Subskrybuj
Małgorzata Rejmer
fot. Katarzyna Lasoń, CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons
Pisarka, reportażystka. Autorka powieści Toksymia (2009) oraz zbiorów reportaży Bukareszt. Kurz i krew (2013) i Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii (2018), za którą otrzymała Paszport „Polityki” i Nagrodę Kościelskich. Obecnie pracuje nad zbiorem...

Opowieści o rzeczach

Kiedy znajoma starsza Ukrainka wreszcie znalazła się w Polsce, w miejscu, które na czas nieokreślony stanie się jej domem, niby-domem, pierwszą rzeczą, o którą poprosiła, były kwiaty doniczkowe. Żeby mieć się czym opiekować.

Sztućce

Od kilku lat matka już jest na emeryturze, co oznacza, że ma dość czasu, by eksplorować Allegro, OLX i inne zaułki internetu, za sprawą których w domu gromadzą się niewidziane wcześniej sosjerki, dzbany z toskańskiej ceramiki, szkatułki z masy perłowej i kandelabry. Po latach nauczycielskiego biedowania rodzice trochę się odkuli i mogą sobie pożyć; w ich generacji mało kto poważa minimalizm albo dyskutuje o ekologii.

W niedzielę mama pokazuje wielki komplet posrebrzanych sztućców, który właśnie kupiła.

– Przecież trzeba wam będzie coś po sobie zostawić – tłumaczy.

Biorę do ręki nóż, przymierzam, jak by się mieścił w rękawie.

– Jak wybuchnie wojna – mówię – to każdy chwyta, ile tylko sztućców zmieści się w kieszeniach, i w nogi.

Pandemia dogorywa. Jeszcze nie zdajemy sobie sprawy, że za kilka miesięcy tuż za granicą zacznie się prawdziwa wojna.

Złote kolczyki

„W oddali, w innym kącie, na krześle siedzi staruszek. Trzyma w dłoniach jakieś zwinięte poduszki. Każdy, uciekając, coś ze sobą wlecze, a on najwyraźniej postanowił, że nie ma sensu wyruszać gdzieś bez poduszek. (…) Ktoś śpi na kocu, wprost na podłodze, ktoś obkłada się torbami, żeby żadnej mu nie zwędzili, ktoś przyciągnął walizkę. Ale przeważnie rzeczy w dłoniach mają niewiele. Jasne – śpieszyli się, łapali, co wpadło pod rękę. Przede wszystkim dokumenty i kosztowności. A teraz siedzą i nieufnie rozglądają się wokół – kiedy masz po kieszeniach złote kolczyki, niezbyt chętnie zapoznajesz się z nieznajomymi przy przechowalni bagażu. Pasza chwyta te spojrzenia – spojrzenia ludzi, którym jest co zabrać, jeśliby chcieć, i którzy przez to są wrażliwi i bezbronni” (tłum. M. Petryk).

Czytam Internat Serhija Żadana, siedząc na kocu w ogródku pod kamienicą. I naraz oglądam sobie ten koc, jakbym widziała go po raz pierwszy. Fałszywie miękki, z poliestru udającego welur, na nic by się nie przydał podczas wojny, myślę. Lepiej wziąć ten drugi, trochę zmechacony, ale przynajmniej wełniany.

Ceramika z różnych krajów, którą lubię, nie przeżyłaby drogi. Niemieckie dzbany, rumuńskie donice, greckie karafki i tureckie szklanki obróciłyby się w piękny gruz.

Złotych kolczyków nie mam, ani srebrnych. Mężczyźni nigdy nie dawali mi kosztownych prezentów. Kiedy zaręczyłam się pierwszy raz, zamiast pierścionka dostałam od razu obrączkę, i oddałam ją byłemu, gdy nasze drogi się rozeszły. „Cóż mi po niej – powiedziałam. – Mam nadzieję, że tobie przyniesie szczęście”.

