Subskrybuj
Domek dla lalek typu chalet, Holandia (Fryzja), ok. 1850. Wyposażenie XIX–XXI w. 56 × 37 × 62 cm fot. własność autora
Domek dla lalek typu chalet, Holandia (Fryzja), ok. 1850. Wyposażenie XIX–XXI w. 56 × 37 × 62 cm fot. własność autora
Prof. dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Anglista i polonista przekwalifikowany na niderlandystę i historyka sztuki. Znawca dawnej kultury holenderskiej, tłumacz literatury niderlandzkiej, zbieracz fajansów, książek i rupieci. Opublikował 25 książek (w tym 10...

Nie tylko do zabawy

W biografiach wielu osób, które z domków dla lalek uczyniły swój życiowy cel, znajdziemy samotność, niespełnienie, trudne dzieciństwo. Można by spytać, czy aranżowanie miniaturowego domostwa nie bywa czasem próbą stworzenia alternatywnego świata rekompensującego życiowe porażki.

Po największym zawodzie, jakiego doznałem w życiu, usiadłem przy biurku i zacząłem zabijać się pracą. Przez siedem lat prawie nie wychodziłem z domu, zrywałem więzi z ludźmi, robiłem się coraz bardziej sfrustrowany i nieznośny, patrzyłem na fotografię w ramce i co roku pisałem nową książkę. W autodestrukcyjnym widzie nie zauważałem drobnych sygnałów ostrzegawczych, potem głośnych alarmów, a wreszcie ostrych czerwonych alertów, które wysyłał mój organizm. Gdy w końcu w czerwcu 2020 r. trafiłem do szpitala i zrobiono mi badania, sytuacja była już krytyczna. Kiedy myślę dziś o tym granicznym okresie, do głowy przychodzą mi jedynie słowa, którymi Pliniusz Młodszy próbował opisać mrok ogarniający świat po wybuchu Wezuwiusza: „Wszędzie panował już dzień, ale tutaj wciąż była ciemność, czarniejsza i gęstsza niż wszystkie noce”.

Przeżyłem. Na światło dzienne wyciągnęli mnie wtedy moja najlepsza przyjaciółka Agnieszka oraz spotkany ponownie po 18 latach Barry, który niebawem miał się stać dla mnie „bratem z wyboru”. Zbliżał się październik, wykłady i zajęcia, a ja wciąż tkwiłem w pochorobowej demencji i miałem spory problem z przypomnieniem sobie, kto napisał Granicę lub wyrzeźbił wielki ołtarz stojący w kościele Mariackim. Byłem tak wyniszczony, że na Gołębiej nie poznała mnie moja ukochana pani dziekan. I wtedy właśnie dostałem wiadomość z wydawnictwa: nieoczekiwanie znalazły się fundusze na opublikowanie monografii, pierwszej polskiej historii domków dla lalek, którą od jakiegoś czasu niespiesznie sobie pisałem. Warunek był jeden: całość musiałem złożyć do końca roku. Wypłacone z góry całkiem spore honorarium wydałem więc natychmiast co do grosza na kilkadziesiąt absolutnie niezbędnych i niedostępnych w bibliotekach pozycji. Postanowiłem szybciej wychodzić z mroku, a książkę, która powstanie, zadedykować Barry’emu i Agnieszce.

Skarby norymberskich mieszczan

Kiedy i gdzie pojawiły się pierwsze domki dla lalek – nie wiadomo. Miniaturowe domowe sprzęty i laleczki odnajdywano w trakcie wykopalisk archeologicznych prowadzonych nie tylko we Włoszech czy Grecji, ale i w Egipcie oraz na Dalekim i Bliskim Wschodzie, co pozwala przypuszczać, że mogły one niegdyś funkcjonować w jakichś przypominających domy przestrzeniach. Musimy przy tym pamiętać, że domki stały się zabawkami dla dziewczynek stosunkowo późno, bo dopiero pod koniec XVIII w., gdy w oświeceniowej Europie pojawiły się nowe koncepty pedagogiczne, a dzieciństwo zaczęto postrzegać jako ważny okres w rozwoju człowieka. Wcześniej pełniły one funkcję reprezentacyjną i stanowiły rozrywkę dla osób dorosłych i zamożnych. Ze źródeł historycznych wiemy choćby, że książę bawarski Albrecht V od 1557 r. posiadał miniaturowy model swojego pałacu, wiernie odwzorowujący wygląd wszystkich pomieszczeń i mieszkańców, od książęcej pary po ubijającą masło dziewkę kuchenną. Z kolei pół wieku później w Augsburgu książę pomorski Filip II obstalował sobie Meierhof (dwór wiejski), nad którym przez sześć lat pracowało 28 rzemieślników. Komnaty tego dworu pieczołowicie wyposażono w miniatury domowych sprzętów, mebli, świec w lichtarzach, gobelinów, naczyń, garnków, rusztów, łyżek i produktów spożywczych: połci kiełbasy, gomółek sera oraz osełek masła. Znalazły się tam nawet klatka z papugą i izba z czytającym książki uczonym, któremu towarzyszył biały piesek.

W XVII-wiecznej Norymberdze, wówczas europejskim centrum produkcji zabawek, obiekty takie stały się wyznacznikiem statusu społecznego i materialnego tamtejszych patrycjuszy. Były one raczej domami niż domkami dla lalek, gdyż mierzyły nawet 2,7 m wysokości, 1,5 m szerokości i ponad metr głębokości. Dockenhäuser, jak na nie mówiono, miały formę architektoniczną, posiadały dachy i kominy, a zamykały je drzwi naśladujące fasady. Kosztowały przy tym krocie. O ich cenie stanowiły jednak nie materiały, lecz robocizna, precyzyjne wykonanie setek malutkich przedmiotów przez wykwalifikowanych rzemieślników. Niejaką Frau Negges z Augsburga domkowe wydatki doprowadziły wręcz do ruiny, inaczej niż norymberską mieszczkę Annę Köferlin, która po śmierci męża i dzieci w 1631 r. zainwestowała w domek cały swój majątek i pokazywała go za opłatą. Biletem wstępu był drzeworyt z wyobrażeniem jej skarbu oraz wierszem podnoszącym dydaktyczne korzyści, jakie odniosą dzieci oglądające owo idealne domostwo.

Domek dla lalek rodziny Von Stromer, widok zewnętrzny, Norymberga, 1639. 259 × 194 × 58,7 cm. Germanisches Nationalmuseum, Norymberga. Fot. Monika Runge
Domek dla lalek rodziny Von Stromer, widok zewnętrzny, Norymberga, 1639. 259 × 194 × 58,7 cm. Germanisches Nationalmuseum, Norymberga. Fot. Monika Runge

 

Obiektów takich zachowało się kilkanaście – np. domek rodziny Von Stromer (Das Stromersche Puppenhaus) z 1639 r. ze zbiorów norymberskiego Germanisches Nationalmuseum (il. 2.). Na jego trzech kondygnacjach zaaranżowano 16 izb, pokazujących domostwo bogatego kupca, m.in. stajnię z końmi i krowami, piwnicę, sień, klatkę schodową, kantor, spiżarnię, pokój dziecinny, sypialnie i kuchnię. Pomieszczenia wyposażono w ok. 1000 maleńkich, precyzyjnie wykonanych sprzętów, przedmiotów codziennego użytku i dzieł sztuki, od drewnianej łyżki po obrazy. Na ścianach i sufitach namalowano imitacje polichromii, a na podłogach wzory naśladujące ceramiczne posadzki. Das Stromersche Puppenhaus daje nam dziś bezcenny, szczegółowy wgląd w życie zamożnej norymberskiej rodziny z I poł. XVII w.

