Subskrybuj
J. Marrel, Maria Sibylla Merian, 1679 r., fragment
Prof. dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Anglista i polonista przekwalifikowany na niderlandystę i historyka sztuki. Znawca dawnej kultury holenderskiej, tłumacz literatury niderlandzkiej, zbieracz fajansów, książek i rupieci. Opublikował 25 książek (w tym 10...

Przemiany gąsienicy

Kiedy Maria Sibylla miała 13 lat, zdarzyło się coś, co na zawsze odmieniło jej losy – dostała w prezencie kilka białych gąsieniczek jedwabników. Gąsienicom i motylom poświęci życie – będzie je hodować, malować akwarelami, obserwować pod lupą, wreszcie publikować prace naukowe na ich temat. Zostanie pierwszą entomolożką.

Moje spotkanie z  Marią Sibyllą Merian zaczęło się od jej ojca, wybitnego niemieckiego rytownika, osiadłego we Frankfurcie nad Menem bazylejczyka, Matthäusa Meriana starszego. Czego on to nie zrobił? Wraz z geografem Martinem Zeillerem przyczynił się do powstania liczącego 21 tomów monumentalnego dzieła Topographia Germaniae zawierającego ponad 2 tys. planów i wedut; stworzył Theatrum Europaeum – kronikę dziejów Europy; sztychował ryciny do niezliczonych książek. W latach 1625–1627 opublikował Icones Biblicae…, swoistą Biblię w obrazach, w której 233 rycinom przedstawiającym sceny ze Starego i Nowego Testamentu towarzyszyły krótkie wierszowane opisy po łacinie, niemiecku i francusku. Sztychy Meriana były później wielokrotnie opracowywane przez rytowników holenderskich, na których pracach następnie wzorowali się malarze płytek ściennych.

Tak więc naprawdę wszystko rozpoczęło się od holenderskich fliz biblijnych. Kiedy zacząłem się nimi interesować, pisać o nich, zbierać je i poznawać podobnych mi maniaków z Kraju Nizin, okazało się, że u wszystkich tych, którzy liczyli się w kolekcjonerskim świecie, wisiała na ścianie oprawiona płyta miedziorytnicza Meriana.

Wypełniona nimi XVII-wieczna skrzynia nieoczekiwanie pojawiła się w 1971 r. w antykwariacie w Düsseldorfie. Wpierw złożono ofertę kupna Rijksmuseum, ponieważ jednak nie było zainteresowane, większość miedzianych dzieł sztuki stopniowo nabyli zbieracze holenderskich płytek. Musiałem coś takiego oczywiście jakimś cudem zdobyć. Kilka sztuk miał Klaus, profesor z Heidelbergu, do którego napisałem w grudniu 2014 r.

Klaus-ateista zrugał mnie wpierw strasznie, ponieważ w pierwszym e-mailu złożyłem mu nieopatrznie życzenia „wesołych świąt”. Nie robię tego nigdy, ale założyłem, że tak będzie lepiej w Badenii-Wirtembergii, gdzie ludzie bywają „brutal katholisch”. Dla usprawiedliwienia hipokryzji i konformizmu powiem tylko, że bardzo mi na tej płycie zależało. A potem Klaus kazał mi kupić bilet i przylecieć do niego na negocjacje. W przeddzień wylotu Mama (rocznik 1944), z typową dla swojego pokolenia traumą, ironicznie rzuciła: „Zapytaj się go, co podczas wojny robili jego rodzice”. Wyjaśniło się to zresztą natychmiast. Ojciec był komunistą i siedział w obozie koncentracyjnym, a matka, artystka, podretuszowała rodzinne akty urodzenia tak zręcznie, że Abraham stał się Arnoldem. Klaus okazał się autoironicznym, zdystansowanym libertynem i pozbawionym złudzeń, do bólu szczerym cynikiem-prowokatorem. Pewnie dlatego polubiliśmy się od pierwszego wejrzenia. Łaziliśmy po Heidelbergu, pili piwo i obżerali się marcepanem, palili medyczną marihuanę, ale przede wszystkim oglądali jego skarby. Mój nowy kolega był namiętnym kolekcjonerem, przy tym notorycznym zdrajcą. Zaczął od renesansowych zbroi i broni, potem wdał się w romanse z lekarskimi starodrukami, holenderskimi flizami biblijnymi i włoską majoliką. Porzucił je ostatecznie dla XVI-wiecznych witraży, a na koniec dla tzw. mis norymberskich. W każdej z tych dziedzin stawał się znawcą, organizował wystawy i publikował profesjonalne katalogi. Jego dom był objawieniem – robiłem sobie selfies w hełmie księcia elektora i spałem w rzeźbionym, zabudowanym XVII-wiecznym westfalskim łożu (człowiek czuje się w czymś takim bezgranicznie bezpieczny, jak podczas dziecięcych zabaw w namiot pod stołem w jadalni).

