Kreśląc portret takiego jak on, trudno zdecydować, czy zacząć od narodzin czy śmierci – śmierć wypada tutaj o niebo ciekawiej niż narodziny. Sam zresztą albo nigdy swojego autoportretu nie namalował, albo taki zniknął. Bo zaginęło prawie wszystko. Zanim jego ocalałe dzieła spłonęły w czasie powstania warszawskiego, wszystko rozdał, sprzedał albo zgubił. Miał dziwny zwyczaj – po wystawie swoich prac (mówimy tu o fest wystawach: Zachęta, Paryż, Berlin) na pytanie organizatora, co z nimi począć, kazał się ich pozbyć. Gdy Anatol Stern, przymierzając się po wojnie do jego monografii, wysłał list do brata zmarłej Teresy Żarnowerówny, która mogła posiadać kilka jego prac, dostał zwrotkę z czarną naklejką: dead. Czuły i pomocny, a potrafił dać w pysk. Opisywały go w zasadzie same sprzeczności. Był jak meteor, a jego pisma – zapomniane podobnie jak sama postać – brzmią w erze wirtualnej gadki szmatki wyjątkowo…
Autor m.in. Podkrzywdzia i Bez. Ostatnio wydał Dom ojców, opowieść o uprawie ziemi i prehistorii. Mieszka w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej