W październiku 2025 r. media społecznościowe obiegło zdjęcie nagłówka artykułu z amerykańskiego „Vogue’a”. „Czy mieć chłopaka to dziś obciach?” – pytała autorka tekstu, Chante Joseph, zauważając, że w internecie chwalenie się swoim partnerem staje się coraz mniej nagradzane, a coraz bardziej budzi zniechęcenie wśród obserwatorów. „Dlaczego posiadanie chłopaka wydaje się czymś zarezerwowanym dla wyborców republikanów?” – autorka przytacza popularny w sieci komentarz. Artykuł poniósł się, bo dobrze oddawał przeczucie, że zastane schematy romantycznej narracji coraz mniej przystają do współczesnego świata. O zawodzie ludzi miłością pisała bell hooks w książce Wszystko o miłości. Nowe wizje, wskazując, że coraz więcej osób podchodzi do tej kategorii cynicznie przez rozczarowanie kulturową wizją uczucia – samo zakochiwanie się budzi w nich lęk. Albo czują się niegotowe na miłość, albo uważają, że na nią nie zasługują.
Owe głosy padają w chwili, w której tradycyjne narracje wokół miłości przeżywają kryzys. Komedie romantyczne, choć wciąż produkowane hurtowo, już nie budzą takich emocji. Wręcz przeciwnie, sieć zalewają krytyczne teksty przekonujące, że bohaterki Pretty Woman czy Dziennika Bridget Jones myliły się, idąc za głosem serca. W wydanej niedawno w Polsce książce Mit Darcy’ego Rachel Feder przekonuje, że zarówno kochany przez czytelniczki bohater powieści Jane Austen, jak i jego następcy z klasyki literatury to przykłady toksycznych jednostek, których nie da się realnie pokochać. Zeszłoroczny film Materialiści Celine Song opowiada o miłości opartej na zasadach transakcji – aby związek się udał, dwie osoby muszą być dobrze dobrane. I nie chodzi o kwestie charakterologiczne, ale o zasobność konta, status społeczny i materialne pragnienia. Romans jest drugorzędny wobec społecznej pozycji i finansowej ambicji.
Nie znaczy to, że romantyczne narracje zupełnie zniknęły z naszego życia, widać jednak ślad pewnego przesunięcia czy ucieczki. Jesteśmy w stanie znieść romantyczny mit tak długo, jak długo nie opowiada o współczesnych związkach damsko-męskich. Serial Bridgertonowie rozgrywa miłosne perypetie w sztucznych dekoracjach z przeszłości, z kolei budząca olbrzymie emocje Gorąca rywalizacja koncentruje się na romansie dwójki mężczyzn, hokeistów.
Wyznania uczuć brzmią prawdziwie, tylko jeśli są obwarowane społecznymi zakazami. Odpowiedzią na poczucie nieprzystawania tradycyjnych narracji do współczesnych związków jest ucieczka nie tyle od samej miłości, co od jej reprodukowanego przez lata heteronormatywnego schematu. Pragniemy romansu, lecz takiego, który nie jest osadzony w naszej codzienności i podważa istniejące normy.
Dawno temu w telewizji
Kto jednak uważa, że opowieści o miłości są nam dziś zupełnie niepotrzebne, powinien zwrócić uwagę nie na literaturę czy kinematografię, a na świat reality show. W ostatnich latach widzimy znaczny wzrost zainteresowania programami, które w centrum nie stawiają rywalizacji czy codzienności uczestników, ale ich życie miłosne. Miłość jest ślepa, Love Island – widzowie niemal dosłownie pokochali ten sposób opowiadania o związkach. Piękni ludzie wywiezieni do luksusowego hotelu czy na tropikalną wyspę. Śluby zawierane po jednym spotkaniu. Sprawdzanie, czy można się zakochać bez zoba-czenia przyszłego partnera. Pomysłów jest mnóstwo, a każdy z programów stara się znaleźć odtrutkę na współczesny cynizm i dystans wobec opowieści o relacjach. Tylko czy oferta miłosnych reality show to zupełnie nowy przekaz, czy też stara opowieść w odświeżonym opakowaniu?
