Subskrybuj
fot. Liz Hafalia / The San Francisco Chronicle / Getty
Amerykańska eseistka, historyczka i działaczka feministyczna. W języku polskim ukazały się jej książki: Mężczyźni objaśniają mi świat (2017), Zew włóczęgi (2018) oraz Nadzieja w mroku (2019).

Życie podczas wojny

Fakt, że wielu mężczyzn krzywdzi kobiety, a inni to lekceważą, wpłynął na mnie osobiście. Ale remedium nie mogło być osobiste. Żadna zmiana we mnie nie sprawiłaby, że problem zniknie. Istniały jednak sposoby na przełamanie milczenia, stanowiącego część problemu: był to bunt, poczucie mocy, by opowiadać historie, własne i cudze.

Niedługo po tym, gdy wprowadziłam się do nowego mieszkania, dostałam od przyjaciółki biurko, delikatny wiktoriański mebel zaprojektowany jako kobiecy sekretarzyk lub toaletka. Ma cztery wąskie szuflady, po dwie po każdej stronie, i większą szufladę na środku, nad miejscem na nogi siedzącej przy nim osoby, a poza tym różnego rodzaju ornamenty: toczone nogi, z których każda zdobiona jest jedną większą gałką, jak kolano, i kilkoma mniejszymi, wycinane wzory u dołu szuflad, uchwyty przy szufladach w kształcie podłużnych muszli czy łez.

Dwie pary nóg podpierają blat z przodu, a kolejne dwie z tyłu, wszystkie pod bocznymi szufladami. Mimo wymyślnych zdobień to stare biurko jest niezawodnie solidne, niczym ośmionożne zwierzę pociągowe, które przez kilka dziesięcioleci niejedno niosło na grzbiecie, albo dwa takie zwierzęta obok siebie, połączone blatem jak jarzmem. Biurko trzy razy przeprowadzało się razem ze mną. Napisałam przy nim miliony słów – ponad 20 książek, liczne recenzje, eseje, listy miłosne, tysiące maili do mojej przyjaciółki Tiny, w czasach naszego niemal codziennego kontaktu korespondencyjnego, kilkaset tysięcy innych maili, sporo mów pogrzebowych i nekrologów, m.in. dla obojga moich rodziców. Siedziałam przy nim nad wypracowaniami, najpierw jako studentka, potem jako nauczycielka. To biurko było dla mnie portalem do świata i platformą, z której mogłam zarówno wychodzić do innych, jak i zagłębiać się w siebie.

Mniej więcej rok przed tym, gdy przyjaciółka mi je podarowała, były chłopak zadał jej 15 ciosów nożem, karząc ją za to, że od niego odeszła. Mało brakowało, a wykrwawiłaby się na śmierć; przetaczano jej krew na oddziale intensywnej terapii; na całym ciele zostały jej długie blizny, na które początkowo patrzyłam bez jakiejkolwiek reakcji, ponieważ zdolność odczuwania została we mnie zablokowana, może wtedy gdy na co dzień widywałam przemoc w domu, a może dlatego, że gdy niewiele z nas dysponowało językiem do mówienia o tego rodzaju przemocy i niewiele było osób gotowych nas wysłuchać, oczekiwało się od nas, że coś takiego będziemy traktować nonszalancko, jako nic nadzwyczajnego.

Uznano, że to, co zaszło, było jej winą, jak to w tamtych czasach często bywało udziałem ofiar; niedoszły morderca nie poniósł żadnych konsekwencji prawnych; przyjaciółka przeprowadziła się daleko od miejsca zajścia; pracowała dla matki samotnie wychowującej dziecko, która została eksmitowana z mieszkania i zamiast wypłaty dała mojej przyjaciółce biurko, które ona potem przekazała mnie. Jej życie toczyło się dalej i przez wiele lat nie wiedziałam, co u niej słychać, ale odnowiłyśmy kontakt i  opowiedziała mi całą historię tamtej napaści, historię, od której serce może stanąć w płomieniach, a świat skuć się lodem.

Ktoś usiłował ją uciszyć. Ona podarowała mi platformę startową dla moich słów. Teraz myślę, że może wszystko, co w  życiu napisałam, to przeciwwaga dla tamtej próby zredukowania młodej kobiety do niebytu. Moje pisanie najdosłowniej wyrosło na podłożu tego biurka. (…)

Pisarz Bill deBuys zaczyna jedną ze swoich książek zdaniem: „W możliwości ujrzenia czegoś, jednego zjawiska czy istoty rzeczy, tak wyraźnie i w pełni, że światło jej zrozumienia opromienia wszystko pozostałe w życiu, kryje się swoista nadzieja”. Następnie opisuje sosnowe biurko, przy którym pracuje, i  od opisu ziarnistości i  barwy drewna przechodzi do drzew i lasów, i dalej, do miłości, utraty, epifanii wywoływanych przez miejsce. To bardzo piękna podróż. Wyobrażam sobie niejeden las, do którego od swojego biurka, wykonanego z drzew ściętych przed narodzinami moich babek, przechodziłabym chętniej niż do przemocy przeciwko mojej płci.

