływać u odbiorców. W charakterze akuszera lub akuszerki procesu twórczego często zatrudnia się indywidualność o wrażliwym powonieniu, znajomości perfumeryjnego rzemiosła i biegłości w nazywaniu. Zadaniem osobliwego tłumacza jest przekładanie języka chemii na słowa i podsuwanie nosowi określeń pomocnych podczas procesu twórczego. „To czuć starym talkiem” – potrafi zabrzmieć krytyka. „Potrzeba tu czegoś w rodzaju struganej kredki” – pada podpowiedź dotycząca drzewnego aromatu. Jeśli pomoc akuszera nie wystarcza, wdrażane są inne strategie służące inspiracji. Gdy tworzono sportowy zapach, którego opis mówił o przypływie adrenaliny, kreatorzy pracujący dla Tommy’ego Hilfigera skakali ze spadochronami. Inni twórcy pachnideł opuścili paryską pracownię, by odwiedzić marokański tartak i organoleptycznie zbadać woń ciętych cedrów, która miała przeniknąć do flakonu. Nosy udają się po inspiracje do tajlandzkich dżungli, snują się po wnętrzach gotyckich katedr, odwiedzają dalekowschodnie targi i czytają. Szekspirowska Burza z obrazami sztormu stała się impulsem do wykreowania zapachu będącego interpretacją słowa „morski”. Dobór nut odzwierciedlił zmienność żywiołu wody – od dzikości po letarg. Wątki fabuły zostały rozpisane na wetiwer, mech, lilie, zielone liście. Akcję przyprawiły: kumin, jagody jałowca, imbir, czarny pieprz i sól.
Serge Lutens, twórca perfum i fotograf uhonorowany przez francuski rząd tytułem Komandora Orderu Sztuk Pięknych i Literatury, sięgnął po haiku, tworząc zapach oparty na aromacie owoców. Zainspirował go minimalistyczny utwór Matsuo Bashō, japońskiego poety z okresu Edo. Liryczna forma, składająca się z sześciu słów, mówi o aromacie śliwy przepędzającym chłód. Surrealistyczne opisy i niezwykłe nuty towarzyszą projektom najbardziej niepokornym, opuszczającym terytoria bezpieczne dla powonienia. Tam, gdzie natchnieniem dla projektantów stają się historie bez czasu i przestrzeni, psychodeliczna świeżość, świadomy sen, lewitacja – słowa i zapachy przekraczają granice klasycznych gatunków. Niczym frazy futurystycznych poematów brzmią określenia nut perfum niepoprawnych społecznie, jak nazywa je jedna z perfumeryjnych marek: grillowane papierosy, spawane aluminium, kurz gorącej żarówki, sztuczne kwiaty, taśma pakowa, papier.
O papierze, jako źródle inspiracji, mówią uczestniczki warsztatów. Ten ręcznie czerpany pachniał ich zdaniem korzeniami, glebą, ryżem, mchem, trawą. Jakub Pietrynka daje nam do powąchania zapach nazwany „świeże trawy”. Flakon krąży pod nosami – test trwa. Wszystkie warsztatowiczki są zgodne: trawa będzie jednym z komponentów zapachu grafiki. Inne węchowe skojarzenia wiążą się z drewnianymi matrycami: słodkawa, ciepła lipa, chłodna ziemia, kora, szorstkość. Jakub wyciąga kolejny flakon, nosy znów pracują, ale tym razem zapach zostaje odrzucony. „To pachnie grobem!” – śmieje się jedna z dziewczyn. Skreślamy cmentarną woń z listy potencjalnych składników. Szukamy dalej: pochylamy się nad buteleczkami, z rąk do rąk wędrują testowe paski. Akceptujemy zapach lub go odrzucamy. Głosujemy: tak – nie, demokracja zmysłów. „Ładny! Kojarzy mi się ze starą książką z biblioteki” – zapach wchodzi do puli. „To czuć syropem, płynem do dezynfekcji, sprayem przeciw owadom” – odrzucamy. „Ten aromat przypomina mi las, igły drzew, grzyby”. Czy wszystkim się podobał? Owszem, więc zostaje.
Decyzja zapadła, zapach grafiki stworzą nuty cedru, cyprysu białego, lipy i trawy. Jakub Pietrynka wlewa składniki do specjalnego urządzenia mieszającego, w którym idealnie się połączą. Maszyna przypomina blender kielichowy i podobnie szumi, gdy pracuje. Pasek próbnika umoczony w zmiksowanej cieczy wędruje od nozdrzy do nozdrzy. Zapach jest zielony, głęboki, techniczny, surowy. Decydujemy, że dodamy do niego akord morskiej soli, który sprawi, że woń przyjemnie złagodnieje, zaokrągli się i będzie można nosić ją na skórze. Jakub rozlewa grafikę do atomizerów, każdy dostaje fiolkę pachnidła.
Na koniec, przegryzając słodkości, podsumowujemy spotkanie. Jedna z uczennic mówi coś, co będę długo pamiętać: „Jestem z nas dumna, bo zrobiłyśmy coś własnymi rękami”.
Brakujące „u”
Już po. Hejnalista odtrąbia późną godzinę, a my – Kasia, Marta i ja – wciąż siedzimy w galerii. Jakoś nie mogą opaść z nas emocje. Uświadamiamy sobie, ile dobrego dostałyśmy od uczestniczek. Jesteśmy wdzięczne ich nauczycielkom, bez których dziewczyny nie dotarłyby na warsztat. Czujemy dumę, ekscytację, radosne zmęczenie. Chcemy więcej. Ponieważ SMTG planuje warsztaty dotyczące audiodeskrypcji i wernisaże z robionymi na żywo opisowymi narracjami prac, spotkamy się jeszcze nie raz na dostępnościowym szlaku. Mam ochotę dołożyć literę „u” do słowa „dostępność”, by wybrzmiał jej dwukierunkowy potencjał. D(u)ostępność – wzajemne obdarowywanie.
Autorka tekstu dziękuje: Marcinowi Dębskiemu, dyrektorowi Zespołu Szkół i Placówek pn. Centrum dla Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie; Janinie Skoczeń, Joannie Wrzesińskiej, Lucynie Zaleskiej – nauczycielkom tej placówki; uczestniczkom warsztatów – za obecność, zaangażowanie, otwartość, twórczą wrażliwość; Katarzynie Wojtydze i Marcie Bożyk – prezesce i wiceprezesce SMTG, Krzysztofowi Mikosiowi i Zbigniewowi Michalskiemu – członkom SMTG; Elżbiecie Pamule – za gotowość do każdego rodzaju pomocy ze strony biura SMTG; Jakubowi Pietrynce – niezależnemu perfumiarzowi; Fundacji A Sztuka? oraz tutorce projektu Justynie Mazur-Kiwer; Grzegorzowi Banaszkiewiczowi za to, że poważnie potraktował kosmitę zainteresowanego grafiką.