Programy randkowe znamy od lat 60. XX w. i pierwszych wcieleń Randki w ciemno. W latach 90. i z początkiem XXI w., wraz z rozkwitem reality TV, formaty o łączeniu się w pary przeszły metamorfozę. Na kanałach takich jak MTV można było godzinami oglądać najróżniejsze produkcje, w których pojawiały się dodatkowe urozmaicenia. Randka z mamą (Date my Mom), wnioskowanie o charakterze partnera po tym, jak urządzony jest jego pokój (Room Riders), randkowanie z mniej atrakcyjnymi chłopakami (Is she really going out with him?). Kierowane do nastoletnich czy tylko nieco starszych widzów programy nie odnosiły się raczej do wizji wielkiej miłości na lata, ale do próby odpowiedzenia sobie na pytanie: jak znaleźć dobrze dopasowaną osobę? Nic nie było tu szczególnie poważne, poza przekonaniem, że randkowanie i tworzenie relacji romantycznej to wartości same w sobie.
Jednocześnie na przestrzeni lat widać pewne przesunięcie, coraz częściej obok programów, które miały imitować randkowanie, zaczęły pojawiać się takie, które za swój jasny cel stawiały połączenie uczestników na dłużej, znalezienie idealnego partnera nie tylko na randkę, lecz na całe życie. Najpopularniejszym formatem był tu The Bachelor i The Bachelorette, gdzie kilkanaścioro użytkowników rywalizowało o względy starannie dobranego przez produkcję atrakcyjnego partnera, który w ostatnim odcinku powinien się oświadczyć. Choć program należał do gatunku reality, oferował widzom bardzo jasno zarysowany schemat dramaturgiczny. Pojawiały się tam zapisane w scenariuszu elementy, które po kilku edycjach łatwo było rozpoznać. Co najmniej raz w sezonie uczestnicy łamali zasady, eliminowali więcej kandydatek, niekiedy też pozwalano na powrót osoby odrzuconej, która miała prawo przedstawić kawalerowi, dlaczego powinna pozostać w programie. Z każdym kolejnym sezonem te schematy narracyjne stawały się coraz bardziej przejrzyste, aż w końcu stały się nawet podstawą filmów fabularnych. Bohaterka filmu Netflixa Nie ten Paryż przeżywa przygodę w takim reality, jednocześnie przechodząc przez wszystkie zapisane w typowym scenariuszu perypetie.
Erupcja współczesnych randkowych czy raczej związkowych reality show zaczęła się jednak nieco później. Program Love Island, który dla wielu był pierwszym tego typu formatem oglądanym dla czystej przyjemności, zadebiuto-wał w 2015 r. Nieco później, bo w 2019 r., Netflix pokazał swój pierwszy randkowy program Dating Around. Jednak momentem prawdziwego przełomu okazała się pandemia. Zamknięci w domach i pozbawieni codziennych interakcji, zanurzyliśmy się w świecie romantycznych reality. Przeprowadzone badania pokazały, że oglądalność tych programów skoczyła w ciągu kilku miesięcy o 23% (na podstawie analizy oglądalności kilkunastu reality show na różnych platformach wykonanej w 2020 r. przez firmę PeerLogix). Sama, ku własnemu zaskoczeniu, zaczęłam w trakcie pandemicz-nego lockdownu oglądać kolejne wersje Robi się gorąco, choć muszę przyznać, że bardziej od romantycznych problemów uczestników moją uwagę przyciągał fakt, że mogą się przechadzać po plaży bez covidowych ograniczeń. Miłość jest ślepa, Robi się gorąco, Ultimatum, Love Never Lies – to tylko kilka z tytułów, które w ostatnich latach stały się niezwykle popularne. A rozrywki dostarczają nie tylko platformy streamingowe. W telewizji doskonale radzą sobie Hotel Paradise, Ślub od pierwszego wejrzenia, Rolnik szuka żony. Do tego stopnia, że Netflix zaczął tworzyć coraz więcej krajowych odmian. Już w 2026 r. doczekamy się np. polskiej wersji Miłość jest ślepa.
Wyrwani z rzeczywistości
Niewątpliwie na styl i popularność współczesnych programów randkowych wpłynęło pojawienie się w 2012 r. Tindera. Aplikacja randkowa opierająca się na szybkim i powierzchownym doborze partnerów zmieniła sposób myślenia o tym, jak powinien wyglądać proces umawiania się z drugą osobą. Choć wcześniej istniały platformy do randkowania, nigdy nie były aż tak łatwo dostępne. Tradycyjne narracje znane z romansów czy komedii romantycznych, gdzie konieczny jest meet cute – urocze spotkanie, które wzbudzi zainteresowanie obu osób i pozwoli związkowi się rozwinąć – zostały zastąpione przesuwaniem zdjęć w prawo lub lewo.
