Subskrybuj
B. F. van Berckenrode, Plan Amsterdamu (fragment), fot. Rijksmuseum
Prof. dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Anglista i polonista przekwalifikowany na niderlandystę i historyka sztuki. Znawca dawnej kultury holenderskiej, tłumacz literatury niderlandzkiej, zbieracz fajansów, książek i rupieci. Opublikował 25 książek (w tym 10...

Torebka Elli

W 1625 r. powstała pierwsza tak szczegółowa mapa Amsterdamu. Nawet nie próbuję się zastanawiać, jak ją zrobiono, bez fotografii lotniczej i dronów. Odwzorowano wszystko: fasady, każdy zaułek, podwórze, śmietnisko czy rosnące przy kanale drzewo. Co ja bym dał za takie cudo!

Po śmierci Eli, z którą przeżyłem trzydzieści dziewięć lat, gdy odeszli goście z pogrzebu, zostałem sam.
Położyłem się i nie wstałem przez parę dni. Przyszedł lekarz, który opiekował się Elą, i zapytał:
– Chcesz umrzeć?
– Tak, nie mam po co żyć.

Andrzej Banach, Spotkania

Skąd mi się wzięła ta Holandia? Tak jak zdecydowana większość rzeczy w moim życiu wzięła się z książek. W 1993 r. Mama włożyła dla mnie pod choinkę niewielki tomik, Martwą naturę z wędzidłem Herberta. Eseje te pokazały wówczas licealiście fascynujący, „osobny” i nieomal egzotyczny świat Kraju Nizin. Wszystkie swoje pierwsze teksty o Holandii pisałem „z Herbertem w głowie” i pod jego przemożnym wpływem, ale z czasem zawierzenie i zachwyt ustąpiły rozczarowaniu i buntowi. Kiedy coraz więcej czytałem o holenderskiej kulturze i sztuce, poznawałem język i literaturę, wciąż wypominałem autorowi błędy (a tych było multum) i irytowałem się.

W końcu jednak przyszło pogodzenie: zdałem sobie bowiem sprawę, że Martwą naturę… należy czytać jako artystyczny manifest Herberta i książkę o nim samym, który ukrywa się za obrazami, rozumieć jako wielką metaforę codzienności, czytać w kontekście światopoglądu poety, jego wyborów etycznych (sztuki, która godzi człowieka z rzeczywistością) i estetycznych (wiary w sztukę mimetyczną).

Innymi słowy, osobistą wizję świata i kultury, a przy tym fantazmat zakładnika mieszczańskich „wysp szczęśliwych” oddalonych od PRL-owskiej rzeczywistości.

Drugą książkę wyciągnąłem z biblioteki Mamy prawie w ostatniej chwili przed wyjazdem. Było to Odkrycie Amsterdamu Elli (Eli) i Andrzeja Banachów. Jechałem wtedy z przyjaciółmi do Krynicy na sylwestra, który okazał się prawdziwą studencką balangą. W Nowy Rok siedziałem pośród tysięcy roślin w ciepłej, przeszklonej pijalni głównej przy deptaku; na zewnątrz trzaskał mróz, padał śnieg i zapadał zmierzch, a ja leczyłem lekkiego kaca i czytałem. Tak samo jak w przypadku Herberta miałem wrażenie obcowania z jakimś paradoksem, z krajem tak dziwnym, że nie ma wręcz prawa istnieć. Musiałem to sprawdzić – już w lipcu znalazłem się w Holandii.

Moje pierwsze kroki w kraju były stąpaniem śladami Herberta i Banachów. Ileż ja się nachodziłem, żeby znaleźć ten ich ulubiony hotelik przy kanale Singel (teraz już wiem, to nie Singel, ale Prins Hendrikkade, budynek pod numerem jeden) z widokiem na dom, który zdobi luterańska inskrypcja God is myn burg (Bóg jest mą twierdzą). Ella i Andrzej Banachowie byli zresztą moimi mistrzami znacznie wcześniej. W krakowskich antykwariatach czy na ówczesnej niedzielnej giełdzie bukinistycznej pod Halą Targową wyszukiwałem ich słynne maleńkie książeczki, np. Podróż na Sycylię…, Pismo i obraz czy Portret wzorowego mężczyzny. Tanie nie były, tomiki te uznawano przecież za vademeca inteligencji PRL-u. To Banachowie – krytycy, podróżnicy, kolekcjonerzy dzieł sztuki i wyrafinowani esteci, byli wtedy naszymi przewodnikami po kulturze europejskiej. Kilka lat temu zajrzałem do internetu i za jakieś śmieszne grosze skompletowałem sobie wreszcie wszystkie „banachiana”, ponad 40 pozycji. A potem przeżyłem szok – tego się już nie dało czytać, to były ramotki, urocze wprawdzie, ale jednak. W książeczkach Banachów niczym w krzywym zwierciadle odbijały się teraz nasze dawne (a może i obecne?) niedostatki i kompleksy. Pewny siebie światowiec i erudyta okazywał się sympatycznym polskim prowincjuszem, zaopatrzonym w wiedzę zaczerpniętą z zagranicznych encyklopedii i przewodników turystycznych. Imponował nam skosztowaniem na Zachodzie filiżanki kawy („można wypić ekspresa przy Kalverstraat”) lub wręcz aperitifu, kupieniem w antykwariacie taniutkiej ryciny czy pojechaniem tramwajem z Hagi do Delft. Król życia. W 1982 r. moi rodzice przemierzali Oslo na piechotę, wysupływali odliczone pieniądze na muzealne wstępy i nie dojadali, żeby przywieźć mnie i bratu po symbolicznym podarku z wakacji.