Holenderskie kuratorki

W tym samym czasie moda na takie przedmioty zapanowała wśród holenderskich kobiet wywodzących się z warstw zamożnych kupców i regentów. Ich pronkpoppenhuizen – wystawne domki dla lalek – nie nawiązywały jednak do tych norymberskich, narodziły się w niezależny sposób i wywodziły z innej tradycji, ich początków należy upatrywać w kulturze kolekcjonerskiej Republiki Zjednoczonych Prowincji oraz w gabinetach osobliwości. Lalkowe pokoje umieszczano bowiem w bogato zdobionych szafach, podobnych do tych, w jakich zbieracze eksponowali naturalia, niewielkie obrazy, ryciny, rzeźby z kości słoniowej lub numizmaty. Otwarcie szafy i pokazanie gościom ukrytego w niej domku przypominało spektakl teatralny, tym bardziej że niektóre z nich wyposażone były w oświetlenie, bieżącą wodę oraz mechanizmy wprawiające w ruch sprzęty i figurki.

Domek dla lalek Petronelli de la Court, Amsterdam, 1674–1690. 206 × 187 × 79 cm. Centraal Museum, Utrecht. Fot. Adriaan van Dam
Domek dla lalek Petronelli de la Court, Amsterdam, 1674–1690. 206 × 187 × 79 cm. Centraal Museum, Utrecht. Fot. Adriaan van Dam

Holenderskie domki były więc de facto zbiorami miniaturowych dzieł sztuki, których wykonanie zlecano wziętym rzemieślnikom i artystom. Urządzanie ich nierzadko stawało się pasją kobiety, by nie rzec: trwającym kilkadziesiąt lat projektem kuratorskim. Dodam, że projektem kosztownym, przekraczającym często cenę prawdziwego domu w prestiżowej lokalizacji. Właścicielki same projektowały wnętrza, zamawiały miniatury i płaciły za nie z własnej kieszeni, często czerpiąc środki z posagów. Inwestycja bywała nie tylko finansowa, ale i emocjonalna; jedna z pań prowadziła nawet dziennik, w którym odnotowywała wszystkie nowe nabytki i wprowadzane zmiany. Do dziś przetrwało jedynie pięć holenderskich domków tego typu: Petronelli Dunois i Petronelli Oortman (Rijksmuseum w Amsterdamie), dwa Sary Rothé (Kunstmuseum w Hadze i Frans Hals Museum w Haarlemie) oraz Petronelli de la Court (Centraal Museum w Utrechcie) – moim zdaniem najpiękniejszy (il. 3).

Pochodząca z zamożnej rodziny brabanckich imigrantów de la Court (1624–1707) poślubiła amsterdamskiego kupca bławatnego, któremu urodziła dziesięcioro dzieci. Należała do elity finansowej Amsterdamu – małżonkowie posiadali browar i liczne nieruchomości. Petronella była także koneserką sztuki, zgromadziła kolekcję ponad 150 obrazów, przeszło 2 tys. porcelanowych naczyń, obrazów, map, rzeźb, rysunków i curiosów, nie wspominając o obszernej bibliotece. W latach 1674–1690 tworzyła domek dla lalek, będący odwzorowaniem jej własnego domu. W szafie z oliwnego drewna znalazło się 11 pomieszczeń, zarówno użytkowych, jak i reprezentacyjnych – namalowanie polichromii na ścianach salonu zlecono modnemu wówczas amsterdamskiemu artyście Frederikowi de Moucheron. Znajdziemy też makietę ogrodu z altaną i posągami oraz tzw. comptoir, czyli mały, wydzielony drewnianą obudową i przeznaczony do pracy kantor, wygospodarowany w większej izbie. W kuchni za niewielkimi drzwiami ukryto lawabo oraz ubikację. Zachowało się także 28 starannie wykonanych laleczek w pięknych strojach.

