Subskrybuj
fot. The Line Animation
Programista, haker, badacz technologii i narracji ją otaczających, zaangażowany w międzynarodowy ruch solarpunkowy, od kilku lat próbujący sprowadzić go do Polski. Bloguje pod alxd.org

Solarpunk. Przypominając sobie nadzieję

Zamiast mięśniaka ze spluwą w skąpanym deszczem mieście – opowieść o społeczności zmagającej się z katastrofą klimatyczną, budującej panele słoneczne i turbiny wiatrowe. Ruch zwany solarpunkiem proponuje dziś nowe wizje przyszłości.

Wracając z kina wyświetlającego Krzyk 6, Szybkich i wściekłych 10, czwartą odsłonę Johna Wicka, mogliśmy usłyszeć, że HBO postanowiło zekranizować ponownie wszystkie tomy Harry’ego Pottera, tym razem – jako serial.

Nasza kultura popularna – a szerzej: nasza wyobraźnia – wydaje się zataczać kręgi, powielając te same, bezpieczne, sprzedawalne treści, obawiając się nowych narracji, które mogłyby pozwolić nam spojrzeć na świat wokół nas w innym świetle.

Nużące? Może, ale potrzebujemy przecież odrobiny rozrywki i eskapizmu, oddechu od przytłaczającej rzeczywistości, w której kryzys goni kryzys, ekolodzy wróżą w swoich raportach kolejne katastrofy, a hipoteka wisi nad głową.

Zapomnieliśmy już o nadziei na lepsze jutro – nie liczymy na wielkie zmiany, chcemy tylko odpocząć. Świat jest zbyt depresyjny.

I nie zauważamy, jak kultura, którą się karmimy, stała się trucizną utrzymującą nas w depresji i niemocy.

 

Popkultura nie daje nadziei

Popkultura wytycza koleiny poznawcze, w które wpadają widzowie i czytelnicy. Kolejne superprodukcje kinowe, gry i książki oferują nam wizje przyszłości jeszcze bardziej zindywidualizowanej, samotnej, zglobalizowanej, a tym samym poddanej wolnemu rynkowi. W cyberpunkowych kliszach (jak nasz rodzimy Cyberpunk 2077) oglądamy bohaterów bezskutecznie buntujących się przeciwko systemowi, którego nie mogą

zmienić. Opowieści postapokaliptyczne wpajają nam zaś przekonanie o nieuchronności nadchodzącej zagłady, proponując jedynie różne jej formy – czy to biologiczne (serial The Last of Us) czy militarno-nuklearne (gry Fallout, seria książkowa Metro 2033 Dmitrija Głuchowskiego).

Chłoniemy tę kulturę, czując, że nadchodzi zagłada – czy to w postaci katastrofy klimatycznej, nieuniknionych wojen czy pandemii, coraz częstszych i o wiele groźniejszych niż ta ostatnia…

Jednak nawet w nierealnych światach superbohaterów walka nie toczy się o odzyskanie nadziei, lecz o zachowanie neoliberalnego status quo – bo każda zmiana jest groźna. Ikona wynalazcy, Iron Man, reprezentuje amerykański przemysł zbrojeniowy, występujący w imieniu afrykańskiej Wakandy T’Challa jest despotycznym liderem, a każdy oddolny ruch społeczny walczący o prawa mniejszości i prześladowanych to materiał na nowego przeciwnika bohaterów.

Jak pisał Mark Fisher w Realizmie kapitalistycznym, łatwiejsze stało się wyobrażenie sobie końca świata niż końca kapitalizmu. Nic więc dziwnego, że propozycje zmian sprowadzają się głównie do reakcyjnych działań, przyklejania kolejnych plastrów na otwarcie krwawiącą rzeczywistość.

 

Czego nie potrafimy zauważyć

Kryzys wyobraźni nie oznacza jednak, że świat już obecnie jest tak zły i beznadziejny, jak przedstawiają to nasze fikcje. Wokół nas dzieje się bardzo dużo dobra, spotykamy się ze zdrowymi społecznościami i wielkimi projektami, które dają nadzieję.

Problem w tym, że nie jesteśmy w stanie szerzej o nich opowiedzieć. Zatraciliśmy nie tylko umiejętność wyobrażenia sobie innego świata, ale też zdolność opisania tego, jak różnorodny, pełen kolorów i nadziei może być nasz własny. W pełni zdałem sobie z tego sprawę niemal dekadę temu, poznawszy historię, co do prawdziwości której nie byłem w stanie przekonać większości ludzi wokół siebie.