Kiedy zaręczyłam się drugi raz, wybrałam sobie wreszcie wymarzony pierścionek, jednak gdy mój narzeczony miał za niego płacić, powiedziałam, że szmaragdowe oczka za mało się błyszczą. „Poczekajmy na lepszy egzemplarz – poprosiłam. – Ten pierścionek musi być idealny”. Dopiero później przyznałam się przed sobą, że nie chcę wychodzić za mąż.

###banner###

Gdyby przyszła wojna, kto chciałby kupić ode mnie tę zwróconą obrączkę? Niekupiony pierścionek z matowymi szmaragdami? Ile chleba bym za niego nigdy nie dostała?

Wazon

Przyjeżdżam do rodzinnego domu po dłuższej nieobecności, na stole w kuchni wznosi się wielki klasyczny wazon, w którym stoją hortensje. Cały jest perłowy, bezduszny i solenny. Rości pretensje.

– Matka już mi kupiła urnę – komentuje ojciec. – Teraz tylko czekamy, aż się zawinę.

Pizza

Byliśmy rodziną bez naddatków. Właściwie byliśmy rodziną deficytów. Pod koniec miesiąca budżet zawsze się rodzicom rozjeżdżał. Matka załamywała ręce, ale chyba bardziej opowiadała o tym, że się martwi, niż faktycznie się martwiła. Zawsze jakoś udawało im się prześlizgnąć do pierwszego – tam pożyczyli, tu coś zmonetyzowali.

Był koniec miesiąca, kiedy ojciec zabrał mnie na wspólne sprzedawanie zalegających butelek po piwie, oranżadzie i ptysiach. Dźwignęliśmy, poszliśmy, zrobiliśmy rundę po sklepach. Uzbierało się ze 30 zł. Wróciliśmy do domu i położyliśmy pieniądze przed mamą.

– Dobra robota – pochwaliła. – To zamawiamy pizzę.

Jako młoda dziewczyna czasem miałam im za złe ten niefrasobliwy stosunek do pieniędzy. Od młodego byłam przyzwyczajona, że jeśli przyjdzie prawdziwa nędza, to nikt mnie nie poratuje, bo nie będzie miał czym. Mogłam polegać tylko na sobie.

Okresy morderczego oszczędzania przeplatały się z latami beztroski, gdy wszystkie zarobione pieniądze przeznaczałam na podróże. Aż wreszcie przyszedł ten piękny dzień, gdy po latach tułaczki i pokątnego życia kupiłam sobie mieszkanie. I odpuściłam. Dzisiaj, gdy zostają mi ostatnie pieniądze na koncie, zamawiam hinduskie jedzenie i kupuję wino.

Zegarek

Wujek bierze mnie na stronę.

– Zobacz – mówi, klepiąc palcem w cyferblat złotego zegarka – taki sobie kupiłem. Zgadnij, ile kosztował.

Wujek wyszczerza garnitur świeżo zainstalowanych licówek. Lśnią tak, że mogłabym w nich poprawiać włosy. Kręcę głową, że nie zgadnę.

– 1200 – wzdycha wujek z zadowoleniem. – Twojej matce powiedziałem, że 2400, a ciotce Baśce, że 3,5 tys., bo Baśka jest kompletną kretynką. Czy on by tysiąc kosztował, czy 3 tys., Baśka nie widzi różnicy.

Noże

W czasach kiedy jeszcze mieszkam w Tiranie, pewnego dnia przychodzi Liri bez zapowiedzi: znowu pokłóciła się z Oltionem. Opiera się o szafki kuchenne i chwyta blat wnętrzem dłoni, żeby ukryć, jak drżą. Przepraszam, że jest bałagan, a ona wodzi wzrokiem po podłodze, jakby faktycznie oszacowywała, jak brudne jest mieszkanie. Mówi, że ma jedną zasadę: nie wolno im kłócić się w kuchni. Kiedy Liri czuje, że atmosfera się zagęszcza i za chwilę znowu wszystko wymknie się spod kontroli, próbuje skierować Oltiona do pokoju albo do sypialni. A więc ona wychodzi z kuchni, nie przerywając mówić, a on zaraz idzie za nią. Jego ręce mimowolnie zaciskają się w pięści, podnosi głos. Liri cała jest sztywnością swojego ciała, ale gdy już wejdzie do pokoju, coś w niej się odpręża, ciało znowu zaczyna oddychać: zostawili za sobą talerze, które on mógłby potłuc, jej ukochany dzban, ręcznie malowane podstawki na jajka, które dostała od babci. Zostawili za sobą noże, które leżały na wierzchu. Rozumiesz? – pyta.