###banner###

Klaus chyba chciał, żeby przedmioty, które kochał, trafiły w dobre ręce. Umierał na raka (stąd ta trawa oraz niezdrowa dieta – nie musiał już myśleć o kaloriach). Wyprzedawał zbiory – planował zostawić swojej byłej dziewczynie pieniądze, a nie kłopoty. Wróciłem z Heidelbergu z walizką rzeczy, na które było mnie wówczas, zresztą po kumpelskim upuście i ogromnych wyrzeczeniach, stać: trzydziestoma flizami, dwiema ilustrowanymi Bibliami z XVII w., no i oczywiście z tą płytą Meriana. Wróciłem też ze świadomością, że właśnie poznałem kogoś bliskiego, przyjaciela, którego niestety za chwilę stracę.

Poczwarki i kwiaty

Kariera artystyczna była jej pisana. Po śmierci pierwszej żony, Marii Magdaleny de Bry, córki znanego rytownika Johanna Theodora, Merian ożenił się ponownie z emigrantką z Walonii, Johanną Sibyllą Heim. Z tego związku przyszła na świat 2 kwietnia 1647 r. Maria Sibylla. Urodziła się tuż pod sam koniec apokaliptycznego okresu wojny trzydziestoletniej, ale także w czasie gdy zaczęła się kształtować nowożytna nauka, a  ludzie zdali sobie sprawę z istnienia dwóch nieskończoności wyznaczonych właśnie przez teleskop i mikroskop. Boris Friedewald, autor popularnej biografii Merian, sądzi, że musiała ją uformować atmosfera rodzinnego domu, wypełnionego ilustrowanymi książkami i  dziełami sztuki, jednak to chyba pochopny wniosek  – mieszkała w nim zbyt krótko. Choć może coś było na rzeczy. Kiedy dziewczynka miała trzy lata, ojciec zmarł nagle podczas wodoleczniczej kuracji w Bad Schwalbach, a na łożu śmierci miał rzekomo powiedzieć: „Nawet kiedy mnie tu już nie będzie, ludzie wciąż będą mówili, że to ona jest córką Meriana”. Matka szybko wyszła ponownie za mąż, za malarza i  marszanda Jacoba Marrella. Marrel działał także na rynku holenderskim i specjalizował się w martwych naturach oraz przedstawieniach kwiatów, zwłaszcza tulipanów, wykorzystywanych w katalogach przez tzw. bloemisten, tamtejszych hodowców roślin ozdobnych. Nie była to jednak twórczość stricte komercyjna: do tulipanów artysta dodawał elementy symboliczne, odwołujące się do idei vanitas. Były to motyle – znaki duszy ulatującej do raju, lub muszle, znaczące to samo co czaszki, puste skorupy pozbawione życia.

