Subskrybuj
Olga Drenda
fot. Adam Golec / Forum

Kruche, ale niezniszczalne

Mamy dziś do czynienia z masową produkcją przedmiotów, które nie są w stanie wygenerować sentymentu – za większością z nich nikt nie będzie tęsknił.

Zastanawiała się Pani, co zapakowałaby do walizki, gdyby musiała uciekać podobnie jak miliony ukraińskich uchodźców?

Rozmawiałam z ludźmi, którzy znaleźli się w takiej sytuacji. Okazuje się, że bardzo często o tym, co ze sobą zabierali, decydował przypadek, impuls. Mamy mało czasu, działamy pod silną presją i zdarza się, że zabieramy rzeczy losowe. Ale jest jedna rzecz, o której zawsze pamiętam i staram się mieć w zapasie – są to soczewki kontaktowe. Słabo widzę, więc ich brak uniemożliwiłby mi pracę i normalne funkcjonowanie. Wzięłabym je ze sobą nawet mimo mojego roztrzepania.

I tak jestem pod wrażeniem Pani pragmatyzmu. Muszę przyznać, że ja również to rozważam. I okazuje się, że nie mam przywiązania do rzeczy, w ogóle o nich nie myślę. Zapewne wzięłabym ze sobą dokumenty i może w jakimś odruchu książkę, ale żadnego tytułu nie darzę na tyle dużym sentymentem, by traktować go jako niezbędny w razie ucieczki. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest to związane z faktem, że w naszej części Europy stosunek do rzeczy jest zdominowany przez nieustanne poczucie tymczasowości. Pisał zresztą o tym Roch Sulima w Antropologii codzienności – nie ma już „rzeczy rodziny”, jak choćby „szafa gdańska”, która przechodziła z pokolenia na pokolenie.

Trochę tak jest. Ponadto wykorzenienie zmniejsza prawdopodobieństwo przywiązania się do jakiegoś przedmiotu. Pod koniec zeszłego roku Teatr Studio wystawił sztukę Doroty Masłowskiej Bowie w Warszawie. W jednej ze scen spektaklu matka i córka długo dialogują o utraconym po wojnie statusie społecznym. To groteskowa rozmowa, ponieważ reprezentują one rodzaj pamięci bezkompromisowo idealizujący przeszłość i nieustannie odnoszący się do odległych doświadczeń. Kobiety w rozmowie wspominają, jak po powstaniu warszawskim wynosiły z mieszkania nakastlik, czyli dekoracyjny stolik nocny. To zabawne, ponieważ jest to słowo typowe dla dawnego zaboru austriackiego, nieużywane w Warszawie, ale Masłowska posłużyła się nim celowo – ten mebel w swojej zbędności i anachroniczności kumuluje wspomnienia dawnej świetności i marzenia o tym, że uda się ją odrestaurować.

Bywają w pamięci rodzinnej takie przedmioty, często niebędące w użytku, których celem jest jedynie przechowywanie przeszłości. Moja babcia pochodziła ze wsi, a po wojnie przeniosła się do miasta, zabierając ze sobą kilka pamiątek z domu rodzinnego. Jedną z nich był przedmiot kompletnie już w tamtych czasach nieużyteczny – kołowrotek. Jego rola polegała na podtrzymywaniu więzi z domem rodzinnym, a przeznaczeniem okazało się stanie na strychu – nawet na wsi w jej regionach dawno nie przędzono, już wtedy był to przedmiot nadający się do muzeum etnograficznego.

Czy rzeczy, a zwłaszcza ich kolekcjonowanie i zbieranie, nie są przypadkiem przywilejem czasów pokoju?

Niekoniecznie. Wystarczy spojrzeć, jak szybko zapadają decyzje o ratowaniu muzeów czy bibliotek w sytuacji wojny bądź kataklizmu przyrodniczego. Przykładem jest, przeprowadzana od 1941 r. do 1944 r., wbrew wyraźnym zakazom niemieckim, ewakuacja najcenniejszych zabytków polskiego piśmiennictwa z lwowskich archiwów Ossolineum. Odruch ratowania dóbr materialnych pojawia się dość szybko nawet w okoliczności, kiedy, teoretycznie, priorytetem powinno być ocalenie własnego życia.