Czytane na nowo Odkrycie Amsterdamu okazało się jednak książką o czymś zupełnie innym, niż wpierw myślałem. Po pierwsze, rzeczą o doświadczeniu (o tym za chwilę), po drugie, jedną z najpiękniejszych polskich opowieści o miłości. Andrzej Banach, syn krakowskiego prawnika, i Ella Goldberg, poliglotka, poznali się ok. 1935 r. Ślub wzięli już po wybuchu wojny. Ella ukrywała się na aryjskich papierach, ale że miała wygląd orientalnej piękności, raz po raz zjawiali się szmalcownicy. Andrzej współdzielił los żony, chronił ją, razem uciekali z miasta do miasta. Miłość taka jak ich trafia się chyba tylko raz na kilka milionów. Większości ludzi nie trafia się nigdy. Miłość oparta na czułości i szacunku, niemal identycznym przeżywaniu świata, wspólnych zainteresowaniach i podobnych intelektualnych pasjach. Odkrycie Amsterdamu jest relacją z kilku podróży do Holandii, w tym tej ostatniej, wciąż we dwoje, w 1972 r. Nie wiedzą, a raczej nie chcą wiedzieć, że Ella jest już chora na raka, Andrzej zauważa jednak, że źle się czuje, poleguje na łóżku i szybko się męczy. W pewnym momencie Ella prosi męża, żeby w przyszłości nie przepisywał swoich notatek wprost do książek, ale po prostu swobodnie opowiadał o tym, co widział. Tak będzie lepiej. Jemu wtedy przychodzi do głowy, by wziąć z jej ręki torebkę, i dziwi się, jak bardzo jest ciężka. Ella od lat nosi w niej tomy i foldery, bruliony i szkicowniki. Andrzej trzyma torebkę i czule gładzi żonę po ręce. W tym delikatnym, nieśmiałym geście jest wszystko.

Amsterdam Banachów dociera do nas mocą wszystkich zmysłów. Liczymy okna w budynkach, dzielimy się z wróblami ciastem, dotykamy fasad z pomalowanej na czarno cegły. Punktem wyjścia do pokazania dziejów miasta stają się impulsy: odwiedziny w antykwariacie ze starymi sztychami, wizyty w muzeach czy grzebanie na pchlim targu przy Waterlooplein. To nie tylko historia, to także (a może przede wszystkim) teraźniejszość, ówczesność przyszpilona niczym preparat pod szkłem. Są tam galerie sztuki współczesnej, barwni hipisi, waleczni provosi, amatorzy haszyszu, heroiny i LSD (jeszcze nie wiadomo, jak to się skończy…). No i prostytutki, nudyści, ogłoszenia erotyczne (sado-maso!) oraz pornografia – te rozdziały czytelnicy z przaśnego kraju nad Wisłą musieli sobie chyba przyswajać z wypiekami na twarzach.

Zbigniew Herbert, kulturalny kokiet, besserwisser i snob, łaskawie zaprasza nas w podróż po kraju, którego nigdy nie było. Banachowie zabierają nas do kraju, którego nie ma już od dawna.

Kiedy idę ich śladem, raz po raz muszę korygować widok przed oczami. Na Waterlooplein nie było wtedy Stopery, tego dziwacznego połączenia ratusza z operą. Na targu faktycznie trafiały się antyczne cuda, a nie tandeta z Chin. Przy Amsteli działało jeszcze Muzeum Tabakologiczne Niemeyera. Nie było też tych szkaradnych plomb z żelbetonu, którymi w latach 70. i 80. oszpecono miasto. Powiem więcej: w książce Banachów wyraźnie widać, że dawne miasto właśnie odchodzi. To czas, w którym pod budowę linii metra burzy się zabytkową dzielnicę żydowską – już za chwilę zacznie się nowoczesność.

