Wszystkim osobom, które zetknęły się z polskim systemem szkolnictwa muzycznego, hasło „kształcenie słuchu” kojarzyć się musi z nauką solfeża oraz rozpoznawaniem na ucho akordów i interwałów. Reszta społeczeństwa, czyli przytłaczająca większość Polaków, na wzmiankę o nauce słyszenia odruchowo odpowiada: „Słoń mi na ucho nadepnął”. Nie o taką naukę, nie o takie dźwięki i nie o taki słuch tym razem chodzi. Gdy mówimy o kulturze w odniesieniu do dźwięku, w pierwszym momencie przychodzi nam na myśl muzyka, najczęściej ta klasyczna, zamknięta w sztywnych ramach systemu dur-moll i stroju równomiernie temperowanego. Od dzieciństwa tresują nas do tego przemysł fonograficzny, radio, telewizja, szkoła, filharmonie, domy kultury. Muzyka współczesna, która wykracza poza te wyuczone schematy, budzi z kolei – poniekąd zrozumiałą – niechęć, jest bowiem obca, „nienaturalna”, niezrozumiała. Stop. W tym miejscu sugeruję, abyśmy zrobili trzy kroki wstecz.
Kultura dźwięku nie ogranicza się bowiem w żadnym wypadku do…