Jak powinien
dobiegać głos poety
W latach zerowych
tego spazmatycznego,
kurczliwego wieku
strachu i bredni
gdzieś w Szwajcarii
był skłot
całkiem precyzyjnie
wtopiony w piękną,
obrośniętą psim winem
kamienicę: i kiedy ktoś
dokładnie się mu
przyjrzał, to dostrzegał
zwisające między łozami
dwa cieniutkie kabelki,
na końcu których skromnie
skrzyły się dwie
łyżeczki deserowe.
Po ich zetknięciu
piętro wyżej zamykał się
dwunastowoltowy obieg
elektryczny, w który
wpojony był żołnierzyk
na baterię (dobosz
Gwardii Watykańskiej
w stroju przed-
napoleońskim)
maszerujący i bijący
w mikroskopijny bębenek.
Jeśli nikt go nie powstrzymał,
po trzydziestu centymetrach
wykładał się jak długi
na świńsko podłożonym
prożku, nabitym na stałe
obłupku z kostki
od polskiej palety,
bo wszystkie palety
były z Polski, wprost
na włącznik od złodziejki,
zamykając tym samym
dwustutrzydziestowoltowy
obieg elektryczny, do którego
kolejne piętro wyżej
podłączono
odkurzacz starego typu
wydychającą stroną
dmący w trąbkę.
Tak powinien dobiegać głos poety.
Konrad Góra, Wiersze zebrane (2008–2025), WBPiCAK, Poznań 2025, s. 589
Przeczytałem ten wiersz po raz pierwszy przed czterema laty. Wydrukowany w „Tygodniku Powszechnym” jako zapowiedź tomu Dzień został w nocy. Wiersze miłości i z nienawiści, towarzyszył rozmowie, jaką z Konradem Górą przeprowadziła Urszula Honek. Potem nabyłem sam tom, zaznaczyłem sobie w nim wiersz i często do niego wracałem, a nawet kilka razy zbierałem się, żeby o nim napisać. Zmobilizowała mnie dopiero wiadomość, że pojawiły się Wiersze zebrane poety (Poznań 2025). A kiedy byłem już w połowie pracy, ogłoszono, że Konrad Góra został tegorocznym laureatem Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius za całokształt twórczości.
Dodajmy, że nie jest to pierwszy Silesius dla tego twórcy; w 2020 za najlepszy tom wydany w roku poprzednim jury Silesiusa uznało Kalendarz majów, piątą poetycką książkę Góry. 48-letni poeta jest więc twórcą docenionym, wpisanym – jak się wydaje – na trwałe do kanonu polskiej literatury XXI w. Zwracam uwagę na te fakty, bo są one istotne także dla interpretacji wybranego przeze mnie wiersza. Do refleksji nad tym, jak „powinien dobiegać głos poety”, zaprasza ktoś, kogo głos jest słyszalny, rozpoznawalny i intrygujący. Ten głos, owszem, ustawiony jest tak, jakby był głosem z offu, głosem outsidera i anarchisty. Każdy, kto był na spotkaniu autorskim z Konradem Górą, wie, że poeta nie wpisuje się w schemat takich spotkań, lecz narzuca własne warunki rozmowy. (Ślad tej postawy znajdziemy także we wspomnianym wywiadzie Urszuli Honek). Nie sposób jednak zaprzeczyć, że Góra jest poetą cieszącym się szerokim uznaniem, a jego kolejne książki – a nawet pojedyncze wiersze publikowane w mediach społecznościowych – od razu budzą zainteresowanie i reakcję.
Zacznijmy od sformułowania, które pojawia się w tytule wiersza. Zwykle, jako piszący, pytani jesteśmy o to, czy głos poetek i poetów jest dziś słyszalny. Czy ten głos – „cienki jak włos”, jak pisał Tadeusz Różewicz – jest jeszcze brany pod uwagę?
Tymczasem u Góry problem zostaje odwrócony: nie chodzi o to, jak ten głos brzmi, co się nań składa ani co z tym głosem zrobią odbiorcy, czy go usłyszą, czy go wysłuchają – tylko o to, jak ów głos „powinien dobiegać”. Czasownik „dobiegać” jest tu przez poetę bardzo przekornie i zarazem trafnie użyty.
W potocznej polszczyźnie łączy się on najczęściej z „odgłosami”, „szmerami”, „hałasem”, czymś, co dociera do nas zza jakiejś przeszkody: ściany, drzwi, lasu itd. Głos poety także musi pokonać jakąś przeszkodę, choćby tylko odległość dzielącą go od potencjalnych słuchających. Jak ustawić ów głos, żeby nic nie stanęło mu na drodze?