Prób uchwycenia dawnego Amsterdamu jest wiele. Bardzo lubię to, co zrobił Simon Schama w książce o oczach Rembrandta (Rembrandt’s Eyes, 1999). W pięciu podrozdziałach Schama przedstawił XVII-wieczne miasto według zmysłów. Węch to solone śledzie i wędzone węgorze, wodorosty i omułki, stosy schnącego drewna, śmierdzące kanały, cuchnące latryny i wykwity moczu, kostnice zapełnione w czasie epidemii, a także wonny cynamon, goździki i gałka muszkatołowa. Prócz tego mydło i żrący ług.

Słuch reprezentują coraz liczniejsze zegary, dzwony oraz karyliony rozsyłające melodie z najwyższych wież, trzeszczenie masztów i łopot żagli, organowe wyczyny Jana Pieterszoona Sweelincka, czułe pieśni biegnące z okien młodych patrycjuszek oraz muzyka zupełnie inna: chrzęst pił, stukot dłut, staccato młotków, świsty tarcz szlifujących kosztowne diamenty. A przede wszystkim języki świata, którymi rozbrzmiewają ulice portowego Babel.

Smakować to kosztować rozmoczony w piwie żytni chleb, zajadać się dziką cykorią, rzepą, pić kandeel, napój z najszlachetniejszych przypraw, cukru i wina. Spożywać importowane pomarańcze, delikatne poziomki i słodkie ciasta, zajadać szparagi polane świeżutkim masłem, a wszystko to zapijać tłustym mlekiem, gorzkawym piwem i palonym winem (brandwijn, czyli brandy, to przecież holenderski wynalazek).

Dotyk oznacza ostrzenie halabard i noży, ból, który zadaje skalpel chirurga, mięciutki, sprowadzony ze Wschodu papier, śliski szelest jedwabiu i ogrzewającą wilgotne łóżko gorącą szkandelę. A potem dotyk ust na szyi wyzwolonej z koronkowej kryzy lub wręcz rytmiczne ruchy palców sprzedajnej dziewczyny w spodniach żołnierza.

Na koniec wzrok. Tu już mamy wszystko. Jaszczury w szklanych słojach, zamorskie zwierzęta, soczewki Antoniego van Leeuwenhoeka, ryciny, barwne kobierce, światło załamujące się w kryształowych pokalach. Tak wymieniać można bez końca.

Gdybym ja miał spróbować pokazać, czym jest dla mnie XVII-wieczny Amsterdam, wybrałbym jego plan.

W 1625 r. Balthasar Floriszoon van Berckenrode, wybitny niderlandzki kartograf, sporządził szczegółową mapę miasta. Nawet nie próbuję się zastanawiać, jak to zrobiono, bez fotografii lotniczej i dronów. Chyba pomocnicy siedzieli z lunetami na kościelnych wieżach, dachach co wyższych kamienic i szkicowali. Odwzorowano wszystko: fasady, każdy zaułek, podwórze, śmietnisko czy rosnące przy kanale drzewo. Całość składa się z dziewięciu arkuszy i liczy łącznie 138 na 162 cm. Co ja bym dał za takie cudo! Parę lat temu późniejsze wydanie poszło w londyńskim Sotheby’s za 73 tys. funtów.

Mapa van Berckenrodego rejestruje ważny moment, przekształcanie się niewielkiego miasta w stolicę świata. Amsterdam był pierwotnie rybacką wioską założoną wokół tamy (dam) na rzece Amsteli, tuż przy jej ujściu do IJ. Wioska przekształciła się w miasteczko, a potem w miasto, nazwa zaś zmieniała się w ciągu stuleci: Amstellodamme, Amsteldam, wreszcie Amsterdam. W 1570 r. żyło tam zaledwie ok. 30 tys. ludzi, ale w 1640 aż 140 tys.! To nie koniec, u schyłku XVII w. liczba mieszkańców wzrosła jeszcze bardziej, do 235 tys., co uczyniło Amsterdam największym miastem ówczesnego świata. Pierwszą przyczyną owego rozwoju było oczywiście antyhabsburskie powstanie i jego konsekwencje, emigracja 80 tys. osób z Niderlandów Południowych na północ. Osób nie byle jakich, byli to bowiem bankierzy, kupcy, drukarze, intelektualiści i uczeni, protestanccy teolodzy, malarze i literaci, wykwalifikowani rzemieślnicy, lekarze i ogrodnicy (to mniej więcej tak, jakby wszystkie polskie elity nagle przeniosły się na Słowację). Emigranci przywieźli ze sobą nie tylko pieniądze, ale również wiedzę i kontakty. A potem kolejne fale przybyszów, z Niemiec, Skandynawii, Francji, Rzeczypospolitej, z zamorskich kolonii. Jeśli ktoś w XVII w. używał słowa metropolis, miał na myśli wyłącznie Amsterdam.