Kiedy na przełomie 2013 i 2014 r. w Afryce Zachodniej rozpętała się epidemia eboli, dla wielu mieszkańców regionu była to apokalipsa na skalę filmowych superprodukcji. Wirus bez lekarstwa, z ponad 40-procentową śmiertelnością sprawił, że kto tylko był w stanie, uciekał możliwie szybko i daleko. Odcięci od internetu i bankowości lekarze, pielęgniarki i sanitariusze nie mieli skąd wziąć pieniędzy nawet na jedzenie. Ciała ofiar zaczęły zalegać na ulicach. Sierra Leone, jeszcze przed epidemią jedno z najbiedniejszych państw świata, było na skraju całkowitego załamania. Co z tego, że WHO przysyłało pieniądze na leki i szpitale, jeżeli te nie mogły opuścić rządowych kont?

Wtedy do prezydenta, ONZ i organizacji starających się pomóc zwróciło się trzech lokalnych hakerów, technologów-samouków, którzy obiecali, że w dwa tygodnie zrestartują system płatności i wskrzeszą infrastrukturę kraju, zapłacą lekarzom, kupią leki, opłacą jedzenie dla pacjentów szpitali. Prosili tylko o pozwolenie, które zresztą dostali, bo przecież gorzej już być nie mogło. Ku zaskoczeniu większości w ciągu dwóch tygodni personel medyczny w całym kraju dostał pierwsze przelewy, w ramach nowego, transparentnego systemu opartego na otwartej technologii demonstrującej, że żadne pieniądze nie zniknęły i nie zostały zmalwersowane. Szpitale wróciły do działania, ciała zniknęły z ulic, a wspólna praca dziesiątek tysięcy pracowników medycznych doprowadziła do pokonania epidemii. Utrzymując działającą infrastrukturę, lokalni technologowie – Salton Arthur Massally, Harold Valentine Mac-Saidu i Francis Banguara – sprawili, że stało się to możliwe. Ich praca uratowała setki tysięcy, jeśli nie miliony żyć – straconych, jeżeli region by upadł.

Nie zostali jednak okrzyknięci bohaterami narodowymi, ich twarze nie przyozdobiły okładek gazet na całym świecie. Wpadli w dziurę poznawczą, ponieważ ich historia jest zbyt różna od naszych oczekiwań na temat epidemii i bohaterów – często ukształtowanych przez kulturę popularną. Spodziewaliśmy się przybyłych z Zachodu elitarnych geniuszy-indywidualistów, nie afrykańskich technologów-samouków, którzy skupili się na współpracy z lokalnymi społecznościami.

Wielu dziennikarzy nawet po spotkaniu z reprezentantami ONZ i zachodnich NGO-sów obecnych w Sierra Leone odmówiło napisania o nich reportażu, tłumacząc, że: „Nikt w to i tak nie uwierzy”. Dwa lata później technologowie zostali uhonorowani brytyjską nagrodą Business in the Community dla „odpowiedzialnego społecznie biznesu”. To najbliższa łatka, jaką mogliśmy im przykleić: bo przecież oddolna innowacja musi być biznesem, start-upem, musi być komercyjna. Jeden z jurorów konkursu ze łzą w oku opowiadał, jakim poświęceniem musiało być dla nich zawieszenie działalności gospodarczej, aby uratować infrastrukturę swojego kraju, a w konsekwencji życia jego mieszkańców.

Przez katastrofę klimatyczną, zagęszczanie się ludzkich osiedli i zawłaszczanie kolejnych ekosystemów, z którymi człowiek wcześniej nie miał styczności, czeka nas coraz więcej wyzwań, takich jak epidemia eboli.

Aby je przetrwać, potrzebujemy nie tylko widzieć apokaliptyczność i beznadzieję, ale dostrzec, jak oddolna, spontaniczna i otwarta współpraca lokalnych ekspertów może dokonać rzeczy niemożliwych dla wielkich, ponadnarodowych struktur.

Sam, będąc hakerem i technologiem, widzę dziesiątki takich historii w różnych częściach świata, pełnych nadziei zwycięstw, sukcesów społeczności, których celem nie jest zarobek, ale pomoc sobie i ludziom wokół. Historii, o których nie usłyszymy, bo nie zgadzają się z filtrem, przez jaki obserwujemy rzeczywistość. A potrzebujemy takich opowieści, by powiedzieć ludziom wchodzącym w dorosłość, że razem możemy zbudować inny, lepszy świat.