Odciąga Oltiona od wszystkiego, co mógł zniszczyć. I od tego, co najgorsze, a co mogło się zdarzyć.

Póki kłócili się w kuchni, noże, które leżały w szufladach, były niespokojne i mogły ją zabić.

Plecak

Zaraz po tym gdy tam, niedaleko, wybucha wojna, dzwoni A.
– Spakowałam plecak – mówi. – Mam odłożone euro, funty i paszporty. Jak przyjdą do nas, to biorę syna, lecę do siostry w Anglii i do widzenia.

Nie pytam, czy wzięłaby mnie ze sobą, i nie pytam, jakie są szanse, że dałaby jeszcze radę uciec samolotem. Inna znajoma radzi, żebym koniecznie wyciągnęła oszczędności z bankomatu i trzymała gotówkę przy sobie, lecz ta strategia logistyczna odpada, bo w tej chwili nie mam oszczędności.

– Plecak – mówi A. – powinien być w zasięgu ręki.

Tak, znam tę taktykę: plecak ze spakowanym życiem pod łóżkiem albo obok łóżka. Gdy w Albanii w 2019 r. kolejny raz zatrzęsła się ziemia, znajomi z niemieckiej ambasady szkolili mnie, by pod łóżkiem zawsze trzymać plecak z butelką wody, ciepłym swetrem, dokumentami i wszystkim, co trzeba by zabrać w ostatniej chwili, a co miałoby znaczenie.

Oni mieli swoje plecaki przygotowane. Ich plecaki cierpliwie czekały na wielki albański koniec, wielki krach.

Czy zdążymy uciec dostatecznie szybko? Czy zdążymy wybiec z domu na czas? Zanim do drzwi załomocą? Zanim trzęsienie ziemi obróci wniwecz budynek, w którym śpię właśnie, bezbronna, na parterze, w swoim łóżku, w swojej trumnie?

Rower

– A poza tym – mówi A. – musisz mieć rower. Nie będzie benzyny, nie będzie pociągów, a ty zawsze będziesz mogła uciec rowerem. Pomyśl sobie, rowerem do centrum dojedziesz w 10 min.

– A co, jeśli zbombardują most? – pytam, bo tak się składa, że mieszkam po drugiej stronie Wisły.

Milczymy. Myślimy.

– Bombę nuklearną zrzucą najpierw w centrum – pocieszam się. – Rozsądniej będzie pedałować w przeciwnym kierunku.

– No widzisz – uśmiecha się A. – Koniecznie rower.

Drony

W Polsce 43% konsumentów rozważyłoby odbiór paczki dostarczonej przez drona. W Ukrainie drony zrzucają bomby na budynki mieszkalne.

Pistolet

Przed zaśnięciem myślę o tym, jak dobrze byłoby mieć w domu pistolet. Jeśli ruscy wejdą do domu, ukradną telewizor, pralkę i sedes, wyjedzą z lodówki, zastrzelą mnie i koty.

Gdy żyłam w Albanii, wiedziałam, że mój przyszły-niedoszły teść gdzieś tam w mieszkaniu chomikuje broń, choć było to nielegalne. Ale któż by się takimi rzeczami przejmował. Moja przyjaciółka Besa opowiadała, że jej rodzice przez lata trzymali na meblościance trzy granaty, jeszcze z czasów wojny 1997 r., aż w końcu sprzedali je i kupili nową lampę do pokoju.

Za czasów komuny teść, który był kawałem zakapiora, zwędził broń znienawidzonemu policjantowi. Chciał, żeby policjant miał kłopoty, jednak szybko uświadomił sobie, że najpewniej kłopoty będzie miał on sam. Dlatego rozkręcił pistolet na części, lufę utopił w rzece, magazynek zrzucił w przepaść w górach, a resztę zakopał. Zostawił sobie jeden nabój na pamiątkę. Przed zaśnięciem teść, wówczas młody szczypior, wyobrażał sobie, jak pewnego dnia przychodzi po niego władza, jak go skazuje i karze. Ale potem myślał, że policjant prawdopodobnie przeżywa to samo, bo w komunistycznej Albanii nie wolno było nie pilnować broni. A jednak nigdy nie aresztowano ani jednego, ani drugiego. Pistolet rozpłynął się w powietrzu, po prostu.

Kamizelki kuloodporne

Czy kamizelki kuloodporne będzie można kupić w Lidlu?

Czy jest opcja zakupu na raty? Czy w przypadku takiej formy płatności trzeba będzie wykupić dodatkowo ubezpieczenie?

Koniki warmińskie

Kiedy po wielu latach przymierzania się, by wybrać tego odpowiedniego, kupiłam sobie wreszcie konika warmińskiego z ceramiki, gdy otworzyłam pudełko i zobaczyłam go w pełnej krasie, stwierdziłam, że jest tak piękny, iż muszę dać go przyjaciółce. Onegdaj koniki dawało się na wesele, a ona akurat się rozwodziła, czyli jakoś to jednak do siebie pasowało: zaczynał się nowy etap w jej życiu.

Potem chciałam kupić konika innej przyjaciółce, która w tym czasie dowiedziała się, że mąż ją zdradza. Szukałam odpowiedniego egzemplarza dla kolejnej, która od lat nie sypiała ze swoim partnerem. Wreszcie chciałam kupić konika dla siebie, bo mężczyźni w moim życiu pojawiali się i zaraz znikali, a ja bez żalu machałam im na drogę.

Przed zaśnięciem robiłam listę przyjaciółek, którym sprawię konika. Dziwiłam się, że tyle jest kobiet nieszczęśliwych w miłości. Gdy siadywałam, by złożyć zamówienie, zawsze okazywało się, że albo brakuje egzemplarza w odpowiednim kolorze, albo mi brakuje pieniędzy.

Ładowarka

W 2019 r. mężczyzna z Wlory zabił swoją 33-letnią żonę, ponieważ nie chciała mu podać ładowarki. „Dajcie mi spokój! – krzyczał do dziennikarzy. – Straciłem kobietę swojego życia!”

Kwiaty doniczkowe

Kiedy znajoma starsza Ukrainka wreszcie znalazła się w Polsce, w miejscu, które na czas nieokreślony stanie się jej domem, niby-domem, pierwszą rzeczą, o którą poprosiła, były kwiaty doniczkowe. Żeby mieć się czym opiekować.

Toboły

Przez pierwsze trzy miesiące od wybuchu wojny pod Biedronką stały młode dziewczyny, które zbierały do puszki pieniądze na Ukrainę.

Najpierw wrzucałam regularnie. Ale wszystkie starania razem – internetowe zbiórki, prywatne wspomożenia znajomych, stówa na transport lwów ze Lwowa, komuś na wojskowe buty i w ogóle niezliczone dodatkowe wojenne wydatki – sprawiły, że moje płytkie źródełko się wyczerpało. Dziewczyny przed sklepem uśmiechały się do mnie, podzwaniając puszką, a ja myślałam: gdybyście tylko wiedziały, jak się zarżnęłam tą wojną!

Ciągle jednak miałam poczucie, że nie opłaciłam dostatecznie swojego poczucia winy, że robię za mało, za mało cierpię, że moje polskie życie jest wygodne i bezpieczne, podczas gdy ich ukraińskie życie jest zakrwawione i zbombardowane.

Nawet nasz strach jest nieadekwatny, dziwnie fałszywy w porównaniu z ich strachem.

Nasz strach ma kształt pospiesznie związanego tobołu z ciepłą odzieżą z Lidla, z suchym prowiantem z Biedronki i z plastikową bronią.