Nie sądzi Pani, że wytwarzanie rzeczy łączy się z pewnego rodzaju optymizmem? Po pierwsze, dlatego że stwarzając je, zakładamy, iż znajdzie się ktoś, kogo będzie na nie stać, kto będzie chciał je mieć. Po drugie, dlatego że w ich istnieniu zawiera się wizja przyszłości twórcy – gdyby projektanci rzeczy brali pod uwagę wichry historii, wojny i bombardowania, zapewne uwzględniliby je w tworzonych przez siebie przedmiotach. Po trzecie – na co wyraźnie zwraca Pani uwagę w Wyrobach – rzeczy powstają zwykle w momentach, kiedy mamy na to czas, nie jesteśmy zaabsorbowani walką o podstawowe potrzeby.

Tak, ale ten optymizm jest powiązany z pewnego rodzaju zaradnością. Wyroby, którym poświęciłam książkę, powstają często z przedmiotów oderwanych od swojej pierwotnej funkcji. Przypomina mi się teoria Lambrosa Malafourisa, który napisał bardzo interesującą książkę How Things Shape the Mind (Jak rzeczy kształtują umysł), łączącą antropologię przedmiotów z kognitywistyką. Malafouris twierdzi, że przedmioty kształtują nasz sposób bycia w świecie. Nie jest zatem tak, że tylko my, jako ludzie, nadajemy rzeczom znaczenie czy funkcję. One również wpływają na nas i nasz sposób rozumowania. Jakiś przedmiot może funkcjonować w zgodzie ze swoim pierwotnym przeznaczeniem, jednak może też inspirować do kolejnych pomysłów. Bardzo często dzieje się tak w przypadku wyrobów.

###banner###

W filmie Władysława Ślesickiego Rodzina człowiecza gospodyni nosi wodę i jedzenie dla kur w starym niemieckim hełmie. To niemal dokładna ilustracja biblijnego proroctwa o przekuciu mieczy na lemiesze – coś, co służyło działaniom wojennym, w sytuacji pokoju zaczyna służyć życiu. Jednocześnie jest to ciekawy przykład działania wbrew nadziei projektanta, że przedmiot będzie pełnił cały czas tę samą, założoną przez niego funkcję. W gruncie rzeczy jest to dla mnie powodem do jeszcze większego optymizmu. Nakastlik nie musi być wyłącznie dekoracyjnym stolikiem nocnym – może być też szafką na buty albo domkiem dla lalek.

Z jednej strony jest coś poetyckiego w dawaniu przedmiotom kolejnego życia. Z drugiej strony sposób, w jaki obchodzimy się np. z dziedzictwem żydowskim, świadczy o tym, że przedmiot można zdegradować, a pamięć o ludziach z nim związanych zniszczyć. Przykładem jest choćby brukowanie ulic macewami z kirkutów.

Tylko że te działania charakteryzował celowy wymiar polityczny. Desakralizacja przedmiotów miała wymazać żydowską obecność ze zbiorowej świadomości. W PRL-u na Ziemiach Zachodnich podobnie jak z macewami obchodzono się z nagrobkami ewangelickimi. Chciano zatrzeć ślady niemieckiej obecności na tym terenie. W tych przypadkach przedmioty zmieniały swoją funkcję po to, by przestały być nośnikami pamięci, a stały się zwyczajnymi kamieniami. To się oczywiście nie udało, ponieważ pamięć przedmiotów bywa bardzo trwała.

Marcin Wawrzyńczak – trener sztuk walki, przewodnik górski mieszkający w Izerach, a także historyk, pasjonat i archeolog historii lokalnej – podczas swoich wędrówek górskich zbierał fragmenty szkła i ceramiki, pochodzące z XVIII i XIX w. Następnie poszukiwał źródeł historycznych w bibliotekach polskich i niemieckich. na temat hut szkła i gospód na tych terenach, dodajmy – dzisiaj zupełnie niezamieszkanych i niezabudowanych. Na podstawie tych szczątków pamięci wskrzesił w swojej książce tytułową Michelsbaude – swego czasu bardzo sławną gospodę położoną na skrzyżowaniu szlaków w okolicach Szklarskiej Poręby – i opowiedział o życiu ludzi wędrujących po tych terenach w poszukiwaniu pracy. To fascynujący przykład tego, jak trudno jest zatrzeć pamięć. O tym pisał także klasyczny, choć mało znany w Polsce, archeolog James Deetz, który wydał książkę In Small Things Forgotten (Zapomniane w małych rzeczach), poświęconą okolicznościom, w jakich żyli pierwsi osadnicy w Stanach Zjednoczonych. Swoją pracę oparł na tym, co znalazł w śmieciach. Zauważył, że ceramika jest bardzo krucha, ale niezniszczalna. Naczynie łatwo jest rozbić, lecz ślady, które na nim zostają – nadruki, wzory, fragmenty materii organicznej, np. jedzenia – da się odtworzyć w badaniach naukowych nawet wiele wieków później.