Ale biurko, przy którym siedzę, dostałam od kobiety, którą usiłował zabić mężczyzna; i sądzę, że przyszła pora, by opowiedzieć, jak z mojej perspektywy wyglądało dorastanie w społeczeństwie, którego wielu członków wolałoby, by takie osoby jak ja były martwe lub nieme, a także o tym, jak zyskałam głos i jak wreszcie nadszedł czas, by ten głos wykorzystać – głos, który najtrafniej wyrażał to, co chcę wyrazić, gdy samotnie siedziałam przy biurku i bezgłośnie mówiłam za pomocą stukających w klawiaturę palców – i podjąć próbę opowiedzenia historii, których nikt dotychczas nie opowiedział.

Wspomnienia to – w najbardziej konwencjonalnym ujęciu – opowieści o przezwyciężaniu trudności, historie o ostatecznym zwycięstwie, o tym, jak dzięki pracy nad sobą i determinacji udaje się rozwiązać osobiste problemy. To, że wielu mężczyzn chciało i wciąż chce krzywdzić kobiety, szczególnie młode, że wielu ludzi czerpie z tej krzywdy przyjemność, a jeszcze więcej ludzi ją lekceważy, wpłynęło na mnie w sposób bardzo osobisty, remedium jednak nie mogło być osobiste. Nie istniała taka zmiana, którą mogłabym wprowadzić w swojej psychice czy życiu, by w jej następstwie problem stał się możliwy do zaakceptowania albo zniknął; nie dało się też zostawić go za sobą, bo nie było dokąd iść.

Te problemy były głęboko zakorzenione w społeczeństwie i może w świecie, w którym się znalazłam, a wysiłek wkładany w to, by przeżyć pomimo nich, był również wysiłkiem, by je zrozumieć i ostatecznie rozwiązać, tak by przestały istnieć nie tylko w moim życiu, lecz w życiu wszystkich. Istniały jednak sposoby na przełamanie milczenia będącego częścią problemu; oznaczały bunt, przebudzenie się do życia, poczucie mocy, by opowiadać historie, własne i cudze. Las opowieści, nie pojedyncze drzewa, a pisanie jako mapa pewnych ścieżek w tym lesie.

Wszechobecna przemoc

Miało się wtedy poczucie, że to zjawisko jest wszechobecne. I poczucie to nie zmieniło się do dziś. Mogłaś ponieść krzywdę niezbyt wielką – zostać obrażona czy obrzucona pogróżkami, które miały na celu przypomnieć ci, że nie jesteś bezpieczna ani wolna, ani nie posiadasz niezbywalnych praw – albo krzywdę większą, jeśli padłaś ofiarą gwałtu, albo jeszcze większą, gdy padłaś ofiarą gwałtu z porwaniem, torturowaniem, uwięzieniem i okaleczeniem, czy największą, jeśli padłaś ofiarą morderstwa; również wcześniejszym przejawom agresji zawsze towarzyszyło prawdopodobieństwo śmierci. Mogłaś zostać trochę wymazana ze świata, tak że zostało ciebie mniej – mniej pewności siebie, mniej wolności – albo twoje prawa mogły być stopniowo ograniczane, twoje ciało napastowane tak, że coraz mniej należało do ciebie, mogłaś wreszcie zostać całkowicie usunięta z historii i żadna z tych możliwości nie zdawała się nierealna. Wszystko to najgorsze, co przydarzyło się innym kobietom, ponieważ były kobietami, mogło przydarzyć się i tobie, ponieważ jesteś kobietą. Nawet jeśli cię nie zabito, to zabito coś w tobie: twoje poczucie wolności, równości, wiary w siebie.

Moja przyjaciółka Heather Smith powiedziała niedawno, że młodym kobietom zaleca się, by „ani na moment nie przestawały wyobrażać sobie, że są mordowane”. Od dzieciństwa pouczano nas, czego nie powinnyśmy robić: nie chodzić tam i tam, tam i tam nie pracować, nie wychodzić z domu o tej i o tej porze, nie rozmawiać z tymi i tymi ludźmi, nie wkładać tej i tej sukienki, nie pić tego i tego drinka, odmawiać sobie przygód, niezależności, samotności; powstrzymywanie się było jedyną oferowaną formą zabezpieczenia przed krwawym końcem. Jako późna nastolatka i dwudziestokilkulatka byłam bezustannie molestowana seksualnie na ulicy, i nie tylko na ulicy, przy czym słowo „molestowana” nie oddaje poczucia zagrożenia, jakie często wisiało w powietrzu.