 

Solarpunk – jak przypomnieć sobie nadzieję?

Marcin Napiórkowski w książce Naprawić przyszłość przygląda się bliżej potrzebie budowy dobrych opowieści, jednak z ostrożnością statecznego akademika nie podaje zbyt wielu konkretnych przykładów, jak takie futurologiczne narracje mają właściwie wyglądać.

Odważniejsze propozycje wychodzą ze środowiska aktywistów, hakerów i anarchistów, tworzących powoli nowe manifesty i wizje ruchu nazywanego solarpunkiem.

Termin „solarpunk” pojawił się po raz pierwszy w 2008 r. w eseju Od Steampunka do Solarpunka na blogu The Republic of Bees jako propozycja gatunku literackiego zafascynowanego odnawialnymi źródłami energii (stąd: solar) i ich wpływem na społeczeństwo, tak jak maszyna parowa (steam-) jest osią budowy światów nurtu steampunka, podgatunku retro-science fiction urzeczonego „wiekiem pary”.

Pierwsi w nowy nurt uwierzyli pisarze brazylijscy, w 2013 r. wydając antologię Solarpunk – Histórias ecológicas e fantásticas em um mundo sustentável. Kolejne opowiadania, antologie i książki zaczęły powstawać na równi z manifestami systematyzującymi wartości ruchu, tak literackiego, technologicznego, jak i aktywistycznego.

„Jesteśmy solarpunkami, ponieważ jedyne inne opcje to wyparcie lub rozpacz” – napisał w 2014 r. w Notatkach do Manifestu [Solarpunkowego] Adam Flynn.

W 2019 r. kolektyw The Solarpunk Community (re-des.org) zebrał wiele mniejszych manifestów i notatek różnych autorów w pełen Manifest Solarpunka, pisząc m.in.: „Solarpunk uznaje fantastykę naukową nie tylko za formę rozrywki, lecz także rodzaj aktywizmu”.

Mimo skupienia ruchu na potrzebie konkretnych działań i przemian społecznych jego aspekt literacki jest absolutnie nieodzowny: fikcja tworzy bowiem prototypy rozwiązań dotąd dla nas niewyobrażalnych. Sporo tych propozycji wydaje się dziwnych lub śmiesznych – zatraciliśmy tak wiele myśli i pojęć, że musimy wykuć je na nowo.

Jak powiedzieć po polsku, że chcemy osiągnąć sustainability? Termin ten tłumaczony jest zwykle jako „zrównoważony rozwój”, ale nie chodzi przecież o żaden „rozwój”, tylko o homeostazę; o to, co w chorwackim określone jest jako održivost, a w czeskim jako udržitelnost.

Kiedy wraz ze znajomą tłumaczką Martyną Łysakiewicz podjęliśmy się tłumaczenia kilku ze wspomnianych wyżej manifestów solarpunka (na solarpunk.pl), głowiliśmy się nad tym trochę, aż w końcu zaproponowaliśmy nowy termin, który załata nam tę dziurę poznawczą: „odżywalność”. Świat, który będzie stale odżywał, trwał w dynamicznej równowadze, nie musząc pożerać więcej zasobów, kolonialnie łaknąć nowych kontynentów i planet.

Solarpunk jako ruch chce wyobrazić sobie przyszłość, która nie wypali się, lecz będzie mogła ulepszać się bez wzrostu, poprawiać jakość żyć współczesnych i przyszłych. Koncept ten, gdy zostaje nazwany, nie jest już tak niewyobrażalny, ale jednak wciąż pozostaje bardzo obcy kulturze, z którą mamy kontakt na co dzień.

 

Opowieści w poszukiwaniu hieroglifów

Większość książek i antologii solarpunkowych wydanych jest po angielsku, portugalsku, hiszpańsku i włosku. Mimo prestiżowej nagrody literackiej Hugo dla amerykańskiej pisarki science fiction Becky Chambers za jej A Psalm for the Wild-Built żadna z nich nie doczekała się jak dotąd oficjalnego przekładu na polski. W ramach tworzenia materiałów do lokalnego konkursu literackiego udało nam się uzyskać zgodę na przetłumaczenie dwóch krótkich opowiadań na solarpunk.edu.pl – nie zostały one jednak dotąd wydrukowane na papierze.