Skoro tak, to może historia jest wiarygodniejsza, kiedy jest opowiadana przez przedmioty, a nie przez ludzi?

Przedmioty często mówią nam coś innego niż nasze opowieści. Ludzkie historie, im częściej i dłużej są powtarzane, tym okazują się dalsze od pierwotnej wersji. Tymczasem materialne dowody wyłaniające się z badań archeologicznych czy z klasycznej etnografii często idą wbrew tym wspomnieniom. Nasza pamięć i kultura mają charakter narracyjny – dopasowujemy sobie fakty do reszty opowiadanej historii. Przedmioty robią nam reality check i mówią: „Hej, to nie było tak!”.

Spotykałam się z tym zjawiskiem, pracując nad Duchologią. Okazuje się np., że w latach 70. były już w Polsce przedmioty, które kojarzyły się ze światem po 1989 r. – pojawiła się choćby próba wdrożenia zmywarki. Wykupiono licencję z Włoch, a jedna z polskich fabryk zaczęła produkować taki sprzęt. Pomysł nie przyjął się na szerszą skalę – ciasne polskie mieszkania nie były jeszcze na to gotowe i dopiero w nowym milenium zmywarki zagościły w nich na dobre. Ale to nie jest tak, że nie było ich u nas wcześniej, jak przyjęło się uważać.

Bardzo mi się spodobało to, co pisze Pani w swoich książkach o kiczu – ujmuje go Pani nie w aspekcie przedmiotu estetyki, lecz raczej jako narzędzie etycznej opresji.

Kicz został ostatnio odzyskany na rzecz zabawy, w której wszystko jest dozwolone, ale mnie wciąż jest bliskie podejście Andrzeja Banacha, krytyka sztuki – kicz to twórczość powstająca z wyrachowania, działanie pseudoartystyczne polegające na wykorzystywaniu tanich chwytów. A więc pewien rodzaj perfidii. Ktoś może być wykształconym i wrażliwym artystą, jednak kiedy tworzy dzieło kiczowate, to jego intencją jest wywołanie konkretnych emocji i wymuszenie poruszenia u odbiorcy. To bliska mi definicja, bo wskazuje na nieetyczność kiczu, czyli posługiwanie się manipulacją, tanim chwytem z premedytacją.

W latach 90., kiedy byliśmy nienasyceni konsumencko, kupowaliśmy na potęgę. Teraz coraz częściej zwracamy się w stronę wytwórstwa, rękodzieła. Jak to wpływa na nasze relacje z przedmiotami?

W latach 90. kupowaliśmy na potęgę, bo rzeczy w naszym zasięgu finansowym były tanie i kiepskiej jakości. Paradoksalnie niewiele przedmiotów z tego okresu przetrwało do dzisiaj. Kiedy zyskujemy jakąś stabilność finansową, to zaczynamy myśleć, że tanie jest drogie i lepiej jest zainwestować w coś, co dłużej nam posłuży. Jeśli jednak takiej perspektywy nie mamy, to kupujemy w sklepie „wszystko po 4 zł”. Takie rzeczy szybko się niszczą i wkrótce musimy do niego wrócić, żeby kupić kolejne bezwartościowe przedmioty, do których nie będziemy mieli nawet szansy się przywiązać.

Katarzyna Aszkiełowicz stworzyła bardzo ciekawy projekt Kanapy polskie, w którym fotografuje kanapy porzucone na śmietnikach – założyła go hobbystycznie, a urósł do zjawiska pokazującego, co się dzieje z przedmiotem, który staje się już kompletnie nikomu niepotrzebny. Okazuje się, że najczęściej nie są to wcale skrzypiące kanapy PRL-owskie czy wersalki babuni, lecz sofy z supermarketu sprzed kilku lat. Względnie nowe, warte kilkaset złotych i łatwe do porzucenia. Mamy do czynienia z masową produkcją przedmiotów, które nie są w stanie wygenerować sentymentu – za większością z nich nikt nie będzie tęsknił.

Z jednej strony wiemy już, że wytwarzamy za dużo niepotrzebnych rzeczy zaśmiecających środowisko naturalne. Z drugiej strony musimy pamiętać, że na podstawie rzeczy, np. dzieł sztuki, określamy naszą tożsamość. Jak zatem pogodzić te dwie rzeczy – troskę o planetę i troskę o przedmioty?