###banner###

Według żołnierza piechoty morskiej Davida J. Morrisa, autora książki o zespole stresu pourazowego (PTSD), u ofiar gwałtu zespół ten występuje znacznie częściej niż u weteranów wojennych i znacznie rzadziej jest leczony. W liście do mnie Morris pisze tak: „Nauka ma w tej kwestii pełną jasność – według »New England Journal of Medicine« prawdopodobieństwo wystąpienia zdiagnozowanego przez specjalistów PTSD jest czterokrotnie większe na skutek gwałtu niż w wyniku udziału w czynnościach wojennych. Proszę sobie wyobrazić – bycie ofiarą gwałtu zaburza psychikę cztery razy bardziej niż walka na wojnie, znajdowanie się pod ostrzałem, w zasięgu wybuchających pocisków. A ponieważ nie istnieją obecnie narracje kulturowe, które pozwalałyby kobietom postrzegać przetrwanie gwałtu jako czyn bohaterski czy honorowy, potencjalne trwałe szkody są jeszcze większe”.

Na wojnie ludzie, którzy usiłują cię zabić, są zwykle po drugiej stronie. W przypadku zabójstw kobiet tymi ludźmi są mężowie, partnerzy, koledzy, koledzy kolegów, faceci spotkani na ulicy, kumple z pracy, chłopcy poznani na imprezie czy w akademiku, a w tygodniu, kiedy piszę te słowa, mężczyzna, który wezwał Lyfta, zadźgał na śmierć ciężarną kobietę, będącą jego kierowcą, inny mężczyzna wszedł do banku i zastrzelił pięć kobiet, a jeszcze inny zastrzelił młodą kobietę, która go przygarnęła, gdy rodzice wyrzucili go z domu, a to raptem kilka przykładów krwawej jatki, które przebiły się do mediów. Morris nazywa PTSD „życiem na łasce i niełasce najgorszych wspomnień”. Sugeruje też, że wojna, rozumiana jako atmosfera przesycona lękiem przed atakiem, okaleczeniem, unicestwieniem, w której się bez przerwy przebywa i w której takie rzeczy spotykają osoby z bliskiego otoczenia, może spowodować u kogoś uraz, nawet jeśli on sam nie dozna szkód na ciele, lęki zaś mogą go prześladować długo po tym, jak minie ich bezpośrednia przyczyna. Na ogół gdy pisze się o traumie przemocy na tle płciowym, opisuje się tę przemoc w kategoriach odosobnionego potwornego zdarzenia czy wyjątkowo niefortunnej znajomości, tak jakby akty przemocy zdarzyły się nagle, tak jak nagle wpada się do wody; a co jeśli pływamy w tej wodzie przez całe życie i jak okiem sięgnąć nie widać suchego lądu?

Mnóstwo kobiet pada ofiarą zabójstw w filmach, piosenkach i powieściach, a także w świecie rzeczywistym i każda śmierć jest jak drobna rana, mały ciężar, jak przekaz, że to mogłam być ja.

Spotkałam kiedyś buddyjskiego świętego męża, który nosił na sobie otrzymane od współwyznawców wota – obładowali go maleńkimi symbolami tak, że dźwigał na sobie dziesiątki kilogramów pobrzękujących przy każdym ruchu ludzkich zgryzot. My, kobiety, nosiłyśmy napawające grozą historie jak niewidzialny ciężar, jak kajdany, które wiecznie ciągnęłyśmy za sobą. Ich brzęk stale przypominał: „To mogłaś być ty”. W tamtym okresie pozbyłam się jedynego telewizora, jaki w życiu posiadałam, małego czarno-białego odbiornika, który stał w pokoju mojej babci ze strony matki w domu opieki, a stało się to niedługo po tym, jak pewnego wieczoru przełączałam kanały i na każdym pokazywano morderstwo młodej blondynki. To mogłam być ja.