Mała Maria Sibylla niechętnie poddawała się nauce „cnót niewieścich”, ku rozpaczy matki nie garnęła się do szycia, gotowania, sprzątania i robótek ręcznych. Gdy odkryto, że na strychu zorganizowała sobie tajną pracownię, w której kopiowała kwiaty z florilegiów, a nawet malowała je z natury, ojczym poznał się na jej talencie i  zaczął ją kształcić na artystkę, uczyć malarstwa, rysunku i rytownictwa. Prace pasierbicy sprzedawał w swym sklepie w Utrechcie, co sprawiło, że szybko stała się znana także w Holandii. Kiedy dziewczynka miała 13 lat, zdarzyło się coś, co na zawsze odmieniło jej życie – dostała w prezencie kilka białych gąsieniczek jedwabników. Z  braku morwowych liści poczęła karmić je sałatą, ze zdumieniem obserwowała, jak jedzą i  rosną, linieją, wreszcie wysnuwają z  siebie nici i tkają kokony, z których w ychodzą skrzydlate motyle, mniejsze (samce) i większe (samiczki) mające złożyć jajka. A potem cała ta cudowna przemiana rozpoczęła się na nowo. Gąsienicom i motylom poświęci życie  – ludzie zaczną jej znosić pudła z owadami, a ona będzie je hodować, malować akwarelami i rysować, obserwować pod lupą, opisywać ich pożywienie i transformacje, prowadzić dzienniki i notatki, wreszcie publikować prace naukowe na ich temat. Zostanie pierwszą entomolożką. Niektóre stworzenia umrą w kokonach, z których wylęgną się larwy much, co doprowadzi ją do rozważań o  znikomości życia i śmierci.

Merian stopniowo dojdzie do wniosku, że gąsienice wykluwają się z jaj składanych przez motyle – do tej pory za Arystotelesem powtarzano, że powstają one samoczynnie z błota, kału, zgnilizny i padliny.

Dodam jeszcze, że w owym czasie gąsienice, czyli larwy motyli, kojarzyły się nieodmiennie z grzechem i  szatanem. Maria Sibylla dostrzegła jednak w ich coś innego – piękno. W swoich notatkach będzie nazywać motyle letnimi i słonecznymi ptakami, zaś nocne ćmy porównywać do sów. Interesować będą ją również mrówki, pająki, ślimaki, żaby, chrząszcze i owady zastygłe w bursztynie. Jest jeszcze coś więcej: badaczka zobaczy w  owadzich przemianachprzejaw działania Stwórcy. W 1679 r., w przedmowie do pierwszego tomu Der Raupen wunderbare Verwandlung und sonderbare Blumennahrung (Cudowne przemiany gąsienic i ich szczególne kwietne pożywienie), artystka wyzna: „Nie pożądam własnej sławy, ale chcę chwalić Boga, Stworzyciela nawet najmniejszych i najmarniejszych robaków, gdyż powstają one z Jego woli, nie zaś same z siebie”. W kolejnym wydaniu doda zaś: „Doskonale wiem, że nawet najmniejsze stworzenia zostały stworzone przez Boga, a mimo że wielu ludzi postrzega je jako bezużyteczne, ja widzę w nich dowód Bożej chwały i mądrości”. Dotrze do niej też w pełni znaczenie symbolu stosowanego w sztuce już od dawna: pozornie martwy, nieruchomy kokon, z którego wychodzi zachwycający motyl, to droga chrześcijańskiej duszy ulatującej z ziemskiego ciała do zbawienia.