Transporter

Wracam od weterynarza, dźwigam transporter z 3,5 kg obolałej, na wpół przytomnej, stratnej o jajniki kotki. Niosę ten słodki, pomiaukujący ciężar, bo nie chcę czekać na autobus, by przejechać dwa przystanki.

Pot ścieka mi po plecach, myślę, jak niosłabym tę kotkę, gdyby u nas wybuchła wojna. Jak bym to zorganizowała. Nieść transporter wiele kilometrów – nieporęcznie, trzeba by wymyślić inny sposób, bo koty są dwa, a ten drugi, co śpi sobie w domu, jest utyty do niemożebności. Może włożyłabym oba w chustę i niosła na piersi jak dzieci?

Przypomina mi się zdjęcie okrutnie okutanej, niemożliwie zmęczonej kobiety z Ukrainy, która wśród wszystkich bambetli niosła do granicy jeszcze dwa koty i prowadziła psa na smyczy. Jak to się złożyło, że jej los nie jest moim losem?

Przystanęłam z transporterem, żeby chwilę odpocząć, kotka miauknęła. Za plecami usłyszałam śmiech młodych kobiet, dźwięczny i beztroski. Po chwili zdałam sobie sprawę, że mówią po ukraińsku. Tu, w tym nowym świecie, nie ma wojny. Rondo Wiatraczna, gdzie stoimy, jest kakofoniczne i bezładne, ale jesteśmy tutaj bezpieczne. Ja i one.

Karnet na siłownię

Po czytaniu performatywnym sztuki Leny Laguszonkowej posypały się pytania do autorki.

– Jaka była najgłupsza rzecz, którą kupiłaś tuż przed wybuchem wojny? – zapytał prowadzący.

– Karnet na siłownię – powiedziała.

Publiczność się roześmiała.

– A kiedy go kupiłaś? – ktoś dopytywał.

Lena popatrzyła na nas, to znaczy na publiczność.

– 22 lutego – powiedziała.

Dopiero gdy przestałam się śmiać, uświadomiłam sobie grozę tych słów.

Mankala

Pytam przyjaciółkę, co by ze sobą wzięła, gdyby wybuchła wojna i trzeba było uciekać.

– Mankalę – mówi od razu.

Tego się nie spodziewałam.

– Wydaje najbardziej kojące dźwięki ever – tłumaczy. – Idealnie by się jej słuchało podczas bombardowania.

Robię w głowie playlistę na taką okoliczność: dźwięk morza z YouTube’a. Relaksująca aplikacja na smartfona z odgłosami natury i ćwiczeniami oddechowymi. I jeszcze koniecznie aplikacja odstraszająca myszy, gdybym siedziała w piwnicy.

Książka

Czytam Prozę wybraną Leo Lipskiego. Rękopis z 1943 r.: „Od wybuchu wojny żyję naumyślnie, już cztery lata żyję jak we śnie, trochę jak w teatrze. I nagle wypełzło z ciemności, z boku, drgnęło i zabłysło straszne przypuszczenie, że to wszystko może być prawda”.

Ważę książkę w rękach. Pięknie wydana, ale za duża, by z nią uciekać. Lepiej uciekać z Kindle’em. Zmieści się cała biblioteka. Trzeba tylko nie zapomnieć ładowarki i kontaktu, i domu.

Amulet

Przez sześć lat mieszkałam w Albanii z mężczyzną, który niemal nie posiadał rzeczy. Wszystko, co było dla niego ważne, mógł zmieścić w niewielkim kartonie. Ubrania nosił, dopóki nie pojawiły się w nich dziury. Potem ja te dziury cerowałam, i znowu, aż dawałam za wygraną, bo materiał był zbyt przetarty. Gdy zaczęliśmy się spotykać, wyglądał jak przegłodzony drwal. Myślałam: „I cóż z tego, że jest biedny? Przecież Albańczycy są biedni”. Dopiero w szóstym roku związku poznałam ostateczną liczbę mieszkań, które posiadali on i jego rodzice.