W holenderskich domkach, podobnie jak w norymberskich Dockenhäuser, ze względów estetycznych zmieniano układ i rzeczywisty ciąg pomieszczeń, wybierano również izby pasujące do osobistej wizji kolekcjonerek. To one jednak dają najbardziej wiarygodne świadectwo tego, jak żyli kiedyś Holendrzy, inaczej niż obrazy, którym zwykle nie można ufać. Dla badaczy dawnych wnętrz są one źródłem bezcennym. Wystrój i dekoracje historycznych pomieszczeń, a zwłaszcza kuchni, były przecież wielokrotnie zmieniane, pokoje przebudowywane, a stare meble zastępowano nowymi. W domkach, niczym w kapsule czasu, możemy je zobaczyć w oryginalnym kształcie i układzie, podobnie jak przedmioty, z których oryginalnych dużych wersji nie zachowała się ani jedna sztuka.

Kinder, Küche und Kirche

Reprezentacyjne, czyli niesłużące do zabawy, domki dla lalek długo cieszyły się popularnością. Znane było choćby lalkowe miasteczko Mon Plaisir tworzone w Arnstadt w latach 1690–1751 przez księżną Auguste Dorotheę von Braunschweig-Wolfenbüttel, która w ten sposób rekompensowała sobie nieudane życie osobiste. W XVII w. w angielskich pałacach pojawiły się naśladujące architekturę palladiańską baby houses z perfekcyjnie wykonanym wyposażeniem – najlepsze ich przykłady znajdziemy w Nostell i Uppark. W 1830 r. miniaturową wersję swojego luksusowego moskiewskiego apartamentu zaczął budować Paweł Wojnowicz Naszczokin, kolekcjoner, ekscentryk i przyjaciel Puszkina. Niestety, zamiłowanie do hazardu zmusiło go do zastawienia owego cudu, którego nigdy już nie odzyskał. Wśród miniatur, które przetrwały, zachował się np. fortepianik z klawiszami z kośćmi słoniowej, na którym da się grać drutami do robótek. W 1922 r. zakończono prace nad monumentalnym, zwieńczonym kopułą pałacem Tytanii, który dla swojej córki, a raczej wróżek, w które wierzyła, zamówił irlandzki arystokrata sir Nevile Rodwell Wilkinson – domek ten można dziś zobaczyć w duńskim zamku Egeskov. Najsłynniejszy domek dla lalek na świecie to jednak z całą pewnością znajdujący się na zamku w Windsorze Queen Mary’s Dolls’ House (1924), dar narodu dla królowej Marii Teck w podzięce za jej ofiarną postawę w czasie I wojny światowej. Wykonano go tak starannie, że oglądając zdjęcia jego wnętrz, ma się wrażenie podziwiania prawdziwej rezydencji. W piwnicy znajdują się zalakowane butelki z winem, toalety spłukiwane są wodą i wyposażone w rolki papieru toaletowego, a na stole w jadalni znajdziemy malusieńkie kieliszki, porcelanową zastawę i srebrne sztućce. Są też kwietny ogród, pełen limuzyn garaż, skarbiec z regaliami i bogata biblioteka z miniaturowymi książkami napisanymi specjalnie na tę okazję. O elektrycznym oświetleniu chyba nie muszę wspominać. Warto też nadmienić o domku Carrie Stettheimer, członkini nowojorskiej bohemy artystycznej międzywojnia (Museum of the City of New York). Zdobią go m.in. miniaturowe wersje obrazów namalowane przez samych artystów, np. Akt schodzący po schodach nr 2 Marcela Duchampa.