Większość produkowanych na potrzeby streamingów i telewizji programów dostrzega problem współczesnego podejścia do miłości. Klasyczne narracje rozbijają się o współczesne możliwości. Jak zauważa Andrea Newerla w książce Nieromantyczni. Miłości i związek w czasach Tindera, czyli jak tworzymy nowe formy intymności, po raz pierwszy w historii mamy szanse na wybór partnerów bez jasnych nacisków i ram społecznych. Te możliwości z jednej strony pozwalają nam podejmować wybory, które wcześniej były niemożliwe, z drugiej – sprawiają, że trudniej się nam zdecydować, podjąć zobowiązania i zaangażować w relację. Obiecywany przez dzieła kultury happy end wciąż jest narracją pociągającą i jednocześnie narzucającą jeden schemat związku oraz relacji. Taki, który niekoniecznie pasuje do naszej rzeczywistości. Proponowana przez klasyczne narracje szczęśliwa monogamia wywołuje lęk – czy na pewno chcemy porzucać naszą niezależność na rzecz długotrwałego związku? Czy aby na pewno dobrze wybraliśmy partnera? Czy założenie rodziny, obowiązkowy element dobrego zakończenia, jest tym, czego pragniemy? Te wizje, zamiast budzić wyczekiwanie, rozniecają niepokój.
To właśnie w tej luce pojawiają się programy reality. Proponują rozegranie romansu w przestrzeni pomiędzy rzeczywistością a fikcją. Zapewniają, że mamy do czynienia z prawdziwymi ludźmi, emocjami i relacjami. Jednocześnie tworzą bezpieczną ramę, która eliminuje elementy zwykle budzące największe problemy. Znaczna większość uczestni-ków tego typu show jest konwencjonalnie atrakcyjna, nie różni się za bardzo wiekiem, wszyscy deklarują gotowość do związku. Na bok odkłada się tematy polityczne, które właściwie w tej przestrzeni nie istnieją, nie pojawia się pytanie, kto zapłaci za wspólną kolację, nie istnieje wręcz temat klasowości. Ramy programu randkowego eliminują też kwestię niepewności, gdy chodzi o zgodę. Wszyscy chcą tu być, zbliżyć się do siebie, a nawet – jak w przypadku niektórych formatów – spędzić razem noc.
bell hooks w rozważaniach o miłości zwraca uwagę, jak wielkie znaczenie w gotowości do budowania związku ma podejście do relacji ze świadomością, że może się ona zakończyć, że tam, gdzie jest miłość, jest też ból. Jednocześnie zauważa, że nie ma żadnych szkół miłości, większość tego, co wiemy o tym uczuciu, wynosimy z domu i jeśli czegoś w nim brakowało – zwłaszcza akceptacji – wejście w związek będzie dla nas trudne. Te refleksje szczególnie dobrze zgrywają się z tym, co proponują reality show.
Przyglądając się uczestnikom, często dostrzegamy, że są bardzo skoncentrowani na sobie, niekoniecznie gotowi, by poświęcić choć trochę uwagi potencjalnemu partnerowi / partnerce. Jednocześnie – obserwując ich mniej lub bardziej udane próby flirtu, dobieranie się w pary czy momenty odrzucenia – możemy w bezpieczny sposób przeżyć te wszystkie sytuacje.
Nie mamy już jasno zarysowanych zasad randkowania, ale produkcje tego typu podpowiadają, co się sprawdza, co budzi zainteresowanie i czy warto podjąć ryzyko. Bohaterowie są często zachęcani, by spojrzeć poza fizyczną atrakcyjność i by przynajmniej spróbować wyrazić słowami, co czują. Co często okazuje się trudne lub wręcz komiczne – zwłaszcza że to zwykle bardzo młodzi, a niejednokrotnie też nieko-niecznie zdolni do introspekcji ludzie.
Transgresja czy nie transgresja?
Choć wydawać by się mogło, że narracje reality przełamują klasyczne schematy opowieści miłosnej, w istocie pozostają one bardzo konserwatywne. Przede wszystkim w ich centrum wciąż pozostaje miłość romantyczna, co więcej – usankcjonowana instytucją ślubu. Nawet jeśli w niektórych programach wszystko zaczyna się od ślubu (jak w Ślubie od pierwszego wejrzenia), ostatecznie zwycięzcą jest ten, kto ów związek utrzyma. Więcej, przysięga jest tak ważnym elementem narracji, że są reality skoncentrowane na tym, by doprowadzić partnera do oświadczyn (Ultimatum). Kluczowym elementem wielu programów staje się nie tyle sama rywalizacja, ile odcinki, które kręcone są już po zakończeniu emisji, gdzie dowiadujemy się, czy pary z programu przetrwały próbę czasu. Ponownie – w zgodzie z klasycznymi narracjami romantycznymi – najbardziej cenione są te pary, które wytrwały w nowym związku, lub te, w których życiu niebawem pojawi się dziecko. Z kolei programy, do których zgłaszają się pary, jak np. Love Never Lies, najbardziej nagradzają osoby wierne, prawdomówne i gotowe przezwyciężyć swoje problemy.
Co więcej, produkcje odtwarzają też najważniejsze momenty typowych romantycznych narracji. Roland Barthes we Fragmentach dyskursu miłosnego pisze o znaczeniu pierwszego spojrzenia pomiędzy kochankami, o idei miłości od pierwszego wejrzenia. Program Miłość jest ślepa próbuje oddać niezwykłość tego momentu. Główną zasadą show jest doprowadzenie do ślubu osób, których relacja rozwijała się, choć nigdy się nie widziały. Uczestnicy, którzy już zadeklarowali swoje uczucie, mają teraz zobaczyć się po raz pierwszy. W starannie wyreżyserowanej sekwencji przemierzają długą drogę do jednego pomieszczenia. Czekamy, aż do siebie podejdą i się zobaczą. Liczymy, że rzucą się sobie w ramiona. To kulminacyjna scena show. Ma przełożyć ten znany z narracji motyw do świata reality. Czy to możliwe, żeby zakochać się na kilka minut przed ślubem? Czy przyciąganie dwóch przecież zupełnie obcych osób może być tak duże, że uda się zbudować na tym związek?
Jeśli pojawia się wyzwanie stawiane klasycznym romantycznym schematom fabularnym, to jest ono obecne tam, gdzie programy próbują zestawić ideę miłości romantycznej, opartej na zauroczeniu czy „porozumieniu dusz”, z codziennością. W książce Wymyślić miłość na nowo. Jak patriarchat sabotuje związki między mężczyznami a kobietami Mona Chollet zwraca uwagę, że elementem tradycyjnych narracji romantycznych jest ich niechęć do codzienności. Powtarzająca się opowieść o miłości niemożliwej, kończącej się tragicznie (jak przywoływany przez autorkę przykład Tristana i Izoldy, rozumianych tu bardziej jako pewne archetypy), ratuje przed codziennością. Wielka namiętność nie jest w stanie przetrwać tego, co zaczyna się, gdy kochankowie są już razem, dzielą ze sobą mieszkanie, widzą się w codziennych sytuacjach. Stąd albo dostajemy w melodramatach zakończenia tragiczne, albo – jak w komediach romantycznych – pozostawiamy bohaterów w chwili, gdy wyznają sobie uczucie, ale nie śledzimy dalej ich życia.
W Ślubie od pierwszego wejrzenia czy Miłość jest ślepa to właśnie codzienność ma być największym testem uczucia. Wspólne życie, dzielenie jednego łóżka i pokoju, poznawanie swoich rodzin. Bohaterowie zostają wypuszczeni z bańki, jaką tworzy program reality, do prawdziwego życia. Dzieje się tak po to, by pokazać, czy ich uczucie ma w ogóle szansę przetrwać. Wątki związane z codziennością pojawiają się w opozycji do formatów reality, które specjalnie wyciągają uczestników z codzienności (jak Hotel Paradise, Love Island czy Love Never Lies), by stworzyć idealne warunki do budowania dramaturgii takich produkcji. Codzienność w programach reality jest oczywiście wyreżyserowana, jednak dla widzów stanowi najciekawszą przestrzeń. Daje im to, czego nie jest w stanie dostarczyć większość narracji romantycznych: odpowiedź na pytanie, jak pragnienie wielkiego uczucia połączyć z tym, że musi ono się osa-dzić we wspólnym mieszkaniu, pracowaniu, przeżywaniu zwykłych dni. To jednocześnie przestrzeń na spełnienie fantazji o tym, że da się pogodzić wielką miłość i codzienność.