W 1665 r. 17-letnia Merian poślubiła ulubionego ucznia Marrela, Andreasa Graffa. Urodziła się im córka, Johanna Helena, a gdy przeprowadzili się do Norymbergi, na świat przyszła jeszcze Dorothea Maria. One też zostały artystkami i tworzyły w podobnym stylu co matka. Przysporzyło to potem historykom sztuki niemałych kłopotów  – dopiero niedawno okazało się, że wiele prac Merian trzeba przypisać jej potomstwu. W Norymberdze Maria Sibylla musiała prowadzić dom, a że mężowi niezbyt dobrze powodziło się finansowo, postanowiła zarabiać na życie. Malowała i sprzedawała wdzięczne kwiaty i ptaki na papierze, pergaminie, płótnie i jedwabiu, zdobiła obrusy i projektowała wzory haftów. O malarstwie olejnym mogła zapomnieć – restrykcyjne przepisy cechowe zabraniały tej techniki kobietom. Zaczęła też uczyć dziewczęta z zamożnych patrycjuszowskich rodzin rysowania, haftowania i akwareli. Jungfern-Companie – kompania dziewic, jak nazywano tę szkołę artystyczną, dała jej dostęp do elit miasta i ich… ogrodów, gdzie zbierała swoje gąsienice i poznawała nowe, często egzotyczne, rośliny: oliwki, cytryny i ananasy. Od 1675 r. począwszy, wydała trzy serie rycin przedstawiających kwiaty (oczywiście towarzyszyły im owady); część egzemplarzy sama ręcznie pokolorowała i sprzedała z zyskiem. Przez całe życie miała zresztą dobrą rękę do interesów, a swoje publikacje potrafiła skutecznie zareklamować. Następnie zebrała wszystkie kwietne sztychy w całość, Neues Blumenbuch (Nową księgę kwiatów, 1680), odebraną jako wzornik eleganckich haftów, choć ambicje twórczyni były zapewne większe. Stopniowo stawała się znana. W 1675 r. Joachim von Sandrart w swoistej encyklopedii artystów Teutsche Academie der Edlen Bau-, Bild- und Mahlerey-Künste (Niemiecka akademia sztuki architektury, obrazów i malarstwa) pisał o niej tak: „Prócz swych codziennych gospodarskich obowiązków zawsze powierza swoje cnoty Minerwie, oddaje naturę zwierząt, zdobność kwiatów, owoców i ptactwa, a także odchody glizd, much, robaków i im podobnych, we wszystkich ich przemianach”. Hasło dotyczyło co prawda jej męża, ale w kolejnym wydaniu, pięć lat później, doczekała się już własnego.

Tymczasem w małżeństwie Graffów działo się coraz gorzej. Lata później lokalna norymberska gazeta enigmatycznie złożyła rozpad związku na karb „bezwstydnych występków” Andreasa, a zaraz potem obwieściła, że wina leżała po stronie Marii Sibylli. Gdy w 1682 r. umarł ojczym, artystka zabrała córki i pojechała do Frankfurtu, żeby pomóc matce w uporządkowaniu spraw spadkowych. Tam związała się z kręgami pietystów, przeżyła religijną przemianę, a potem z matką i dziećmi wyruszyła do zachodniej Fryzji. W Wieuwerd, na zamku Walta należącym do szlacheckiej rodziny Van Sommelsdijk, mieszkała ortodoksyjna, protestancka wspólnota-sekta labadystów, w której od kilku lat żył jej przyrodni brat Caspar. Labadyści nazywali siebie Dziećmi Światła, czcili swego duchowego ojca, eksjezuitę Jeana de Labadie, drukowali jego pisma, hodowali krowy i sprzedawali mleko, modlili się, przędli i tkali, odziewali skromnie, wyzbywali się prywatnej własności, gardzili cielesnością i walczyli z Szatanem. Wierzyli, że Bóg objawia się nie tylko w Biblii, ale także w nauce i zmysłach: smaku, węchu, dotyku i wzroku, co więcej, również w morskich falach, na niebie oraz w zwierzętach – to przecież credo badaczki owadów. Sekta przyciągnęła wiele osobistości, żyła w niej choćby najwybitniejsza holenderska uczona, filolożka, teolożka, prawniczka i artystka Anna Maria van Schurman; zamek odwiedzili też John Locke, Zofia Hanowerska, matka króla Wielkiej Brytanii Jerzego I, i kwakier William Penn (to właśnie od niego wziął potem nazwę amerykański stan Pensylwania). Andreas chciał dwukrotnie dołączyć do rodziny, lecz nie przeszedł okresów próbnych – wspólnota go nie przyjęła. Wrócił do Norymbergi, poskarżył się radzie miasta, a ta wysłała do niepokornej żony oficjalne pismo, na które Maria Sibylla nie raczyła odpowiedzieć. Mąż uzyskał rozwód, ożenił się ponownie, a  Frau Graff wróciła do panieńskiego nazwiska Merian.