Domek dla lalek Amy Miles, Anglia, ok. 1890. 119,5 × 135 × 44,5 cm. Young Victoria & Albert Museum, Londyn
Domek dla lalek Amy Miles, Anglia, ok. 1890. 119,5 × 135 × 44,5 cm. Young Victoria & Albert Museum, Londyn

W wieku XIX i XX, gdy domki stały się zabawkami dla dziewczynek mającymi wdrażać je do obowiązków przyszłych żon, matek i gospodyń, rozmiary tych budowli znacznie się zmniejszyły – miały bowiem stać w dziecięcym pokoju, a nie w pałacowej sali. Pojawiły się też tysiące ich typów – miejskie kamienice, szeregowe domy, wille, zagrody chłopskie, gotyckie zamki, mauretańskie pałacyki, herbaciarnie, zajazdy, domostwa o konstrukcji szachulcowej, bloki mieszkalne i modernistyczne budowle w stylu Bauhausu. Upowszechniły się również tzw. lalczyne izby, składające się z jednego lub dwóch pomieszczeń. Najczęściej spotykano kuchnie połączone z salonikami lub pokojami dziecięcymi oraz sklepy. Wraz z poprawą warunków życiowych klas średnich w domkach zagościły łazienki, garaże, a nawet baseny. Ciekawym przykładem takiego cywilizacyjnego postępu jest domek Amy Miles z ok. 1890 r. (il. 4), gdzie widzimy zlew z bieżącą wodą, prysznic, piec do grzania wody w łazience, maszynę do czyszczenia dywanów, telefon i rower, na którym Angielki dopiero zaczynały nieśmiało jeździć. Zwróćmy też uwagę na stojący w pokoju dziecinnym czerwony budynek – to domek dla lalek w domku dla lalek! Miles zabrała się do urządzania, mając 30 lat – w ten sposób chciała przypomnieć sobie szczęśliwe dzieciństwo w północnym Londynie.

Gerrit Rietveld, domek dla lalek dzieci rodziny Jesse, Holandia, 1952. 61 × 61 × 91,5 cm. Brooklyn Museum, Nowy Jork
Gerrit Rietveld, domek dla lalek dzieci rodziny Jesse, Holandia, 1952. 61 × 61 × 91,5 cm. Brooklyn Museum, Nowy Jork

Były też kościoły dla lalek (z ołtarzami, konfesjonałami i kompletami paramentów liturgicznych), domy towarowe, a w czasie I wojny produkowano w Anglii malutkie polowe szpitale, mające wzbudzić patriotyzm i współczucie dla walczących na froncie. Liczba domkowych form i wariantów oszałamia. Mogły mieć od dwóch do kilkunastu izb, być parterowe lub wielopiętrowe, a wnętrza kryły się za otwieranymi fasadami lub miały otwarty dostęp z przodu, z tyłu albo z boków. Czasem na górze umieszczano salon, a na dole sklep. Produkcją gotowych wyrobów zajmowały się wyspecjalizowane zakłady rzemieślnicze, a potem fabryki – w Niemczech na rynku dominowała firma Moritza Gottschalka, w Anglii potentatami byli Linen Bros. Zdarzało się jednak, że dziewczynki dostawały prezenty zamówione specjalnie dla nich lub zrobione przez zręcznego członka rodziny. Wyjątkowo lubię domek wybitnego holenderskiego architekta i projektanta Gerrita Thomasa Rietvelda (il. 5), członka ugrupowania De Stijl. Gdy podczas okupacji jego dzieła zostały uznane za sztukę zdegenerowaną, a zlecenia przestały napływać, artystą zaopiekowali się przyjaciele, Margreet i Nico Jesse. W 1952 r. wdzięczny Rietveld zaprojektował dla czwórki ich dzieci ultranowoczesny domek dla lalek, wyposażony w miniaturowe wersje mebli jego autorstwa, w tym słynne krzesło Zig-Zag.