Wreszcie on: seks
W refleksji nad przemianami podejścia do miłości nie można zapomnieć o seksie. Transgresyjna natura reality show sprawia, że będzie on zawsze elementem znaczącym i budzącym emocje wśród odbiorców. Współczesne programy randkowe mocno przekroczyły granicę wyznaczoną sceną w jacuzzi w domu Wielkiego Brata. Wiele z nich, jak np. Robi się gorąco, zakłada, że stosunki pomiędzy uczestnikami będą stałym elementem proponowanej rozrywki. W Hotelu Paradise czy Love Island bohaterowie przeżywają większe i mniejsze dramaty, gdy okazuje się, że wyznania miłości i lojalności nic nie znaczą w obliczu pożądania. Wielbiciele komedii romantycznych mogą długo czekać na pierwszy pocałunek między kochankami, ale w reality młodzi całują się bez zastanowienia i często – zaraz po tym, jak zadeklarowali swoje zainteresowanie kimś zupełnie innym. Pod wieloma względami reality okazują się bardziej skandaliczne niż fikcyjne narracje. W trzeciej edycji polskiego Love Never Lies większe wrażenie na widzach robiło nie to, że mąż wielokrotnie zdradzał żonę, lecz że największą pokusę stanowili dla niego mężczyźni. Co pokazuje, że wciąż mamy do czynienia z głęboko zakorzenionymi normatywnymi schematami romantycznymi. Gdy pojawiają się wątki queerowe, natychmiast sprawa się komplikuje i budzi oburzenie (przy czym warto podkreślić, że istnieje cała osobna kategoria romantycznych reality wyłącznie dla mniejszości, jak np. Finding Prince Charming).
Podejście do seksu w programach reality jest jednak dość paradoksalne. Seks i fizyczne pożądanie są tu przeszkodą do stworzenia głębokiego związku. Aby zbudować coś poważniejszego, bohaterowie muszą wyjść poza schemat urywanych seksualnych przygód i przejść do świata emocji. To o tyle ciekawe, że daje tu ponownie o sobie znać bardzo konserwatywne podejście do tego, jak powinna się rozwijać relacja: od zauroczenia przez uczucie do seksu. Newerla zwraca uwagę, że jest to perspektywa zaskakująco mało otwarta na to, jak mogą się kształtować relacje. Ostatecznie nawet jeśli dwie osoby spotykają się tylko na seks, to wokół tego mogą się wytworzyć prawdziwa bliskość, intymność, a w końcu relacja. Wydaje się jednak, że otwarte spojrzenie na skomplikowany charakter międzyludzkich relacji niekoniecznie jest tym, czego oczekują widzowie. Być może dlatego, że dla nich także seks jest stosunkowo „łatwo dostępny”, a romantyczne uczucie i dłuższa relacja stanowią wyzwanie. Wyznaczone przez reality ramy relacji budzą zainteresowanie właśnie z tego powodu, że są w opozycji do tego, co w naszej rzeczywistości jest wciąż skomplikowane i niejednoznaczne.
Jednocześnie jest w tych ograniczeniach narzucanym uczestnikom reality to, co pociąga też w tradycyjnym melodramacie, gdzie bohaterowie rozdzieleni przez klasę, pochodzenie czy konwenanse nie mogą publicznie okazywać swoich uczuć.
W pokoleniu milenialsów kultową sceną jest krótkie ujęcie z ekranizacji Dumy i uprzedzenia z 2005 r.: pan Darcy rozprostowuje dłoń, którą wcześniej na chwilę złapała wsiadająca do powozu Elizabeth. Ów znak fizycznego pragnienia budzi dużo większe emocje niż filmowe pocałunki.
Z kolei pokolenie Z coraz częściej deklaruje, że w ogóle nie jest już seksem zainteresowane. Opublikowane w październiku badania UCLA’s Center for Scholars & Storytellers, przeprowadzone na grupie amerykańskich nastolatków i młodych dorosłych (przedział wiekowy od 10 do 24 lat), wykazały, że większość z badanych chce w fikcji mniej scen seksu i mniej relacji seksualnych. Pokolenie wychowane w świecie, gdzie pornografia jest na wyciągnięcie ręki, jednoznacznie oświadcza, że coraz mniej pociągający są bohaterowie zainteresowani jedynie fizyczną relacją. Ludzie pragną na ekranie nie tylko mniej seksu, ale i więcej przyjaźni i związków aromantycznych.
Te deklaracje pozostają jednak w sprzeczności z tym, co widzimy chociażby w świecie wydawniczym. Ostatnie lata to triumf narracji nie tyle romantycznej, ile erotycznej. Nie chodzi nawet o międzynarodowy sukces 50 twarzy Greya.