Z czegoś można zrobić coś. Myślenie o przedmiotach wyłącznie w kontekście ich bardzo wąsko rozumianej użyteczności ma znamiona purytanizmu, który mało kto wytrzyma.

Bardzo poruszającym doświadczeniem była dla mnie wizyta w Muzeum Etnograficznym w Augustowie, gdzie znajdują się liczne artefakty pokazujące pełną samowystarczalność życia na początku XX w. Każdy przedmiot wytwarzano własnoręcznie za pomocą drewna i słomy. Mimo to w tej kulturze powstało coś tak pracochłonnego jak tkaniny dwuosnowowe, należące do wielkiego dziedzictwa podlaskiej kultury regionalnej. Te przepiękne dzieła sztuki tworzono w otoczeniu absolutnej surowości, w domach z drewna, których mieszkańcy nosili buty z drewna, jedli drewnianymi łyżkami z drewnianych misek. Rzeczy wykraczające poza funkcjonalność są nam, jako ludziom, niezbędne. Nie widzę zatem przyszłości dla rygorystycznego minimalizmu. Zresztą – nawet jeśli ktoś jest zadeklarowanym minimalistą, to posiada komputer określonej marki. Można posiadać mało rzeczy, jednak nigdy nie są to rzeczy przypadkowe.

Z tego, co Pani mówi, wynika, że minimalizm nie jest postawą moralną, lecz raczej kategorią estetyczną. Tożsamość minimalistów również jest określana przez rzeczy.

Minimalizm nie jest tym samym co antymaterializm, antykonsumpcjonizm. Z mojego punktu widzenia jest to połączenie snobizmu z purytanizmem – ale tutaj przemawia przeze mnie moja postawa osoby ze skłonnością do chomikowania. Bardzo cenię za to wszelkie działania less waste – ponowne wykorzystywanie rzeczy lub naprawianie ich. To jest realne działanie na rzecz środowiska i planety, a także ciągłości kultury.

Czy w czasach nadprodukcji możemy jeszcze mówić o tym, że rzeczy mają tożsamość?

Zdecydowanie tak. Bywa, że przypadkowo i zupełnie niespodziewanie pewne przedmioty zyskują wymiar symboliczny. Pytanie, jaka rzecz z naszych czasów uzyska taki status. Trudniej ją wskazać ze względu na to, że za sprawą internetu żyjemy w równoległych światach. Sieć produkuje pewne wirtualne nostalgie, a znacznie łatwiej jest żyć w rzeczywistości, której nigdy się nie doświadczyło. To sprawia, że zaczynamy tęsknić za rzeczami, których wcale nie znamy z pierwszej ręki.

Niedawno w „Harper’s Bazaar” natknęłam się na artykuł dotyczący wirtualnej nostalgii za wirtualną nostalgią. Autorka pisała w nim o fali nostalgii za rokiem 2014, który spędziła głównie w internecie na Tumblrze, i w jej doświadczeniu ten czas polegał na scrollowaniu nostalgicznych piosenek i archiwalnych zdjęć oraz kadrów z filmów z lat 60.

To by świadczyło o tym, że żyjemy w świecie wyobrażenia o przedmiotach, a nie tylko przedmiotów.

Tak. Bywa, że „prawda ekranu” wygrywa z „prawdą czasu” i zaczynamy bardziej przywiązywać się właśnie do wyobrażeń.

W Duchologii szczególną rolę przypisuje Pani kasetom wideo. W filmie, który ostatnio bardzo mnie poruszył, Powrót do tamtych dni, odtwarzacz również odgrywa niezwykle ważną rolę. Podobnie zapamiętałam to ze swojego dzieciństwa – odtwarzacz wideo był najważniejszym przedmiotem w domu, zdecydowanie ważniejszym niż komputer. Oryginalne kasety VHS stanowiły przedmiot pożądania, a z bratem kłóciliśmy się nieustannie o to, kto może teraz oglądać „swój film”. Dlaczego to tak ważny przedmiot w pamięci pewnego pokolenia?

To ma wiele przyczyn. Czasem symboliczny staje się przedmiot, który nie był powszechny, ale pojawiał się w jakichś obrazach czy kinie. Nowe technologie, takie jak wideo w latach 90., mają potencjał zmiany cywilizacyjnej, choć w mniejszym stopniu niż telewizor, który, jak pisał Wiesław Myśliwski, przyczynił się do zniknięcia tradycyjnej kultury chłopskiej izby – ludzie przestali słuchać gawęd, a słowo mówione zostało zastąpione przez obraz. Chłopi dołączyli tym samym do kultury masowej. To była fundamentalna zmiana, dziś pogłębiona jeszcze przez komputer i smartfon.