Nawet gdy zmapujemy już nasze dziury poznawcze, załatanie ich jest bardzo trudne. Twórcy korzystający z popularnych wątków w science fiction mogą łatwo posługiwać się tym, co pisarz Neal Stephenson nazywa „hieroglifami”: połączeniami estetyki, motywów narracyjnych, światów przedstawionych, które czytelnicy już znają i wiedzą, czego się po nich spodziewać. Domyślamy się, co może przytrafić się napakowanemu bohaterowi z metalową ręką; co oznacza miasto pełne neonów skąpane w deszczu; dlaczego należy bać się sztucznych inteligencji.

Nie wiemy jednak, jak w opowiadaniu przedstawić zdrową społeczność, jak sprawnie pokazać konflikt z napięciem, a bez przemocy. Dobrze rozplanowane miasto z transportem publicznym i bez smogu wygląda nijak w naszej wyobraźni, a wynalazki muszą być tworzone przez charyzmatycznego geniusza, nie przez różnorodne zespoły specjalistów z wielu dziedzin.

Jeżeli solarpunk, jako de facto podgatunek fantastyki naukowej, chce opowiedzieć inne historie, musi wykuć swoje własne symbole, motywy, hieroglify.

Bardzo dobrze widać to w antologiach solarpunkowych opowiadań (np. Sunvault, Solarpunk Winters, Solarpunk Summers, Rebuilding Tomorrow, Multispecies Cities), z których każda zebrała bardzo nierówne oceny od recenzentów, ponieważ jej twórcy i twórczynie byli wyraźnie bardziej zainteresowani eksperymentowaniem niż zdobyciem szerokiej publiczności. Wizje świata przyjaznego osobom z niepełnosprawnościami; odbudowywania starych ruin, współistnienia ze zwierzętami i ekosystemami każą nam postawić pytania: czy są to wizje przyszłości, których chcemy? Czy warto tych symboli, hieroglifów użyć jeszcze raz?

Podobnie jest z estetyką i warstwą wizualną solarpunka: organiczne, przyziemne art nouveau, panele słoneczne, turbiny wiatrowe, technologia dyskretna i „wystarczająca”, niebędąca w centrum uwagi, mnóstwo roślin – odpowiednich dla regionu – pokazują nam, że nawet zarzuciwszy ambicje pożarcia planety i wszystkich jej zasobów, możemy budować atrakcyjne, lepsze jutro.

Oczywiście łatwo tu o greenwashing i przejęcie narracji ekologicznej przez firmy, które za pomocą tej estetyki będą chciały sprzedać swoje produkty. Najlepsza dotąd animacja w duchu solarpunka – krótkometrażowa Dear Alice (2021) pokazująca przyszłość rolnictwa opartego na technologiach odżywalnych i szacunku do ludzkiej pracy – mimo niesamowitego piękna, spójności estetycznej i inspiracyjności jest ostatecznie reklamą amerykańskiego produktu. Anarchiści wiedzą już z doświadczenia, że kapitalizm przejmie i spróbuje nam sprzedać każdą krytykę samego siebie – i pokładają raczej nadzieję w na tyle mocnym powiązaniu symboli wizualnych ze znaczeniami solarpunka, by było to trudne.

 

Trauma i nadzieja

Jedną z najtrudniejszych przemian czekających naszą kulturę jest konieczność otwartego przyznania się do traumy, jaką będzie nadchodząca katastrofa klimatyczna. Załamanie ekosystemów, gospodarek, wielkie migracje, zniszczenie nieprzygotowanej infrastruktury i dotychczasowych systemów społecznych spowodują cierpienie, które dotknie każdego z osobna i wszystkich jednocześnie.

Współczesna popkultura przedstawia apokalipsę w sposób nihilistyczny (nic nie dało się zrobić) lub wręcz romantyczny (nareszcie jednostka wyrwana z okowów społeczeństwa staje się sprawcza). Widzimy to w kolejnych serialach o zombie, nawet zrealizowanych tak dobrze jak wspomniany już The Last of Us, skupiających się na przeżyciu indywidualnych bohaterów, nie społeczności – te są często tylko tłem fabularnym.