Jądro ciemności

W  1686  r. umarł brat Caspar, a  w  1690 odeszła matka. Merian spakowała się, zabrała córki, książki, dzienniki, notatki oraz rysunki i  nieoczekiwanie przeprowadziła się do… Amsterdamu, największej i  najbardziej kosmopolitycznej metropolii ówczesnej Europy. Żeby zarobić na utrzymanie, sprzedawała akwarele, uczyła (np. Rachel Ruysch, córkę słynnego anatoma Fredericka, przyszłą malarkę martwych natur), poznawała holenderskich uczonych i kolekcjonerów naturaliów. A przede wszystkim marzyła o wielkiej naukowej podróży do holenderskich kolonii, badaniu tropikalnych roślin i owadów. Wybór był oczywisty: południowoamerykański Surinam, gdzie stanowisko gubernatora piastował do niedawna właściciel zamku Walta, Cornelis van Sommelsdijk i gdzie w Paramaribo żyła niewielka wspólnota holenderskich labadystów. Gdy rada miasta zdecydowała się sfinansować wyprawę, Merian spisała testament i wraz z córką Dorotheą w 1699 r. wsiadła na statek.

W Surinamie spędziła trzy lata, które poświęciła obserwowaniu i opisywaniu motyli, roślin (zafascynowały ją np. banany) i zwierząt, wyprawom do dżungli (została poparzona przez jadowite gąsienice), robieniu zapisków i szkiców. Tyle że była to także dla niej wyprawa do jądra ciemności, zdanie sobie sprawy z okrutnego wyzysku miejscowej ludności i ogromu cierpienia pracujących na plantacjach trzciny cukrowej czarnoskórych niewolników.

Zanotowała choćby, że wykorzystują nasiona brezylki nadobnej do spędzania płodów, „bo nie chcą, by ich dzieci żyły tak samo zniewolone jak oni”. W końcu pokonały ją mordercza praca i klimat – najprawdopodobniej zapadła na malarię – musiała wrócić do Amsterdamu. Na pokład statku zabrała wypreparowane owady, zakonserwowane w alkoholu węże, iguany, a nawet malutkiego krokodyla. Przede wszystkim wzięła jednak notatki, akwarele i rysunki.

Kiedy schorowana przybyła do miasta nad Amstelą, miała 54 lata. Znów zaczęła zarabiać, malować kwiaty i owady, musiała też wyprzedawać przywiezione z Surinamu okazy. Snuła wielki plan, chciała wydać książkę, summę południowoamerykańskich badań. Nie miała jednak pieniędzy na opłacenie drukarza i rytowników. Trzy pierwsze sztychy przygotowała sama, ale szybko zdała sobie sprawę, że nie podoła zadaniu, ilustracji było bowiem zbyt wiele. Nieoczekiwanie jednak dostała zlecenie – wykonanie 54 akwarel przedstawiających muszle, kraby, skamieliny i minerały, według których miały potem powstać ryciny ilustrujące katalog azjatyckich zbiorów kolekcjonera naturaliów, Georga Eberharda Rumpfa. D’Amboinsche Rariteitkamer wydawano na zasadzie subskrypcji: przyszli nabywcy z góry płacili za egzemplarze. Merian podchwyciła pomysł i rozesłała ofertę kupna jej przyszłego dzieła, Dissertatio de generatione et metamorphosibus insectorum Surinamensium (Rozprawy o pochodzeniu i metamorfozach owadów surinamskich), po łacinie, niderlandzku i niemiecku (zamówień z Niemiec przyszło jednak zbyt mało i jej ojczysty język trzeba było pominąć). Cena: 18 guldenów, egzemplarze księgi ręcznie pokolorowane przez nią lub córki – 30. Wynajęła świetnych rytowników i zaczęła tłumaczyć swe notatki na łacinę. Publikacji całości jednak nie doczekała. W 1714 r. przeszła udar i została częściowo sparaliżowana. Umarła trzy lata później, 13 stycznia 1717 r. Niedługo przed śmiercią odwiedził ją jeszcze w domu przy Kerkstraat przebywający wtedy w Holandii car Piotr I Wielki, który za 3 tys. guldenów zakupił 254 akwarele przedstawiające życie żab. Honorarium przekazano chyba w ostatniej chwili, bo skrupulatni amsterdamscy urzędnicy odnotowali w rejestrze zgonów, że nie miała środków do życia…