Czułam się osaczona, zaszczuta. Kobiety i dziewczyny stale padały ofiarami napaści nie za coś, co zrobiły, ale dlatego, że były pod ręką, kiedy mężczyzna miał ochotę je – nasuwa się tu słowo „ukarać”, choć można by zapytać za co. Nie za to, kim były, ale za to, czym były. Czym byłyśmy. Tak naprawdę jednak za to, kim był on, mężczyzna, który pragnął krzywdzić kobiety i uważał, że ma do tego prawo. Ma prawo zademonstrować, że jego moc jest równie nieskończona jak jej niemoc. W  sztuce męczeństwo i  śmierć kobiety pięknej, młodej, bądź jednej i drugiej naraz, zawsze przedstawiane było jako erotyczne, podniecające, przynoszące spełnienie; mimo iż z wypowiedzi polityków i  komunikatów mediów płynie formułowany z wielką pewnością siebie przekaz, że naznaczone przemocą zbrodnie to czyny ludzi daleko odbiegających od normy, pragnienie tego rodzaju zbrodni uwzniośliły filmy Alfreda Hitchcocka, Briana de Palmy, Davida Lyncha, Quentina Tarantino czy Larsa von Triera, liczne horrory, liczne inne filmy, powieści, a następnie gry komputerowe i powieści graficzne, w których ukazane w drastycznych szczegółach morderstwo kobiety czy kobiece zwłoki stanowią standardowy element fabuły i obiekt estetyczny. Jej unicestwienie było jego spełnieniem. Docelowi odbiorcy tego rodzaju utworów najwyraźniej postrzegali to jako erotyczne, ponieważ w  prawdziwym życiu wciąż przybywało kobiet, które padały ofiarami przestępstw natury seksualnej, a później morderstw, zaś lęk przed napaścią, przed gwałtem był również lękiem przed brutalną śmiercią. (…)

Gdy piszę ten tekst, pojawiają się nowe seriale telewizyjne o przerażających torturach, ćwiartowaniu i morderstwach, których ofiarami padają kobiety. Jeden z nich jest luźno oparty na historii tortur i śmierci 22-letniej Elizabeth Short w Los Angeles w 1947 r., z niestosowną elegancją nazwanej „morderstwem Czarnej Dalii”; drugi opowiada o Tedzie Bundym, seryjnym oprawcy, gwałcicielu i mordercy z  lat 80., w  którego wciela się przystojny młody gwiazdor. Nie jest to bynajmniej pierwszy film o Bundym, a wokół morderstwa Elizabeth Short zdążył wyrosnąć nieduży przemysł wydawniczy. Kiedy na rynku zadebiutowały perfumy Dahlia Noir, reklamowane przez Givenchy hasłem „śmiertelny kwiat”, zastanawiałam się, czy kobiety mają marzyć o tym, by pachnieć jak okaleczone zwłoki. Już w dawnych balladach pełno było gwałtów, morderstw i poważnych uszkodzeń ciała, tak jak obecnie w piosenkach pop, od Johnny’ego Casha przez Rolling Stonesów po Eminema[i].

Feministki wcześniejszej epoki twierdziły, że gwałt to akt władzy, nie przyjemności erotycznej, choć istnieją mężczyźni, dla których własna moc bądź niemoc kobiety stanowi najsilniejszy bodziec erotyczny. Istnieją również kobiety o takich gustach, uczymy się więc, że nasza bezbronność i zagrożenie mają posmak erotyczny, i mamy do wyboru albo zaakceptować wiążące się z nimi narracje i tożsamość, albo je odrzucić, albo się z nimi zmagać. W 2018 r. Jacqueline Rose napisała: „Molestowanie seksualne to wielki męski spektakl, akt, poprzez który mężczyzna przekonuje obiekt swoich poczynań nie tylko o tym, że to on w tej parze ma władzę – co jest prawdą – ale również o tym, że jego władza i jego seksualność to jedno i to samo”.

Zakłamywanie rzeczywistości

Wszystkie incydenty, które mi się przydarzyły, postrzegano jako odosobnione i stanowiące wyjątek od normy, ale nagromadziło się ich mnóstwo i zdecydowanie stanowiły one część rzeczywistości, a nie jej zaprzeczenie czy coś, co znajduje się poza jej zakresem. Gdy o nich opowiadałam, wprawiałam słuchaczy w dyskomfort, a najczęstszą reakcją, z jaką się spotykałam, było wskazywanie, co zrobiłam źle. Z ust niektórych mężczyzn zdarzało mi się słyszeć, że nie mieliby nic przeciwko temu, żeby być obiektem molestowania seksualnego – najwyraźniej nie potrafili sobie wyobrazić, że molestowanie może być czymś innym niż miłe oznaki zainteresowania ze strony atrakcyjnych osób. Nikt nie zaoferował pomocy w postaci uznania moich przeżyć za prawdziwe czy potwierdzenia, że mam prawo do bezpieczeństwa i wolności.

Było to coś w rodzaju zbiorowego zakłamywania rzeczywistości. Życie podczas wojny, której nikt w moim otoczeniu nie uważał za wojnę… – miałabym ochotę dokończyć słowami „doprowadziło mnie do obłędu”, ale kobiety aż nazbyt często oskarża się o szaleństwo, po to, by podważyć ich zdolność do dawania świadectwa i zakwestionować rzeczywistość, z której zdają sprawę. Poza tym w tego rodzaju wypadkach szaleństwo to często eufemistyczne określenie niezmiernego cierpienia. Dlatego nie powiem, że to doprowadziło mnie do obłędu – natomiast uczyniło ze mnie osobę lękliwą, niespokojną, oburzoną i stale wyczerpaną.

Mogłam albo oddać swoją wolność walkowerem, albo narazić się na niebezpieczeństwo utracenia jej w najgorszy do wyobrażenia sposób. Jedną z metod doprowadzania kogoś do szaleństwa jest wmawianie tej osobie, że to, co przeżyła, tak naprawdę się nie zdarzyło, że warunki zewnętrzne, które skutkują jej poczuciem osaczenia, to czysty wymysł, że problemy są wydumane, a jeżeli czuje się zestresowana czy rozbita, świadczy to o tym, że przegrała; za wygraną uznano by konsekwentne zachowywanie milczenia lub wyrzeczenie się tego, co się wie. Z takiego właśnie niemożliwego położenia startują buntowniczki, które decydują się na ryzyko i etykietę przegranych, oraz więźniarki, które wybierają podporządkowanie się. (…)

W mediach i w rozmowach towarzyskich popularne było udawanie, że mordercy i gwałciciele to mężczyźni z marginesu, „oni”, nie „my”, niemniej w tym właśnie czasie w mojej rodzinnej miejscowości, niecałe 50 km na północ od San Francisco, biały mężczyzna, wiceprezes banku, pod nieobecność żony i córki, które wyjechały na obóz dla skautek, udusił nastoletnią prostytutkę. Była to epoka Nocnego Stalkera i białego mężczyzny w średnim wieku znanego jako Zabójca ze Szlaków (który gwałcił i zabijał kobiety wędrujące tymi szlakami co ja), Gwałciciela Podduszacza i Zabójcy Miss Piękności, Zabójcy z Green River i Gwałciciela w Kominiarce Narciarskiej oraz wielu innych mężczyzn, którzy grasowali po zachodnim wybrzeżu USA, a nie dorobili się przydomków.

Dwa czy trzy lata przed początkiem historii, którą opowiadam, nieopodal San Francisco zbiegła z domu 15-latka została porwana i zgwałcona, po czym gwałciciel odrąbał jej ręce, sądząc, że wykrwawi się na śmierć w przepuście drogowym, do którego ją zawlókł. Ona jednak przeżyła, złożyła zeznania i zbudowała sobie normalne życie.

Sprawca, który trafił do więzienia, po wyjściu na wolność zamordował inną kobietę. Ani ja, ani ta przyjaciółka, od której dostałam biurko, nie mogłyśmy przestać myśleć o tej okaleczonej kobiecie. Jej historię odnalazłam później w Szekspirowskim Tytusie Andronikusie – Lawinia zostaje zgwałcona, odcina jej się ręce i język, lecz mimo to udaje jej się ujawnić tożsamość sprawcy. I w mitologii greckiej szwagier najpierw gwałci Filomelę, a potem obcina jej język, by nie mogła o tym opowiedzieć.

Słyszałam i  czytałam wiele relacji kobiet, na które wpłynął jeden odosobniony przypadek brutalnej napaści, we mnie jednak przerażenie budziła wszechobecność tego rodzaju przemocy. Nie odstępowało mnie w tamtych czasach uczucie grozy, poczucie, że w  najbliższej przyszłości moje ciało może przeżyć koszmar. Istniała wielka wściekła paszcza, która chciała mnie pożreć, tak by nie został nawet ślad, i mogła się ona rozewrzeć niemal w każdym miejscu na Ziemi.

Połączenie kropek

Nigdy nie byłam bezpieczna, lecz moje przerażenie wynikło chyba częściowo z tego, że przez kilka lat sądziłam, że może bezpieczeństwo jest możliwe, że przemoc ze strony mężczyzn występowała tylko w moim domu rodzinnym, dlatego można było zostawić ją za sobą. Napisałam kiedyś, że wychowałam się w świecie na opak – bezpiecznie było wszędzie, tylko nie w domu. Rzeczywiście, gdy byłam dzieckiem wychowującym się na osiedlu na skraju miasteczka, cała okolica wydawała mi się bezpieczna, swobodnie włóczyłam się i po ulicach i po wzgórzach; i jedne, i drugie miałam tuż za progiem. Marzyłam o tym, żeby uwolnić się od domu, i planowałam to już jako kilkulatka, sporządzałam listy rzeczy, które muszę spakować, kiedy będę uciekać. Odkąd się wyprowadziłam, w ścianach własnego domu już prawie nigdy nic mi nie groziło, od tamtego czasu jednak często miałam poczucie, że jestem bezpieczna jedynie tam i nigdzie indziej.