Solarpunk mocno przeciwstawia się tej perspektywie: jednym z jego najważniejszych założeń jest niewypieranie się tej traumy, lecz raczej przygotowanie się na nią i znalezienie nadziei i sprawczości w radzeniu sobie z nadchodzącymi przeciwnościami. Bohaterowie powieści tego gatunku – klasyfikowanego często jako postapokaliptyczny – nie są romantycznymi kowbojami, ale budowniczymi i częściami wspierających się społeczności, które nie muszą wcale popaść w chaos ani zmienić się w wojskową dyktaturę. Opowiadania solarpunkowe starają się dojrzeć piękno, nadzieję w miejscach nieoczekiwanych: obozach dla uchodźców, regionach dotkniętych klęskami żywiołowymi lub upadłych ekonomicznie, pokazując nam przykłady nowo tworzących się wspólnot, kreatywności i innowacyjności w radzeniu sobie z problemami. Czerpią one inspiracje z doświadczeń społeczności osób z niepełnosprawnościami, dyskryminowanych mniejszości i innych grup, których głos nie pojawia się często w dominującym nurcie kultury.

 

Tnąc niemożliwe na małe kawałki

Apel o świadome przyznanie się do nadchodzącego cierpienia może wydawać się nam proszeniem o niemożliwe, a to zadanie godne co najmniej noblisty. Nawet jednak gdyby sama Olga Tokarczuk stworzyła tak wybitne dzieło, małe są szanse, że trafiłoby ono do szerokiej publiczności – i było zrozumiałe dla osób chłonących kolejne dystopie bez żadnych starań, przez osmozę.

I tu jednak solarpunk ma coś do zaproponowania, ponieważ akcentuje wagę podziału pracy. Kiedy kilka lat temu zacząłem współpracować z grupą nauczycieli nad Konkursem Optymistycznej Fikcji Klimatycznej, zobaczyłem kłopoty, jakie pojawiają się przy tworzeniu solarpunkowych historii: młodzi pisarze rozpaczliwie potrzebują wyobrazić sobie lepsze jutro, nie mając do tego narzędzi. Permutują historie superbohaterskie, magiczne technologie, nie mogąc dotrzeć do tego, że kluczem jest tutaj porzucenie indywidualizmu, kultu geniusza milionera, a oparcie się właśnie na sile społeczności.

Razem z nauczycielami – a później także islandzkim pisarzem Tomasino – stworzyliśmy serię 22 „zahaczek”, zaczątków historii do rozwinięcia, z których każda proponuje uznanie traumy zbliżającej się katastrofy klimatycznej i przyjrzenie się, co możemy zrobić, by wspólnymi siłami zażegnać ból, dostrzec w tym rozwiązaniu piękno i nadzieję. Dziś dostępne są w formie pisanej po polsku jako zahaczki.solarpunk.pl, a także po angielsku jako podcast Solarpunk Prompts.

Zahaczki nie są rozwiązaniem problemu, ale krokiem ku niemu. Nie musimy opierać się wcale na wielkich jednostkach, możemy połączyć siły i małymi krokami stworzyć wizje większe od nas samych.

Aktywistka, zwięźle spisawszy swoje wspomnienia i obserwacje, może zostawić je młodemu pisarzowi, który splecie je w przystępną fabułę, a poszukujący inspiracji ilustrator domknie hieroglif szkicami postaci. Wymaga to tylko tego, by dzielili się swoją pracą otwarcie.

Tak działa crowdsourcing – to kolejne słowo, którego nie umiemy wyrazić w rodzimym języku; dał nam przecież jeden ze współczesnych cudów świata: Wikipedię, otwartą, darmową, ogólnodostępną encyklopedię, tworzoną przez miliony wolontariuszy z całego świata. Wielką Bibliotekę w kieszeni każdego z nas, o której marzył niegdyś Stanisław Lem. Owszem, niedoskonałą, pełną wewnętrznych tarć i debat, jednak dość dobrą, by zastąpić jej papierowe wersje.

I jednocześnie widzimy kolejną dziurę w naszym poznaniu: bo gdyby Wikipedia nie istniała dzisiaj, czy bylibyśmy w stanie ją sobie wyobrazić i zaproponować jako realistyczny projekt?

 

W poszukiwaniu utopii

Jedni artyści solarpunkowi oferują wprost utopie, wizje świata po przemianie, odżywalnego, zrównoważonego, pięknego, chcąc zainspirować i pokazać, do czego możemy dążyć – jak wspomniany Psalm… Becky Chambers. Dla niektórych jest to jednak wizja nudna i sterylna, nijak niemająca się do dzisiejszych problemów.