Od dobrych paru lat na rynku książek możemy zaobserwować ciekawe przesunięcie. Tam, gdzie jeszcze niedawno rządziły historie młodzieżowe czy całkiem konserwatywne obyczajowo opowieści paranormalne (nie można zapomnieć, że autorka Zmierzchu jako mormonka kazała swoim bohaterom czekać z seksem do ślubu), pojawia się coraz odważniejsza erotyka. Nie dziwią już oznaczenia na bestsellerach, sugerujące, że mamy do czynienia z literaturą dla osób powyżej 18. roku życia, ani że w dostępnych na księgarnianych półkach powieściach pojawia się coraz więcej wątków wziętych niemalże z pornografii. Szał na pozycje wydawane przez specjalizujące się w romansach i erotyce Wydawnictwo Niezwykłe panuje szczególnie wśród czytelników (a właściwie czytelniczek) z pokolenia Z – tego samego, które w kinematografii domaga się bardziej powściągliwych narracji. Bestsellerowy gatunek romantasy prawie zawsze zawiera sceny seksu, co więcej – autorki prześcigają się w ich dosłowności. Niezwykle popularna seria Dworów od Sarah J. Maas czy niedawny hit wydawniczy Czwarte Skrzydło Rebeccy Yarros to najgrzeczniejsze książki w tym gatunku, a wciąż pełno w nich seksu. Przy czym w ostatecznym rozrachunku nie seks, lecz miłość zwycięża w tych narracjach – zbuntowana bohaterka niemal zawsze ląduje w ramionach silnego mężczyzny, a nawet najbardziej skomplikowane erotyczne układy kończą się na deklaracjach miłości i pragnieniu założenia rodziny.
Czego naprawdę pragniemy
Romantyczne reality show pokazują paradoks obecnego spojrzenia na relacje. Żyjemy w czasach, które nie przystają do normatywnego modelu związku osadzonego w patriarchacie. Mamy więcej możliwości, pragnień, zmienia się dynamika władzy pomiędzy kobietami i mężczyznami. Romantyczne opowieści o spotkaniu dwójki zakochanych traktujemy cynicznie. Umieranie z miłości jak Werter, rzucanie się pod pociąg jak Anna Karenina czy tonięcie w zimnym oceanie jak Jack z Titanica wydają się nam co najmniej przesadzone i przerysowane. Tradycyjne komedie romantyczne odrzucają nas założeniem, że samo spotkanie pragnącej nas osoby wystarcza do szczęścia. Kiedy niedawno oglądałam na specjalnym pokazie w kinie komedię Kate i Leopold (2001), siedząca za mną dziewczyna zżymała się na pomysł, że bohaterka zamiast wybrać zawodowy awans podąża za ukochanym. W filmie To właśnie miłość, który na początku lat 2000. podbił serca widzów, krytykuje się dziś niemal każdy miłosny wątek. Także ten, w którym angielski pisarz oświadcza się młodej portugalskiej dziewczynie, choć nigdy poważnie z nią nie porozmawiał, bo dzieliła ich bariera językowa. Te dramatyczne zakończenia i pozorne happy endy dziś częściej budzą niesmak niż emocje.
Jednak pozostawieni samym sobie i własnym wyborom, czujemy się coraz bardziej zagubieni. Wciąż wierzymy w wartość związków i relacji, ale nie chcemy porzucić naszej niezależności. Poszukujemy miłości romantycznej, lecz nie umiemy jej osadzić w swojej codzienności. Pragniemy redefiniowania relacji kobiet i mężczyzn, a jednocześnie często fantazjujemy o tym, by poddać się patriarchalnemu układowi. Pozwalamy sobie na coraz więcej seksualnej wolności, a nie wiemy, gdzie dokładnie jest miejsce seksu w budowaniu relacji. Chcielibyśmy wymyślić miłość na nowo, przy czym chcemy poczuć ją tak, jak podpowiada nam klasyczna narracja.
Reality proponują nam ucieczkę od codzienności naszych związkowych dylematów. Robią to niemal dosłownie – przenosząc nas na piękne wyspy i do luksusowych resortów. Utwierdzają nas w przekonaniu, że związki są ważne i należy próbować się zaangażować w relacje romantyczne. Jednocześnie stają się też tą poszukiwaną przez nas szkołą uczuć: obserwując uczestników i omawiając ich zachowanie ze znajomymi, możemy szukać odpowiedzi, jak sami chcielibyśmy postąpić w podobnej sytuacji. A wszystko to dzieje się w bezpiecznych warunkach, bez narażania na zranienie własnego serca. Bo niezależnie od tego, czy posiadanie dziś chłopaka to obciach czy nie, serca nie chcemy sobie złamać.