W jednym z esejów z tomu Into the Looking-Glass Wood Alberto Manguel wspomina swoje najważniejsze doświadczenie z dzieciństwa: gdy miał osiem lat, zabrał się za lekturę książki Lewisa Carolla i nagle wpadł razem z Alicją do króliczej nory. Zapewne wielu z nas ma za sobą podobną przygodę. Argentyński pisarz musiał jednak przeżyć wyjątkowo mocno ten cudowny upadek, bo większą część życia poświęcił eksploracji Krainy Czarów i terytoriów ościennych. A w roku 1980 postanowił usystematyzować topografię fikcyjnych światów i napisał The Dictionary of Imaginary Places.
To niezwykła książka: dzieło konceptualne i encyklopedia zarazem, owoc erudycji Manguela i efekt współpracy z Giannim Guadalupim, Grahamem Greenfieldem (ilustratorem) oraz Jamesem Cookiem (rysownikiem map). Polski przekład przygotowywała spora grupa tłumaczy i redaktorów, których właściwie nazwać wypadałoby współautorami. Zacznijmy od znaczącego detalu edytorskiego: otóż książka liczy sobie dokładnie 1001 stron. To zapewne aluzja do Baśni z 1001 nocy, mnie jednak nasuwa się skojarzenie z tajemniczym kompendium o identycznej objętości, zatytułowanym The First Encyclopaedia of Tlön, o którym opowiada bohater jednej z nowelek Jorge Luisa Borgesa. „Miałem teraz w ręku – powiada on – obszerny i metodyczny fragment całkowitej historii nieznanej planety, z jej budowlami i wojnami, z przerażeniem jej mitologii i zgiełkiem jej języków, z jej cesarzami i morzami, z jej minerałami, z jej ptakami i rybami, z jej algebrą i ogniem, z jej kontrowersjami teologicznymi i metafizycznymi”. Manguel (nota bene pełniący funkcję lektora Borgesa, gdy ten całkowicie oślepł) podjął się zadania podobnego: nie opisał co prawda nieznanej planety, ale postanowił usystematyzować wiedzę o istniejących już układach planetarnych, nieznanych astronomii, i o fikcyjnych krainach, które kartografia z reguły ignoruje (wyjątki od tej reguły skrupulatnie skatalogował Edward Brooke-Hitching w Atlasie lądów niebyłych).
Dzieło w toku
Wyobraźnia ludzka kreowała światy we wszystkich epokach i językach; to istna Biblioteka Babel. Świadomi tego, że tematu nie sposób wyczerpać, autorzy Słownika… ustalają – niekiedy mocno arbitralne – kryteria selekcji. Pomijają miejsca fikcyjne, które funkcjonują jako pseudonimy rzeczywistych okolic, jak Balbec Prousta czy Yoknapatawpha Faulknera, a jeżeli pojawia się np. wyspa Robinsona Crusoe, to dlatego, że zdążyła odkleić się od swojego pierwowzoru. Nie biorą pod uwagę fantazji przyszłościowych, milczą więc uparcie o uchroniach i dziełach science fiction. Czerpią głównie z literatury, choć niekiedy – podług własnego kaprysu – odsyłają do obrazów filmowych. Całą resztę natomiast pakują do encyklopedycznych haseł i układają wedle porządku alfabetycznego. W efekcie na kartach Słownika… królują różnica i kontrast: Hogwart spotyka się tu z Hygeią, czyli Miastem Zdrowia, Kraj Liliputów z Locus Solus Raymonda Roussela, Ziemiomorze Ursuli Le Guin z Zamkiem Kafki, a Dolina Muminków z Doliną Półmroku i Doliną Poniżenia. Czytelnik na własną rękę może ten bogaty materiał porządkować i klasyfikować. Może wyłapywać zbieżności – odkrywając np., że językami tonalnymi, w których o znaczeniu słowa decyduje mimika mówiącego, posługują się zarówno mieszkańcy Aleofane, jak i Ziemi Brodiego. Może też zestawiać i porównywać – stwierdzając chociażby, że podczas gdy na Egzopotamii słońce przecinają na zmianę pasma jasne i ciemne, to w arbuzowym kraju zwanym iZgon słońce każdego dnia ma inny kolor. W ten sposób sam aranżuje zadziwiające spotkania twórców różnych kultur czy epok (w tych przykładach Godfreya Swevena z Borgesem i Borisa Viana z Richardem Brautiganem).
Słownik… można też czytać dla czystej przyjemności. Hasła zredagowano w ten sposób, że z literackiej podstawy wyłuskane zostają czyste „fakty” dotyczące topografii i historii wyobrażonego miejsca, jego mieszkańców oraz ich kultury. Stylistycznie przypominają one XIX–wieczne bedekery – przewodniki dla obieżyświatów epoki przedturystycznej – co wielokrotnie daje znakomity efekt komiczny. Weźmy notę o Bergamutach. Zaczyna się od quasi-naukowej informacji: „Archipelag wysp słynący ze swojej tyleż bogatej, ile niespotykanej gdzie indziej fauny. Podobno zamieszkują je słonie o dwóch trąbach, kury znoszące złote jaja oraz obdarzone niezwykłą siłą mrówki – zdolne ponoć unieść osła”. Całość zamyka natomiast przestroga: „Należy jednak uprzedzić podróżnych, że na wyspy owe bardzo trudno trafić, gdyż w ogóle ich nie ma”.
Inna sprawa, skąd w tej książce wziął się słynny wierszyk Brzechwy. To kolejna cecha, która zbliża Słownik… do Encyklopedii Tlönu; podobnie jak widmowa książka opisana przez Borgesa, dzieło to nie ma kanonicznej postaci, do każdej edycji bowiem tłumacze dodają hasła z literatury swojego języka. O ile więc w oryginale odnajdziemy tylko jedno hasło polskie (Sanatorium pod Klepsydrą), o tyle w przekładzie natrafiłem na 15 tekstowych kapsułek z informacjami m.in. o Nipu Krasickiego, Hyrkanii Witkacego, Wyspie Królów Wata, Costaricanie Lema, Lailonii Kołakowskiego, Ściegach Tulli oraz Prawieku Tokarczuk. Warto pamiętać o tym, że niniejsza edycja to jedno z wielu wcieleń projektu, który stanowi swoiste dzieło w toku: wciąż się rozwija i rośnie, różnicuje i mutuje. W innych krajach czytelników zachęca się do przesyłania wydawcy własnych propozycji haseł – byłbym zachwycony, gdybyśmy również zyskali tego rodzaju możliwość. W świecie fikcji roi się bowiem od króliczych nor i innych tajemnych przejść, a niektóre z…