Najwięcej miejsca poświęca Pani transformacji. Jeśli lata 90. i czas, jak to Pani ostatnio pięknie określiła, „wczesnounijny” byłyby przedmiotem, to jakim?

Początek nowego milenium symbolizuje dla mnie krzesło obite sztuczną skórą w kolorze écru z nóżkami wenge. Zresztą ten przykład doskonale obrazuje rozdźwięk między trendem a tym, co rzeczywiste, bo rozmawiamy akurat w momencie, kiedy media poświęcone stylowi życia mówią wiele o stylistyce Y2K, czyli milenijnej. Ale miejsca na takie krzesło tam nie ma, choć było powszechne w restauracjach i prywatnych salonach.

Kiedy teraz mówimy o powrocie mody na lata 2000., to myślimy o estetyce z teledysków Beyoncé. A nasze lata 2000. to zespół Iwan i Delfin, Ewa Drzyzga, program Europa da się lubić, seriale Kasia i Tomek oraz Magda M. W latach 90. w Polsce mało kto nosił buty na wysokim koturnie w stylu Spice Girls czy miał oryginalne Tamagotchi. Mówimy o obrazach, które istniały u nas jako marzenie, a nie jako stan faktyczny. Polskie lata 90. to jednak przede wszystkim tygodnik „Antena”, buty z targu i piracka kaseta magnetofonowa.

Jak to się zatem stało, że zapożyczyliśmy obraz lat 90. z Zachodu i uczyniliśmy z niego protezę naszego doświadczenia o tym czasie?

Przytłoczenie naszej lokalnej pamięci fałszywym obrazem tych czasów zainspirowało mnie w 2012 r. do rozpoczęcia projektu, jakim była Duchologia, najpierw jako profil na Facebooku, a potem jako książka. Bardzo popularne były wówczas artykuły typu 10 rzeczy, które kojarzą nam się z latami 90. Wkrótce zaczęły się one pojawiać także na polskich portalach lifestyle’owych. Budziło to moją irytację – większość z nas mogła oglądać te przedmioty co najwyżej w telewizji lub na wystawie w zaledwie kilku sklepach w kraju. To konsekwencja wyłonienia się uniwersalnej pamięci internetu, która przyspiesza i utrwala proces tworzenia się fałszywych wspomnień.

To chyba dość niebezpieczne zjawisko.

Szalenie niebezpieczne. Przez fałszywe wspomnienia jesteśmy podatni na manipulację i kłamstwa nostalgii, mającej ambicje restoratywne – pod jej wpływem chcemy odtworzyć świat, który nigdy nie istniał. To prawdziwy żer dla niebezpiecznych ideologii, jak pisała Swietłana Bojm. Pokusa, by odtworzyć coś, co nigdy nie istniało. Tymczasem wystarczy zajrzeć do pierwszej lepszej publikacji, choćby dotyczącej mitologizowanego ostatnio PRL-u, by się przekonać, że sprawy nie przedstawiały się wówczas różowo.

Jakie mogą być konsekwencje?

Widziałam i slyszałam sama, w moim angielskim etapie życia, obywateli Wielkiej Brytanii, którzy wierzyli, że wystarczy wyjść z Unii, żeby wróciło państwo dobrobytu, któremu zawdzięczali godne życie w latach 60. i 70. Traktowali brexit jak wehikuł czasu, który skasuje zmiany zapoczątkowane przez Margaret Thatcher. Na nic takiego się jednak nie zanosi i nie wiem, czy zyskali cokolwiek poza odrobiną Schadenfreude. W ich przypadku różowa mgła nostalgii zupełnie odebrała im zdolność normalnej rozmowy z drugim człowiekiem, niestety.

Na początku zapytałam, co by Pani ze sobą zabrała w razie ucieczki. A teraz chciałabym zapytać, czego nigdy by Pani nie wyrzuciła.

Muszę się przyznać do swojej przesądności. Czasem boję się, że jeśli coś wyrzucę, ściągnę na siebie nieszczęście. Przyłapuję się na tej myśli, próbując robić porządki w swoim domu. Dlatego choć staram się nie kupować za dużo, to nie wyrzucam prawie niczego.

Artykuł pojawił się w numerze: Rzeczy, które kochamy