Jeszcze inni pisarze podejmują się zadania znacznie trudniejszego, wymagającego kompetencji w wielu dziedzinach: wyobrażenia sobie transformacji czekającej naszą planetę i nasze społeczeństwa, aby spowolnić, zatrzymać, a może też odwrócić katastrofę klimatyczną. Powieści tego typu są bardzo trudne do napisania i wydania, ponieważ mogą dość szybko się zdezaktualizować, co grozi wywołaniem uśmieszków politowania.

Solarpunk nie jest przecież pierwszym ruchem, który chciał pokazać, że możemy żyć odżywalnie, wspólnotowo, z nadzieją. Już w 1975 r. Ernest Callenbach napisał Ekotopię, w której Kalifornia oderwała się od Stanów Zjednoczonych, by wyrzec się samochodów, wielkich korporacji, zregenerować gleby, lasy, rzeki i ocean. Mimo piękna i rozmachu wizji widzimy dzisiaj jasno, jak źle zestarzały się tamte pomysły społeczne i propozycje autora – pojawia się wśród nich np. dobrowolna segregacja rasowa.

W nieco lepszej sytuacji jest Ursula Le Guin, duchowa patronka solarpunka, szczególnie ze swoimi wrażliwymi społecznie Wydziedziczonymi (1974) i Lewą ręką ciemności (1969). Osadzając akcję na innych planetach, oddzielając ją w przestrzeni i czasie (podobnie do Becky Chambers), autorka nie ryzykowała dezaktualizacji przepisu na rewolucję czy ewolucję społeczeństw. Mogła swobodnie przyglądać się problemom anarchokomunistów żyjących na księżycu kapitalistycznej planety albo na przykładzie zmieniających płeć na życzenie Getheńczyków eksplorować, na ile płeć jest zależna od kultury, a na ile wpisana w ludzką naturę.

Mimo istnienia wielu takich klasycznych tekstów pisarze i aktywiści solarpunkowi widzą duże zapotrzebowanie na opowieści proponujące rozwiązanie problemów obecnych. Jakkolwiek inspirująca byłaby Lewa ręka ciemności, nie napawa ona nadzieją na to, że ktoś urodzony na początku XXI w. doczeka odżywalnej cywilizacji. W większych powieściach solarpunkowych pisarze podchodzą do tego z innych stron.

Cory Doctorow, technolog i publicysta, książkę Walkaway z 2017 r. osadził w niedalekiej przyszłości, postanawiając opisać użycie otwartych technologii już dostępnych i powszechnych wśród hakerów świata. Jego narracja rozpostarta została między budującym alternatywy solarpunkiem a postcyberpunkiem, gdzie walka z systemem jest bezpośrednia, ale też możliwa do wygrania. Doctorow opisuje losy osób, które postanawiają po prostu, jak w tytule, odejść z kapitalizmu, zbudować własne osady, ale też uczyć się na błędach hipisów i podobnych ruchów z ostatnich dekad.

Z innej strony solarpunkową przyszłość opisuje Ruthanna Emrys w A Half-Built Garden (2022), pokazując świat po rewolucji zwróconej przeciwko państwom narodowym i korporacjom, gdzie dominującą formą organizacji są bioregiony położone wzdłuż działów wodnych, anarchistyczne organizacje eksplorujące nowe formy komunikacji i systemy podejmowania decyzji bez przemocy i wykluczania najsłabszych. Powieść ta zaczyna się od pierwszego kontaktu z cywilizacją obcych, dokonanego nie przez sekretne agencje czy NASA, ale matkę z niemowlęciem w chuście, próbującą naprawić sieć czujników wody w swojej społeczności.

Jeżeli chcemy bliżej przyjrzeć się traumie i nadziei, dobrze robi to L.X. Beckett w Gamechangerze (2019), w którym opisuje ewolucję społeczną po dekadzie wojen i konfliktów klimatycznych, kiedy społeczeństwa musiały zaadaptować się do nowych realiów, tworząc coś, co może być oceniane jak zarówno utopia, jak i dystopia: świat równy dla wszystkich, ale bez prywatności i własności prywatnej, gdzie kosztowne podróże międzykontynentalne zastąpione są spotkaniami w rzeczywistości wirtualnej.