Trzeci surinamski tom wydała Dorothea. Córka przyjęła potem zaproszenie cara, w 1719 r. wyjechała do Rosji, została jego nadworną malarką i  zaczęła wykładać w petersburskiej akademii sztuki. Wszystkie dzieła Merian były wielokrotnie wznawiane, jej imieniem nazwano nie tylko naukowe stowarzyszenia, mosty, place i ulice, ale także liczne gatunki roślin i zwierząt: Saxicola torquatus sibilla, Erinnyis merianae, Eulaema meriana, Evagetes meriane czy Metellina merianae. Ba, w 1991 r. bank RFN umieścił jej wizerunek na banknocie (500 marek, całkiem wysoki nominał). Chyba żadna XVII-wieczna artystka nie doczekała się tylu wystaw i albumów co ona.

Przemiana

W przedmowie do swojego surinamskiego opus magnum Merian zawarła rys biograficzny – opisała drogę świadomej artystki i uczonej, począwszy od chwili, kiedy w wieku 13 lat dostała w prezencie gąsienice jedwabników. Deklarowała odważnie, że w rozprawie opiera się wyłącznie na samodzielnych obserwacjach i nie podpiera poglądami innych badaczy. Choć we wcześniejszych pracach przyrodniczych zawsze akcentowała wizję Bożego planu stworzenia i zbawienia, tu jednak Absolut pojawił się tylko na końcu, w ostatnim zdaniu: „O ile tylko Bóg da mi zdrowie i życie, chciałabym poszerzyć moje niemieckie odkrycia o te poczynione w Holandii i Fryzji, a potem opublikować je po łacinie i po niemiecku”.

Pod sam koniec życia Merian jej zięć Georg Gsell, drugi mąż Dorothei, namalował portret Marii Sibylli – nie zachował się, lecz znamy go z ryciny Jacoba Houbrakena. Artystka i przyrodniczka siedzi wśród przedmiotów-symboli, które ukształtowały jej życie i karierę: widzimy globus, ryciny z muszlami i kwiatami, roślinę w wazonie, książki, pustą kartę pergaminu gotową na zapisanie nowych myśli i kałamarz z piórem. Jest też motyl. Tylko czy na pewno jest on nadal dawnym znakiem duszy ulatującej do nieba? Być może gąsienica zmieniła się właśnie w poczwarkę, a potem w imago. Czytaj: bogobojna obserwatorka przemieniła się w entomolożkę. Zaczęło się przecież oświecenie.

Korzystałem m.in. z: Boris Friedewald, Maria Sibylla Merians Reise zu den Schmetterlingen, München 2015; Carin Grabowski, Maria Sibylla Merian zwischen Malerei und Naturforschung, Pflanzen- und Schmetterlingsbilder neu entdeckt, Berlin 2017; Anna Król, Botaniczne poszukiwania. Sztuka botaniczna w XXI wieku, Kraków 2021 (katalog towarzyszący świetnej wystawie w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie).

Artykuł pojawił się w numerze: Rzeczy, które kochamy