Jako 12-, 13-, 14- i 15-latka spotykałam się z nagabywaniem i namawianiem na seks ze strony dorosłych mężczyzn z dalszych kręgów rodziny i znajomych; byłam też obiektem napastowania na ulicy. Istnieją nieobecności tak zupełne, że nieobecna jest nawet wiedza o nieobecności; pewnych braków nie ma nawet na liście tego, czego brakuje. Tak właśnie, jak zorientowałam się dopiero niedawno, było z głosem, którym mogłabym powiedzieć: „Nie, nie jestem zainteresowana, zostaw mnie w spokoju”

Często mówi się, że kogoś próbuje się „uciszyć”, co zakłada, że ten ktoś próbował mówić. W moim przypadku nie było mowy o uciszaniu, ponieważ nikt nie powstrzymywał mnie od wypowiedzi – nawet nie zaczęłam się wypowiadać, a jeśli zaczęłam, to zostałam zakneblowana tak dawno, że nie pamiętam, jak to się stało. Nigdy nie przyszło mi na myśl, żeby odezwać się do mężczyzn, którzy mnie nagabywali, ponieważ nie przyszło mi na myśl, że mam prawo zamanifestować w ten sposób swoją wolę ani że oni mogliby musieć czy chcieć tę wolę uszanować, ani że moje słowa mogłyby przynieść jakiś skutek, poza pogorszeniem mojego położenia.

Stałam się specjalistką od usuwania się w cień, od wymykania i wycofywania się, od wysmykiwania się z niewygodnych sytuacji, od unikania niechcianych uścisków, pocałunków i dotknięć, od zajmowania coraz mniej miejsca w autobusie, gdy kolejny mężczyzna zawłaszczał ciałem moją przestrzeń, od stopniowego dystansowania się i nagłej nieobecności. Od sztuki nieistnienia, ponieważ istnienie było jednym wielkim zagrożeniem. Była to strategia, której trudno było się oduczyć i nie stosować wówczas, kiedy chciałam pewnym krokiem zbliżyć się do jakiegoś mężczyzny. Jak podejść do kogoś z otwartym sercem i otwartymi ramionami, gdy całymi latami, przedtem i potem, praktykowało się przetrwanie za pomocą uników? Przez wszechobecne niebezpieczeństwo trudno było zatrzymać się w miejscu i zaufać na odpowiednio długo, by powstała więź, ale trudno też było korzystać z wolności poruszania się; czasami miałam wrażenie, że wszystko to miało na celu zamurowanie mnie w domu jak w przedwczesnej trumnie.

Chodzenie było moją wolnością i radością, najtańszym środkiem transportu, moim sposobem na poznawanie różnych miejsc, moim sposobem bycia w świecie, moją metodą namysłu i nad życiem, i nad pisaniem, moją metodą ustalania, w jakim miejscu się w danej chwili znajduję. Nie byłam gotowa zaakceptować tego, że chodzenie może być zbyt niebezpieczne, choć wyglądało na to, że wszyscy inni skwapliwie zaakceptowaliby to w moim imieniu. Bądź więźniarką, namawiali z uśmiechem; pogódź się z zupełnym ograniczeniem mobilności, zamknij się w czterech ścianach jak pustelnica! A ja odczuwałam przymus pójścia przed siebie, który był po części metafizyczną potrzebą stworzenia własnego życia, stawania się i przemieniania, działania; dosłowne przemieszczanie się w przestrzeni dawało wyraz temu pragnieniu i upust napięciu. Za nic nie zgodziłabym się zrezygnować z chodzenia. Traktowałam je jako sposób myślenia, odkrywania, bycia sobą – rezygnacja z chodzenia oznaczałaby rezygnację z tego wszystkiego.

Pewnego dnia, gdy mijałam mały park na wschód od mojej dzielnicy, przechodzień, którego widziałam pierwszy raz w życiu, splunął mi w twarz, nawet nie zwalniając kroku. Mimo że w pobliżu znajdowali się inni ludzie, czułam się sama.

Nie raz zdarzyło się, że gdy napastowano mnie w autobusie, inni pasażerowie udawali, że nic się nie dzieje, być może dlatego, że i w nich budził strach widok rozjuszonego mężczyzny, a może dlatego, że w tamtych czasach ludzie częściej uważali, że to nie ich sprawa, albo za tego rodzaju incydenty obwiniali kobiety. Mężczyźni nagabywali, wysuwali żądania, usiłowali nawiązać rozmowę, a ich usiłowania prędko przeradzały się w furię. Nie wiedziałam, jak mogłabym powiedzieć: „Nie, nie jestem zainteresowana”, tak by nie rozwścieczyć ich jeszcze bardziej, dlatego nie mówiłam nic. Nie sięgałam po słowa, bo nie mogły mi one w żaden sposób pomóc.