Każda z wymienionych wyżej książek jest świetnym ćwiczeniem dla naszej wyobraźni: nie manifestem, nie jasną instrukcją ze wskazówkami, jak zmienić świat, lecz pytaniem, do jakiego świata chcemy dotrzeć. A pod tym pytaniem kryje się przekonanie, że jest to jak najbardziej możliwe.

 

Przyszłość małych ojczyzn

Kolejne gminy i małe miasta zastanawiają się, jakimi innowacjami możemy zatrzymać młodych. W końcu osoby kończące studia rzadko kiedy oglądają się za siebie, nie mają związku z miastami pochodzenia. Od dawna przestały czuć, że miały na nie jakikolwiek wpływ, nie mówiąc już o jakiejkolwiek narracji o ich przyszłości.

I tu solarpunk przynosi nam alternatywę, nie chcąc opowiadać o świecie ujednoliconym, zcentralizowanym, mówiącym wyłącznie po mandaryńsku czy po angielsku. Każdy bioregion, każda kultura będzie miała własne problemy i rozwiązania: Kenia nie będzie potrzebowała ocieplania budynków, Polska raczej nie powinna obawiać się trzęsień ziemi. Zamiast szukać czegoś, co zadziała wszędzie, i wpychać na siłę do gotowych rozwiązań, autorzy i aktywiści solarpunka namawiają, by otwarcie dzielić się tym, co działa, i współpracować, wypracowując własne propozycje.

Już w tej chwili eksperci z obozów dla uchodźców w Afryce Wschodniej czy Azji Południowo-Wschodniej odwiedzają Ukrainę i pomagają lokalnym władzom rozwiązywać problemy przesiedlonych mieszkańców, ofiar wojny, których traumy będą oddziaływać na kraj przez najbliższe dekady.

W międzyczasie safecasty, otwarte mierniki promieniowania tworzące interaktywną mapę skażenia regionu powstałe pierwotnie po katastrofie jądrowej w Fukushimie, mapują teren wokół Czarnobyla i osiedli mieszkalnych w całej Ukrainie. Są one w rękach lokalnych naukowców i aktywistów, a dokumentacja tego i wielu innych projektów tłumaczona jest na ukraiński przez wolontariuszy.

Tworząc sieć połączeń, otwarty dialog między prawdziwymi innowatorami i wolontariuszami z całego świata, a jednocześnie nie zatracając swojej tożsamości, regiony są w stanie pokazać mieszkańcom, że mają przyszłość właśnie tu, a nie w amerykańskim miasteczku z telewizora.

Kiedy w 2015 r. Nepal nawiedziła seria silnych trzęsień ziemi, służby ratunkowe szybko odkryły, że najbardziej szczegółowe, aktualne i łatwo dostępne mapy pochodzą z projektu OpenStreetMap, działającego na podobnej zasadzie co Wikipedia. Wiemy, że praca aktywistów uzupełniających pozornie nieistotne detale uratowała życie tysiącom osób.

Czy nasze małe ojczyzny nie mogłyby w podobnym duchu promować otwartych projektów na swoim terenie? Wycieczki szkolne wokół miasteczka z czujnikiem promieniowania, nanoszenie na mapę nowych ulic, a nawet robót drogowych, klub wikipedystyczny w domu kultury czy bibliotece dałyby mieszkańcom więcej kontekstu i poczucia przynależności niż kolejny pomnik przedwojennej postaci, której już nikt nie pamięta.

Niektóre regiony, jak Śląsk, od lat borykają się ze stworzeniem narracji dla swojej przyszłości, nie mogąc poradzić sobie z nieopisywalnością nadchodzącej traumy. Co stanie się, gdy zamkniemy kopalnie, kończąc polskie uzależnienie od węgla? Ile dziesiątek tysięcy miejsc pracy zniknie, ale też – co stanie się ze śląską tożsamością, np. ze ślunską godką?

Solarpunkową propozycją byłoby stworzenie prototypu, celowe wypowiedzenie kilku przyszłości, by zobaczyć, ku której chcemy dążyć, która jest dla nas możliwa. Może to być prototyp naiwny, niedopracowany – ważne, aby spróbować! Na jednych z zajęć z uczniami liceów zaproponowałem im napisanie historii na podstawie krótkiego wstępu: „Gdy na Śląsku zamknięto wszystkie kopalnie, wiele osób myślało, że region zupełnie straci swoją tożsamość. Nikt nie przewidział, że z początkowo tylko kilku kursów obsługi elektrowni wiatrowych Śląsk stworzy nową historię o sobie. Po kilkunastu latach Ślunska Godka stała się de facto oficjalnym językiem serwisantów wiatraków w Polsce, a Barbórka – europejskim Świętem Wiatru”.