Już w 1609 r. trzeba było podjąć decyzję co do rozbudowy miasta, które zwyczajnie się dusiło. Gwałtownie przybyło też bogatych patrycjuszy, który szukali wytwornych siedzib, z dala od siedlisk plebsu i skupisk przemysłu. Narodziła się idea miasta stworzonego wokół koncentrycznych kanałów. Wygląda to mniej więcej tak. Na północy wielki port. Pośrodku dawne centrum, z Amstelą i jej odnogami, oraz kilka dawnych kanałów, w tym zachodni i zewnętrzny zwany Pierścienistym (Singel). Wokół niego pobiegną teraz trzy kanały wielkie: Panów (Herengracht), Cesarski (Keizersgracht) i Książęcy (Prinsengracht). Do tego boczny Kanał Lejdejski (mój ukochany), wciśnięta na zachodzie rzemieślnicza dzielnica Jordaan, wiatraki, tysiące mostów, prywatne ogrody, z rzadka magazyny i spichrze, wszechobecne oficyny i ulice łączące wodne szlaki. Takie przedsięwzięcie było nie do wykonania za jednym zamachem, nowe miasto powstawało więc etapami, a wręcz po kawałku, przez dwa stulecia. Zaczęto od północnego zachodu. Przesuwano fortyfikacje, drążono wielkie rowy, przygotowywano działki na sprzedaż, a gdy ruszała budowa domów, zabierano się za kolejny fragment. Miasto rozrastało się na kształt półksiężyca, tyle że jego ostatni, północno-wschodni róg został domknięty dopiero w XX w.

Amsterdam leży na bagnach. Kiedy kopie się fundamenty pod nową budowlę, pompy muszą nieustannie pracować; inaczej na drugi dzień okaże się, że z dziury w ziemi powstało przez noc jeziorko. Budynki trzeba więc stawiać na palach, kiedyś drewnianych. W XVII w. pochodziły one głównie z polskich i litewskich puszcz. Aby dom się nie zawalił, pal musiał mieć przynajmniej 12 m, a do wbicia go w grunt potrzebowano czternastu chłopa. Na jeden dom zaś potrzebowano zwykle od 60 do 120 pali (choć nowy ratusz wymagał ich prawie 14 tys.). To przez nie miasto nieustannie porusza się i pracuje. Gdy tylko zmienia się poziom wody w gruncie, górne części pali wysychają, a nawet, w kontakcie z powietrzem, zaczynają gnić. Dom nachyla się wtedy wdzięcznie nad ulicą.

Dawne amsterdamskie kamienice zachwycają różnorodnością fasad. Najstarsze są proste, ceglane, ze szczytami o trójkątnym kształcie. Średniowieczną tradycję długo kontynuują szczyty przypominające schodki. Od ok. 1630 r. domy stają się coraz bardziej wyrafinowane, ale nadal po protestancku oszczędne i proste. Pojawiają się szczyty z „szyjami”, najwyższymi partiami budynku ostro wystrzelającymi w górę. Jeśli po bokach szyi dodać woluty, powstanie tzw. dzwon. To chyba mój ulubiony typ. Białe kamienne woluty i stiuki nałożone na fasady sprawiają wrażenie, jakby ktoś ubrał domy w peruki albo przybrał je szczodrą porcją bitej śmietany. W XVIII w. wraca prostota; elegancka rezydencja ma mieć u góry równy gzyms – i nic więcej.

Amsterdam to jedyne chyba miasto na świecie, w którym tak gęsto od kłamczuchów. Kłamczuch (leugenaar) oznacza architektoniczny trik mający na celu poprawę proporcji budynku lub sprawienie, by ten wyglądał na większy i droższy. Dodawano więc fałszywe górne kondygnacje, za którymi nie było pokoi, czy wprawiano okna nieistniejących pomieszczeń. Tropienie kłamczuchów to jedna z moich ulubionych rozrywek, gdy chodzę nad kanałami.

Daj mi Amsterdam mój,
Co ładniejszy niż Paryż,
Daj mi Amsterdam mój,
Me Mokum[1] i mój raj,
Daj mi Amsterdam mój,
Z nurtem Amsteli i IJ,
Bo w Mokum jestem bogaty,
I szczęście też tam mam.

 

– śpiewał niegdyś holenderski wokalista Johnny Jordaan. Czy trzeba coś dodać?

 

Postscriptum. Andrzej Banach umrze w 1990 r. w Amsterdamie.

[1] Mokum – bezpieczne miejsce, przystań. Tym słowem, zapożyczonym z jidysz, rodowici amsterdamczycy nazywają swoje miasto.

Artykuł pojawił się w numerze: Przystanek: miasto