Odpowiedź, jakiej udziela Góra, jest charakterystyczna. Zamiast wypowiadać wprost tę czy inną myśl, lepiej posłużyć się obrazem, anegdotą, skojarzeniem. Nie ma przy tym znaczenia, czy ta anegdota jest prawdziwa, to znaczy wzięta z życia, czy nie. Istotniejsze jest samo założenie. Odpowiedź dyskursywna, pojęciowa zawsze będzie uboższa od tego, co można osiągnąć za pomocą dobrze narysowanej sceny. W niektórych wierszach Góry obraz, jaki otrzymujemy, jest nieostry, chaotyczny, czasem rozpada się na kilka lub kilkanaście niespójnych fragmentów. Tu akurat inaczej: mamy precyzyjnie poprowadzony opis osobliwego urządzenia, spełniającego funkcję dzwonka do drzwi. Poetę wyraźnie bawi demonstrowanie i objaśnianie jego skomplikowanej struktury; czytając o poszczególnych elementach, mamy wrażenie pogrążania się w jakimś absurdzie, a jednocześnie musimy przyznać, że są one połączone logicznie, skoro urządzenie działa. To chyba najważniejszy aspekt tego opisu: im bardziej jest logiczny i precyzyjny, tym większe wrażenie dziwności, niemożliwości, piramidalnego i komicznego nieporozumienia.
Opisany mechanizm tak bardzo skupia na sobie uwagę, że mogą nam umknąć cztery pierwsze linijki wiersza: „W latach zerowych / tego spazmatycznego, / kurczliwego wieku / strachu i bredni…”. A nie powinny, bo tworzą one znaczący kontekst następującego po nich opisu. Zauważmy, że takie otwarcie ustawia wiersz w bardzo szerokim planie: skupia naszą uwagę na sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się jako ludzkość. Określenia „spazmatyczny” i „kurczliwy” przypominają, jak przeżywane były pierwsze lata obecnego wieku. Nie był on witany z nadzieją. Ledwie się zaczął, a już przyprawić mógł o skurcz krtani i szybsze bicie serca. Na tym tle skłot w opuszczonej kamienicy, zasiedlonej przez „dzikich” lokatorów, w dodatku w Szwajcarii, będącej symbolem stabilności, jawi się jako swoista oaza spokoju. I kreatywności. Pomysłowy „dzwonek” to przykład, jak można rozmaite niepotrzebne, odrzucone elementy na nowo włączyć „w obieg”. Użyć ich w celu ochrony tego, co prywatne, osobne, usytuowane na marginesie. Nielegalne, ale dzięki temu także – niepodległe.
Zachęcam, żeby prześledzić uważnie, co składa się na opisany mechanizm i jakie w związku z tym budzą się skojarzenia. To, że dobosz zabawka nosi mundur Gwardii Papieskiej (tak brzmi oficjalna nazwa), nie jest chyba bez znaczenia, podobnie jak fakt, że podczas swej krótkiej wędrówki natyka się na przeszkodę wykonaną „z kostki / od polskiej palety, / bo wszystkie palety / były z Polski”.
Nie chcę za dużo podpowiadać, ale dostrzegam w tym opisie sporo subtelnego humoru. Powtarzam: to, czy takie urządzenie rzeczywiście istniało, czy nie (nigdy jakoś nie miałem śmiałości zapytać o to poety), nie ma większego znaczenia. Ważniejszy jest symboliczny potencjał owego mechanizmu: skomplikowanej, ale celowej struktury zbudowanej ze śmieci, odpadków, rzeczy przypadkowych. „Klecinki”, ale starannej i funkcjonalnej.
Zakończenie jest niby-puentą. Tak naprawdę powtarza bowiem treść i sposób postawienia problemu zawarty w tytule. Co z tą poezją? Co z głosem poety? Jak „powinien dobiegać” w tym „wieku strachu i bredni”? Sugestie, jak odpowiedzieć na te i podobne pytania, można już znaleźć w powyższych rozważaniach. Ale każda próba odpowiedzi wprost byłaby sprzeniewierzeniem wobec głównego założenia wiersza. Pozostańmy więc raczej przy obrazie: sugestywnym, dowcipnym, z lekka surrealnym. Poezja jako odkurzacz dmący w trąbkę? A dlaczego nie?!