Nieustanne zmiany

Niewiele domków przetrwało w swej oryginalnej, pierwotnej formie. Poza najdroższymi, reprezentacyjnymi obiektami, nad których integralnością zwykle czuwały kolejne pokolenia spadkobierców, niemal wszystkie zabawki nieustannie zmieniano. Malowano ściany, wymieniano mebelki i sprzęty, ginęły laleczki, a czasem sami właściciele i właścicielki doprowadzali swoje malutkie domostwa do ruiny. Wiem coś o tym – z dwóch domków, które miałem jako dziecko, nie ostała się nawet drzazga. O ile dobrze pamiętam, jeden był kupioną w Cepelii ludową izbą, a drugi kartonową prowizorką, w żadnym zaś nie było lalek. Nie o zabawę w dom bowiem chodziło, tylko o pasje, które nazwałbym teraz zamiłowaniem do scenografii i interior designu. Dziś największą czułość budzą we mnie domki stare i zniszczone, ogołocone z wyposażenia, królestwa patyny z resztkami sztukaterii i tapet. Kojarzą mi się one nieodmiennie z odrealnionymi, pozbawionymi życia elegijnymi „przestrzeniami zmuzealizowanymi”, malowanymi przez Łukasza Stokłosę.

Posiadanie domku dla lalek to nigdy niekończąca się praca przypominająca tworzenie własnego domu i budząca podobne ekscytacje. Przedmioty wędrują po pokojach w poszukiwaniu swoich miejsc idealnych, wciąż szuka się rzeczy ładniejszych i lepiej pasujących, aranżuje i eksperymentuje. Wie coś o tym moja przyjaciółka, Izabella Sariusz-Skąpska, redaktorka zewnętrzna wydanej przeze mnie domkowej monografii, posiadaczka ośmiu malutkich domostw (w tym dwóch z kotami!), żartująca zresztą, że pisząc książkę, sprowadziłem ją na złą drogę. Z kolei Joanna Jabłońska, znajoma historyczka sztuki z Torunia, swoje olśniewające miniaturowe światy woli budować od podstaw i wszystko robi sama, od stropów i dachówek po maleńkie sztalugi i szkice. Wydawało mi się, że o domkach i ich historii wiem już całkiem sporo, ale kiedy sprawiłem sobie swoje, okazało się, że był to tylko trening „na sucho”. Dopiero gdy zacząłem je urządzać jako dojrzały facet, mogłem spróbować wniknąć w emocje dorosłych kobiet, które kiedyś poświęciły im życie.

Jako pierwsze trafiły do mnie trzy holenderskie domki dla lalek dla… chłopców, bo i takie istniały. Były to modele portowych składów towarów, pod które przyszli kupcy mogli podjechać drewnianym wozami zaprzęg­niętymi w koniki, przy pomocy laleczek robotników wyładowywać worki i skrzynie, wciągać je na hakach, a potem odsprzedawać dobra koledze z sąsiedniej kamienicy, wymieniać się nimi, no i oczywiście prowadzić księgowość. Dydaktyczny charakter tych zabawek był bezsprzeczny i miał na celu obudzenie w młodych kapitalistach żyłki do interesów. Pierwszy z domków, datowany na ok. 1860 r., zasiedliły ludziki płci męskiej z serii Playmobil Rijksmuseum, a na kondygnacjach powstała m.in. pracownia Rembrandta malującego właśnie Wymarsz strzelców czy zakamarki rezydencji sportretowanych przez van Rijna amsterdamskich miliarderów, Maertena Soolmansa i Oopjen Coppit. Dziwnym trafem Maertena odwiedza żyjący 300 lat później Vincent van Gogh. Wprawdzie nad wejściem głównym widnieje napis De Nijverheid (Przedsiębiorczość), jednak charakter wnętrz lepiej podsumowuje fraza: „Sex & Drugs & Rock & Roll”, a domek ten pokazuję jedynie wybranym gościom.

Skład towarów – zabawka dla chłopców, Holandia, ok. 1890. 86 × 49 × 33 cm. Fot. własność autora
Skład towarów – zabawka dla chłopców, Holandia, ok. 1890. 86 × 49 × 33 cm. Fot. własność autora

Drugi magazyn, pochodzący z końca XIX w., jest ciekawszy, staranniej dopracowany pod względem architektonicznym i odwzorowuje najprawdopodobniej prawdziwy budynek, który stał lub wciąż stoi gdzieś w Holandii (il. 6). Kupiłem go ze względu na strome, zakurzone i omotane pajęczynami klatki schodowe. Początkowo miały w nim zamieszkać wampiry, ostatecznie jednak służy parom miśków (Playmobil, seria LGBT – bears), prowadzącym przykładne, zgodne życie – pijącym poranną kawę w staroświeckiej kuchni, udającym się na spoczynek w sypialni, zażywającym kąpieli w wyłożonej holenderskimi płytkami łazience czy przyjmującym gratulacje z okazji ślubu. Zarzekałem się potem święcie, że na żaden inny domek już nie spojrzę, lecz gdy w Amsterdamie, w prowadzonym przez Claartje antykwariacie ze starymi zabawkami, ujrzałem drewniany „dziewczyński” domeczek typu chalet, wykonany we Fryzji ok. 1850 r. (il. 1) – złamałem się. Na piętrze znajdował się mieszczański salonik o szarobłękitnych ścianach, urządzony przez Claartje niemieckimi mebelkami z przełomu wieków, zaś na parterze sklep pełen miniatur produktów spożywczych, oryginalnych puszek, papieru na podpałkę i dziesiątków innych wspaniałości. Malatura podłogi odwzorowywała układ barwnych ceramicznych posadzek w starych domach. Domek ten, doposażony prezentami od przyjaciół, własnymi pracami i drobiazgami z szuflad, towarzyszył potem wystawie obrazów Katarzyny Karpowicz Niebieski sen (2025), na których Kasia przedstawiła również kilka takich zabawek.

Idealne światy?

Gdy instalowałem oświetlenie, sklejałem z listewek angielski zegar stojący, robiłem ramy do obrazów na ściany i malutkie ręczniki, szyłem zasłony, slingi i harnessy, czułem, że wchodzę w rolę urządzającego świat demiurga. W swoistym perfekcjonizmie chciałem (na swój sposób) dorównać swoim poprzedniczkom – Petronellom, Sarze, Auguście. Dokładnie wiedziałem, jaki efekt chciałem osiągnąć, ba, nawet zastanawiałem się, czy nie tworzę w ten sposób alternatywnego, zastępczego domu dla siebie. Czy to czasem nie ja chciałem być tym siedzącym przy stole rudobrodym miśkiem w pomarańczowym norweskim sweterku? Wrażenie spotęgowało się, gdy przyszedł czas na osiedlanie mieszkańców – łączyłem ich w pary, nadawałem im tożsamości i charaktery, przypisywałem im role albo nawet erotyczne fantazje. Brałem ich losy w swoje ręce, tak jakbym reżyserował spektakl albo pisał powieść. Sprawowałem nad moimi istotkami władzę tak absolutną, że chwilami czułem się wręcz niezręcznie.

