Ten krótki, skromny wiersz zamyka debiutancką książkę Klaudii Pieszczoch, zatytułowaną ruń (Kołobrzeg 2023). Zamyka nieco zaskakująco; utwory składające się na ten tom to struktury na ogół dość skomplikowane, wielowarstwowe, wymagające od czytających nie tylko czujności i wiedzy, ale też nie lada praktyki lekturowej. W jednym z utworów można się zresztą natknąć na znamienne sformułowanie: „wiersz to zapadający się grunt”. Tak właśnie jest: czytając wiersze Klaudii Pieszczoch, możemy poczuć się niepewnie, niestabilnie, niczym na osuwisku. Ontologia opisywanego świata jest bowiem z reguły niejasna. Bywa, że jesteśmy zarazem wewnątrz i na zewnątrz tego, co opisywane, w ciele ludzkim, zwierzęcym i roślinnym równocześnie, w nieokreślonej przeszłości, rozmytym teraz, a może także w dopiero przeczuwanej przyszłości… Rzeczywistość w tych wierszach jest bogata nie tyle gatunkami, ile zmieniającymi się formami. Oko i słowo są uwrażliwione na różne stany skupienia, konsystencje, fazy rozwoju; opisywane czynności przechodzą jedna w drugą niemal niezauważenie. Na to nakładają się częste zmiany perspektywy, co dodatkowo dynamizuje poszczególne utwory. W tym wszystkim znać wysiłek poetki, by ująć świat niejako na nowo: opowiadając o nim, uwolnić wyobraźnię i język, oczyścić jedno i drugie z tego, co nagromadzone. „W literaturze – zarówno w jej czytaniu, jak i pisaniu – istotne jest dla mnie to, by była ona próbą odwidzenia tego, co sto razy widziane, a w efekcie przewidziane” – wyznała w jednym z wywiadów.
Na tym tle ostatni wiersz w książce jest, powtórzę, pewnym zaskoczeniem. To właściwie bardzo prosty rysunek, a dokładniej – trzy proste szkice. Najpierw zwróćmy jednak uwagę na tytuł. Rozłogi to, przynajmniej słowotwórczo, przeciwieństwo „złogów” – tego, co nawarstwiło się, zalega. Rozłogi to swobodny rozrost, pędy biegnące we wszystkich kierunkach, żywa sieć spowijająca ziemię. Jeśli przyjrzeć się temu, jak słowo to funkcjonuje w literaturze, nietrudno potraktować je jako synonim wolności, szerokiego gestu czy podróży w nieznane. Owo nieznane może być mroczne, jak u Leśmiana opisującego pogrzeb jako drogę „w mroki i mroków rozłogi”. Albo kosmiczne, jak u Schulza, w którego Wiośnie wzrok biegnie nocą „w gwiezdne bezdroża” wśród „wertepów i rozłogów powietrznych”. Na ogół jednak dominują obrazy bujności i otwartych, osłonecznionych przestrzeni, niekoniecznie nawet dzikich; tak jest chociażby w Faunie Staffa, gdzie „pogodne lato złoci pól rozłogi”. Przywołuję te znane konteksty, żeby pokazać, jak szerokie są możliwości użycia tego słowa i jak mocno potrafi ono oddziaływać. Umieszczone w finale debiutanckiej książki, nieuchronnie stanowi jej podsumowanie, akcent kładąc na tym, co żywotne, co narodziło się, by wzrastać, sięgać śmielej i dalej.
Trzy dwuwersowe strofy, które składają się na omawiany wiersz, tworzą jednak bardzo szczególny tryptyk. Interesujący nawet od strony formalnej: dwa pierwsze wersy i ostatni mają po 14 zgłosek, dzięki czemu wiersz muzycznie zostaje ujęty w klamrę. Środkowy dwuwiersz z kolei najmocniej szeleści, najwięcej tam „cz” i „sz”, choć równocześnie nie sposób nie zauważyć wzmożonej obecności „ł”. Co to oznacza? Wiersz „płynie” i „szumi”, jego rytm jest raczej spokojny, nie przyśpiesza, nie ma w nim też wyraźnych zakłóceń. O ile w treści pojawiają się napięcia, o tyle forma te napięcia łagodzi, dezorientując trochę naszą uwagę.
Każdy dwuwiersz to – przynajmniej na pozór – oddzielny obraz. Pierwsza strofa zostaje w charakterystyczny sposób zawieszona: początkowe „kiedy” nie ma składniowego przedłużenia, za to mocniej podkreśla uporczywość opisywanej czynności. Jak rozumieć owo „skubanie liści”? W dodatku „latami”? Jako wyraz nienasyconej ciekawości? Być może. Ale możliwe też, że chodzi o sam gest skubania, namacalnego kontaktu z tym, co naturalne. Zauważmy, że odpowiednikiem tego gestu w drugiej strofie jest łuskanie słonecznika. Dotykanie staje się najważniejszym sposobem poznawania świata i uniwersalnym językiem porozumienia. Dlatego łuskanie przechodzi płynnie w dotyk o zabarwieniu erotycznym („szmer ciał”); w międzyludzkiej intymności dotyk także uwalnia, wydobywa z „łupin”.
Ale jest „ostatni dzień roku”… Ta informacja w trzeciej strofie uruchamia nowy ciąg skojarzeń. A obrazy, które się w ślad za nią pojawiają, niosą znaczenia odmienne od zawartych w pierwszych dwuwierszach. „Ostatni dzień” i „odgłosy karetki”, które „tną śnieg” (a więc są czymś gwałtownym, nieprzyjemnym), każą myśleć o granicach ludzkiego życia. Jeszcze bardziej sugestywny jest jednak obraz kaczek podążających za ręką, „która udaje że sypie”. Jak go rozumieć? Jako metaforę naszego zagubienia? Politycznych manipulacji? Nie, chyba nie. Więc może bardziej metafizycznie? Albo bardziej dosłownie? Poetka podsunęła nam ten obraz, niczego nie podpowiadając. Wszystko zależy od tego, jak zinterpretujemy ową tajemniczą „rękę” i czy poszczególne elementy potraktujemy jako części spójnej układanki.
Niewątpliwie trzecia strofa wprowadza do wiersza cień, zmieniając nieco jego tonację. Jak bardzo – to kwestia otwarta. W kontekście całego tomu obecność tego cienia nie dziwi; wśród wielu napięć, jakie wydobywa oko poetki, jest też napięcie między żywym i martwym. Od razu jednak musimy dodać, że nie jest to napięcie najważniejsze, a bywa, że spojrzenie „z dołu”, z perspektywy roślin czy kamieni, zupełnie je usuwa. W świecie, w którym jedna forma przechodzi w drugą, a wszystko ze sobą współpracuje, „cięcia” są tylko pozorne. To także zdaje się mówić ten wiersz – przypomnijmy: ostatni wiersz tomu. Kolejne obrazy dają się zinterpretować jako kolejne pędy, odrosty, które nie tyle rozwijają jeden motyw, co ustanawiają nowe. Język układa je obok siebie, a rytm wiersza zdaje się godzić wszystko – niczym rytm natury, która, dodajmy, jest wielką bohaterką debiutanckiego tomu Klaudii Pieszczoch.
*
Klaudia Pieszczoch
rozłogi
kiedy latami zajmuje mnie skubanie liści
aż zostaną zielone nitkowate szkielety
lecą czarne łupiny słonecznika
gładko przechodzą w szmer ciał po zgaszeniu światła
ostatni dzień roku: tną śnieg odgłosy karetki i kaczki
biegnące za ręką która udaje że sypie