Z ogromną chęcią przeczytałbym powieść – czy antologię – umiejscowioną w takim świecie, celowo rozciągającą naszą wyobraźnię, pokazującą trudności, traumy transformacji – ale i nadzieję na dumny Śląsk z nową tożsamością.

 

Narracje miliardów, nie miliarderów

Solarpunk nie jest jedyną narracją opowiadającą o możliwej przyszłości naszego świata, planety i cywilizacji, jednak jako jedna z nielicznych otwiera się na głosy różnych kultur, regionów, płci, mniejszości i grup społecznych.

Promowany przez niektórych miliarderów longtermizm (więcej o nim można przeczytać w nr. 812. „Znaku”) głosi podobną troskę o przyszłość naszej planety i przyszłych pokoleń, w kontekście dziesiątek, setek, tysięcy lat. Pod sztandarami racjonalizmu wykłada on, w jaki sposób powinniśmy inwestować, wydawać pieniądze, zarządzać zasobami, które projekty społeczne powinny zostać wygaszone; jakimi powinny zostać zastąpione. Wszystko pod okiem ekspertów zatrudnionych w think tankach finansowanych przez najbogatszych.

Odbywa się to jednak z reguły z dala od ludzi, którzy efekty tych programów będą odczuwać, mieszkających często na innych kontynentach, w państwach postkolonialnych, których realia, kultura umykają sterylnym zachodnim modelom. Widać to w książce The Trouble with Aid. Why Less Could Mean More for Africa, gdzie Jonathan Glennie pokazuje, jak przytłaczająca większość pomocy dla kontynentu – i sama jej struktura – utrzymuje tylko region w biedzie i uniemożliwia samostanowienie.

Longtermiści nie chcą bowiem zwykle radykalnych przemian społecznych, demokratyzacji i przyznania sprawczości najsłabszym – lecz jedynie utwierdzenia obecnego systemu społecznego i ekonomicznego.

Mimo to język „oświeconego panelu ekspertów” jest nam znacznie bliższy niż anarchistyczny chaos oddolnych ruchów – dlatego też znacznie łatwiej będzie nam uwierzyć w longtermizm, promowany przez znane nazwiska i przyjemne filmiki edukacyjne.

Różnicę między tymi podejściami wyraźnie było widać po katastrofie elektrowni atomowej w Fukushimie, gdzie skrupulatny i zorganizowany japoński rząd i współpracujące z nim firmy zapodziały gdzieś odczyty z mierników promieniowania w regionie, nieporadną ewakuacją narażając życie obywateli. Dopiero oddolna praca aktywistów w ramach wspomnianego wyżej projektu Safecast pozwoliła na stworzenie otwartej bazy danych i wytyczenie precyzyjnych granic niebezpiecznych terenów.

Mając wyobrażać sobie lepszą przyszłość, chciałbym widzieć ją złożoną z wielu głosów, nie tylko uproszczonych modeli – ludzką wizję solarpunka, nie algorytmicznego longtermizmu.

 

Nowe soczewki w okularach kultury

Jeżeli zaakceptujemy powagę nadchodzącej katastrofy klimatycznej i zamiast ją wypierać, wspólnie przepracujemy związane z nią traumy, będziemy w stanie zbudować na tym nie tylko język, kulturę, ale i świat będący rzeczywistą odpowiedzią na nasze potrzeby.

To, jakie historie będziemy sobie opowiadać: czy ich bohaterem będzie miliarder czy członek społeczności, grupy badawczej, kolektywu, bibliotekarz bądź wikipedysta, wpłynie na to, ile ze świata wokół nas dostrzeżemy, ilu prawdziwym historiom damy się zainspirować, z ilu z nich zaczerpniemy nadzieję, której bardzo potrzebujemy.

Solarpunk proponuje nam nowe soczewki, przez które możemy spojrzeć na rzeczywistość w wymiarze o wiele szerszym i bardziej wspólnotowym, pozwala zobaczyć coś więcej niż tylko globalny wyścig szczurów. Solarpunk to wszystkie małe akty dobroci, ciepła, solidarności, które na co dzień pomijamy. Nauczmy się o nich mówić.

Artykuł pojawił się w numerze: Wyobraź sobie