Myślałem wtedy często o Vivien Greene, byłej żonie Grahama, znanego angielskiego powieściopisarza. Jej dzieciństwo było smutne i samotne, ojciec zdradził matkę i opuścił rodzinę, jej zaś kazano napisać do niego pożegnalny list i zerwać kontakty. Historia miała się powtórzyć: Greene zostawił ją z dwojgiem dzieci dla młodszej kobiety. Kiedy ich londyński dom został zbombardowany, Vivien kupiła na aukcji XVIII-wieczny domek dla lalek i zaczęła go restaurować. Wkrótce pojawiły się kolejne, a gdy kolekcja liczyła 50 cennych eksponatów, otworzono w Oxfordzie prywatne, nieistniejące już muzeum. Greene szybko stała się najbardziej cenioną ekspertką w tej dziedzinie – wydała też dwie pionierskie i wciąż aktualne monografie. Nie była przy tym wyjątkiem: w biografiach wielu osób, które z domków dla lalek uczyniły swój życiowy cel, znajdziemy dramatyczne napięcia, samotność, niespełnienie, trudne dzieciństwo lub nieudane życie osobiste. Można by spytać, czy aranżowanie miniaturowego domostwa nie bywa czasem formą autoterapii albo eskapizmu, ucieczką od rzeczywistości i próbą stworzenia alternatywnego, lepszego świata rekompensującego życiowe porażki. Jest on uporządkowany, bezpieczny i przewidywalny, zależny tylko od nas i nie grozi katastrofą. Nie umiera w nim dziecko, nikt nie choruje, mąż nie odchodzi do innej kobiety, ukochany wybiera właśnie nas, a przyjaźnie trwają. W domku zyskujemy pozór kontroli nad życiem, panujemy nad chaosem i ujarzmiamy mrok.

Rozczarowanie

Wydaniu którejś już tam z kolei książki przestają towarzyszyć wielkie emocje, które zawsze przeżywa się przy pierwszych. Po prostu sprawdza się, czy wszystko w porządku, i stawia egzemplarz na półce z poczuciem spełnionego obowiązku. Tym razem było jednak inaczej. Na monografię o domkach, wymarzoną i wymyśloną w każdym calu, czekałem niecierpliwie pełen nadziei i niepokoju. Niestety, wizja idealnej publikacji zderzyła się z niedoskonałą rzeczywistością. Różowa okładka nie miała nic wspólnego z eleganckim bledziusieńkim pudrowym różem, którego nie powstydziłaby się angielska księżniczka, a z estetyczno-genderowej prowokacji wyszedł zamtuz Barbie. Ilustracje, w tym przypadku często ważniejsze od samego tekstu, były nieczytelne i ciemne, pozbawione szczegółów i głębi. Mój prezent dla Agnieszki i Barry’ego wyglądał strasznie. Oj, bolało to długo; zresztą wciąż boli – gdy mniej więcej co miesiąc dostaję mail od kogoś poszukującego książki (czytelnicy sądzą zapewne, że autor prowadzi księgarnię lub zachomikował sobie setki egzemplarzy), odpisuję w emocjach: „Nakład jest na szczęście od dawna wyczerpany – i bardzo dobrze!!!”. Odpowiedź godna niepoprawnego, nieuleczalnego perfekcjonisty.

***

Gdy siedzieliśmy z Agnieszką przy kawie, ni stąd, ni zowąd doznałem objawienia: „Wiesz, przecież ja mogłem wtedy umrzeć”. – „Piotrek, tego się nie bałam, umrzeć jest bardzo łatwo” – powiedziała Przyjaciółka, skądinąd lekarka. – „Byłam przerażona, że możesz już nie wyjść z demencji i stać się na zawsze własnym cieniem”. – „A ja napisałem książkę” – zadumałem się. – „No właśnie, napisałeś książkę…”. Być może nawet napiszę ją jeszcze kiedyś na nowo i wydam ciekawszą, większą, ładniejszą, z dobrymi ilustracjami i z tym idealnym różem na okładce. O domkach dla lalek można przecież nieustannie.


Korzystałem m. in. z:  V. Greene, English Dolls’ Houses of the 18th and 19th Centuries, New York 1979; C.E. King, The Collector’s History of Dolls’ Houses. Doll’s House Dolls and Miniatures, London 1983; J. Pijzel-Dommisse, Het Hollandse Pronkpoppenhuis: Interieur en huishouden in de 17de en 18de eeuw, Amsterdam 2000; H. Müller, Ein Idealhaushalt im Miniaturformat. Die Nürnberger Puppenhäuser des 17. Jahrhunderts, Nürnberg 2006.

Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka uważnego podróżowania