Zwykle spuszczałam wzrok, milczałam, unikałam kontaktu wzrokowego, starałam się nie rzucać w oczy, być jak najbardziej nieobecna, nieistotna – nie tylko niesłyszalna, ale też niewidzialna – ponieważ bałam się eskalacji. Wymazywałam się z rzeczywistości, na ile tylko było to możliwe, ponieważ „być” oznaczało „być celem”. Mężczyźni wdawali się z moim milczeniem w dialog, a czasami w awanturę. Wrzeszczeli, że jestem im winna słowa, posłuszeństwo, szacunek, usługi seksualne. Kiedy zdarzyło mi się zrugać śledzącego mnie mężczyznę – białego i dobrze ubranego – takim samym naszpikowanym wulgaryzmami językiem, jakiego on używał, wobec mnie, wywołałam u niego autentyczny szok, a potem usłyszałam, że mnie zabije. Działo się to w biały dzień w dzielnicy turystycznej, więc pewnie nawet nie spróbowałby spełnić groźby, była to jednak budząca grozę nauczka, co mogę wskórać za pomocą mowy. (…)

Często powtarzano mi, że zmyślam albo przesadzam, że trudno uwierzyć, że mówię prawdę, i ten brak wiary w to, że potrafię wiernie przedstawiać swoje przeżycia i  interpretować świat, dokładał się do erozji przestrzeni, w której mogłabym istnieć, mojej wiary w siebie, nadziei, że w tym świecie jest dla mnie miejsce i że mam do powiedzenia coś, co może zostać wysłuchane i potraktowane poważnie. Trudno jest zaufać sobie, gdy nie natrafia się na zaufanie ze strony innych; wtedy zaufanie sobie oznacza automatyczne ustawienie się w kontrze do reszty świata. To wszystko może sprawić, że człowiek poczuje się szalony i zostanie nazwany szalonym. Nie każdy potrafi coś takiego znieść. Kiedy twoje nie jest ani własne ciało, ani prawda, którą wypowiadasz, to co możesz nazwać swoim?

W wieku 21 czy 22 lat wybrałam się na imprezę sylwestrową do znajomych gejów, którzy mieszkali za miastem w hrabstwie Marin, w rewirze Zabójcy ze Szlaków i owego bankiera mordercy. Mój chłopak był oświetleniowcem koncertu, ale miał do mnie dołączyć o północy. Sumienne podejście do obowiązków zatrzymało go w pracy dłużej i było mi smutno, że nie świętujemy razem nadejścia Nowego Roku. Nie miałam wtedy samochodu, a ponieważ nie chciałam nikogo prosić, żeby mnie podwiózł, sporo po północy wyruszyłam pieszo do oddalonego mniej więcej o 2 km domu matki, do którego mogłam wejść i, nie przeszkadzając nikomu, przespać się na sofie. Może matki wtedy nie było – tego akurat nie pamiętam, za to pamiętam dokładnie, co działo się wcześniej.

Idąc chodnikiem wzdłuż głównej ulicy prowadzącej od domu znajomych do domu mojej matki, zorientowałam się, że ktoś idzie za mną. Obróciłam się. Był to zwalisty mężczyzna o krzaczastej brodzie i długich włosach. Przyspieszyłam kroku. Szedł tuż za mną, krok w krok, w nienaturalnej odległości, i byliśmy o tej porze jedynymi pieszymi. Było ciemno, krzewy oddzielające od siebie pogrążone w ciemności domy rzucały nierówne cienie, mój i jego cień rosły i kurczyły się, gdy mijaliśmy kolejne latarnie, a w świetle reflektorów przejeżdżających samochodów cienie wirowały i na moment znikały.

Gdy tylko spostrzegłam jego obecność, zaczął do mnie mówić; cichym, nieprzerwanym potokiem słów przekonywał, że mnie nie śledzi, że nie powinnam ufać swojemu osądowi – był to przyspieszony kurs z zakłamywania rzeczywistości, który miał na celu podważyć moją zdolność oceny sytuacji i podejmowania decyzji. Wypowiadane pewnym tonem przekonujące zdania zdezorientowały bardzo młodą kobietę, jaką wtedy byłam. Mężczyzna najwyraźniej miał spore doświadczenie. Zastanawiałam się później, jaką krzywdę wyrządził innym kobietom, i  przed moim zetknięciem się z nim, i potem.