W nowej, pokomunistycznej Albanii upadło rękodzieło, a wielkie marki nie chciały otwierać swoich sieci ze względu na korupcję, odpadał więc problem: „co sobie kupić”. Nie było za bardzo czego kupować. Mój partner twierdził, że nie potrzebujemy rzeczy. Na wakacje jeździliśmy toyotą RAV4, którą dostał od ojca, ale albańskich znajomych woziliśmy poobijanym fordem fiestą.

Kiedy odeszłam od niego i wróciłam do Polski, zaczęłam kupować rzeczy. Miałam jedną parę dżinsów, kupiłam sobie sześć. Mój partner odradzał mi kupno bluzki, która była za droga – kupiłam ten sam model w siedmiu odcieniach.

Znowu kupowałam rzeczy. Rzeczy były piękne.

Były piękne, ale z każdą umiałabym się rozstać. Po dziesiątkach przeprowadzek, pomieszkiwania u znajomych, zmieniania krajów i gubienia po drodze rzeczy nauczyłam się do niczego nie przywiązywać. Miałam tylko jedną słabość. Naszyjnik Mapayi, który kupiłam sobie zaraz po rozstaniu. Z mosiądzu, skóry i kamieni tygrysiego oka. Ręcznie robiony w Tajlandii, miał być symbolem siły i zmiany. Tego, że dokonałam niemożliwego i wyprowadziłam się z Albanii, wiem, kim jestem, wiem, jak chcę pisać.

Przez półtora roku praktycznie się z nim nie rozstawałam. Inne naszyjniki przegrywały z nim, bo nie miały tej mocy.

Aż pewnego razu, siedząc na przystanku w Bratysławie i czekając na autobus do Wiednia, zdjęłam go na chwilę, bo miałam wrażenie, że razem z tobołami i bagażami mnie przydusił. Odłożyłam go na ławkę. Pomyślałam: „Tylko o nim nie zapomnij”. Jakiś mężczyzna na przystanku zaczął się awanturować z kierowcą, od ich krzyków rozbolało mnie w skroniach. Na lotnisku w Wiedniu zorientowałam się, że zapomniałam o naszyjniku.

Starałam się nie myśleć, że to zły omen, że zniweczę wszystko, co przez ostatni rok osiągnęłam, że zaraz przyjdzie kryzys. Napisałam do właścicielki Mapayi trzy pospieszne e-maile skrępowana tym, że nie umiem wytłumaczyć, dlaczego tak bardzo go potrzebuję. Nawet przed samą sobą nie chciałam się obnażyć. Przez lata pracowałam nad tym, by nie przywiązywać się do rzeczy.

Wreszcie dostałam odpowiedź, że warsztat w Tajlandii produkujący ten naszyjnik zamknął się w czasie pandemii i że nie ma możliwości, by go odtworzyć. Ale traf chciał, że właścicielka Mapayi znalazła kilka dni temu ostatni egzemplarz, sprzątając strych, w zamówieniu sprzed pięciu lat, które z jakiegoś powodu nie zostało wysłane, i zostawiła naszyjnik dla siebie. Bo był taki piękny. I unikatowy.

„Daj mi chwilę – napisała. – Muszę to przemyśleć”.

Zastanawiałam się, dlaczego mi się wydaje, że bez tego naszyjnika nie będę mogła pisać. Nigdy nie byłam przesądna. Nie miałam swoich rytuałów, nie sprawdzałam, kiedy jest pełnia, nie chroniłam się przed złym okiem.

Ale może napisałam te opowieści o rzeczach dlatego, że Martyna, właścicielka Mapayi, oddała mi w końcu swój naszyjnik, i teraz, gdy poprawiam tekst i wyrzucam niepotrzebne akapity, wisi on na mojej szyi. Wiem, że wzięłabym go ze sobą, gdybym uciekała – do kieszeni, żeby dzięki niemu przeżyć. Tajski amulet, symbol mocy, bo tak sobie wymyśliłam.

Artykuł pojawił się w numerze: Rzeczy, które kochamy