Młode kobiety stanowią łatwy cel w ogromnym stopniu dlatego, że wątpią w siebie i dają pierwszeństwo innym. Gdyby to działo się dzisiaj, zatrzymywałabym machaniem samochody, stanęłabym na środku jezdni, krzyczała, waliła w drzwi najbliższych domów, zaufała własnej ocenie zagrożenia i podjęła każde działanie, które z  jakimś prawdopodobieństwem mogło mnie od tego zagrożenia uchronić. Domagałabym się pomocy, wszystko jedno od kogo, od każdego. Byłam jednak młoda, nauczona nieprzysparzania kłopotów i pozwalania innym, by decydowali o tym, co jest do przyjęcia, a nawet co jest rzeczywiste. Dopiero wiele lat później przestałam pozwalać mężczyznom wmawiać mi, co zaszło, a co nie zaszło.

Tamtej nocy, na ciemnym chodniku, zachowywałam się tak, jakby to się nie działo; przeszłam jednak przez ulicę, żeby sprawdzić, czy mężczyzna pójdzie za mną. Przyczepił się do mnie jak rzep. Droga dłużyła mi się niewyobrażalnie, ale miałam nadzieję, że dotrę na miejsce, zanim on zaatakuje. Myślałam, że jeśli nie zrobię nic, by przerwać impas, to może on też nic nie zrobi. Mijały mnie samochody. Cienie wirowały. Znów przeszłam przez ulicę. On za mną. I znów. I znów. Wreszcie, gdy od domu matki dzieliło mnie kilka przecznic, zatrzymał się koło mnie samochód osobowy, kierowca otworzył drzwi od strony pasażera i zaproponował, że mnie podwiezie.

Stalker odezwał się z bardzo bliska: „Nie wiesz, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż wsiadanie do samochodu obcego mężczyzny?”. Wbijano mi to głowy, oczywiście, dlatego się zawahałam.

Ostatecznie jednak wsiadłam.

Kierowca powiedział: „Minąłem cię już wcześniej i uznałem, że to nie moja sprawa. Ale potem pomyślałem, że to wygląda jak scena z Hitchcocka, i zawróciłem”.

Jestem wdzięczna, że mężczyzna ocalił mnie przed innym mężczyzną. Ale żałuję, że znalazłam się w scenie jak z Hitchcocka i że trzeba było mnie ocalić.

Mimo że byłam śledzona, obrzucana wyzwiskami, napastowana, obmacywana, mimo że nie raz obcy ludzie grozili mi śmiercią, znajomi mężczyźni zastraszali, a inni narzucali się długo po tym, jak próbowałam ich zniechęcić, nie padłam ofiarą gwałtu, wiele moich znajomych to jednak spotkało, a w młodości wszystkie żyłyśmy na co dzień z zagrożeniem gwałtem, jak większość kobiet w większości miejsc na Ziemi. Nawet jeśli cię to nie dotyka, i tak cię dotyczy. Przez wszystkie te lata zwracałam uwagę na króciutkie, jedno- czy dwuakapitowe wzmianki poupychane na ostatnich stronach gazet, wypowiadane przelotnie w wiadomościach zdania o ćwiartowanych prostytutkach, mordowanych dzieciach, torturowanych i więzionych młodych kobietach, o żonach i dzieciach zabijanych przez mężów i ojców i o innych ofiarach zbrodni, traktowanych jak odosobnione przypadki, na pewno nie jak część wzoru, który należałoby nazwać. Połączyłam kropki, ujrzałam epidemię, mówiłam i pisałam o dostrzeżonych wzorach i przez 30 lat czekałam, aż stanie się to tematem debaty publicznej.

Tłumaczyła Agnieszka Pokojska

Fragment Wspomnień z nieistnienia Rebekki Solnit, które ukażą się w kwietniu bieżącego roku nakładem Wydawnictwa Karakter

Śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji

[i] Fakt, że mężczyzn ze społecznego marginesu karze się za przemoc seksualną, przede wszystkim przemoc wobec białych kobiet, a mężczyzn pochodzących z uprzywilejowanych środowisk i obdarzonych władzą się za to nie karze, odsłania i uprawomocnia pewną hierarchię wartości. Chroni się nie kobiety jako takie, lecz tych, którzy mają prawo własności do pewnych kobiet, co wynikało jasno z niegdysiejszych praw (gwałt traktowano jako naruszenie bądź uszkodzenie mienia innego mężczyzny; w Stanach Zjednoczonych aż do lat 80. przepisy dawały mężowi prawo do gwałcenia żony; prawie nigdy nie karano białych mężczyzn za gwałt dokonany na kobiecie innej rasy).

Artykuł pojawił się w numerze: Rebecca Solnit. Głos oporu i nadziei