Nic nie przeraża bardziej niż potęga głupoty w ludziach mądrych.
Gerhart Hauptmann
Hans Pleschinski (ur. 1956) to niewątpliwie jedno z ważniejszych nazwisk we współczesnej prozie niemieckiej. Ma na koncie kilka powieści historycznych i psychologicznych, a kilka lat temu głośno było o podobnie jak Wiesenstein pomyślanej powieści Königsallee, poświęconej Tomaszowi Mannowi. Znany jest także jako tłumacz i wydawca (m.in. korespondencji Voltaire’a i Fryderyka II).
Łąkowy Kamień
Wiesenstein to opowieść o ostatnich miesiącach życia Gerharta Hauptmanna[1] (1862–1946), niemieckiego dramaturga i prozaika, laureata Nagrody Nobla z 1912 r. Dzięki światowej popularności Hauptmann był człowiekiem majętnym – Tomasz Mann dobrze wiedział, co robi, gdy jednej z bohaterek Czarodziejskiej góry kazał się „przejęzyczyć” i nazwać mynheera Peeperkorna – postać wzorowaną na Hauptmannie – „magnesem finansowym” (zamiast „magnatem finansowym”). Stać go było na wzniesienie dwóch bajkowych niemal rezydencji, jednej na wyspie Hiddensee, drugiej w okolicach dzisiejszej Jeleniej Góry, w Jagniątkowie. Ta druga to właśnie tytułowy Wiesenstein, czyli Łąkowy Kamień, willa zaprojektowana przez Hansa Grisebacha w stylu modnego wówczas historyzmu. Pisarz wprowadził się do niej w 1901 r. i spędził w niej niemal pół wieku. Tu też umarł 6 czerwca 1946 r. Wiesenstein był czymś więcej niż tylko miejscem zamieszkania: służył – zauważa biograf Hauptmanna Peter Sprengel – wystudiowanej „autoinscenizacji” pisarza, który w miarę jak stawał się znakomitością literacką, coraz bardziej pozował na Goethego XX w., poetę narodowego, sprawującego niepodzielną władzę w Królestwie Ducha.
Akcja powieści rozpoczyna się jednak w Dreźnie, tuż po straszliwym bombardowaniu miasta przez aliantów 13–14 lutego 1945 r. Hauptmann i kilka towarzyszących mu osób próbują przedostać się przez prąd uciekinierów ze wschodu na Dolny Śląsk do Jagniątkowa.
Wiesenstein opowiada o powojennych losach ważnego skrawka „Ziem Odzyskanych” z perspektywy zamieszkującej go wówczas ludności niemieckiej, która teraz sama przechodzi gehennę okupacji. Ludzie, którzy mieszkali na tych ziemiach od pokoleń, wyganiani są brutalnie ze swych domostw w nieznane, niektórzy giną brutalnie mordowani przez bezlitosnych zwycięzców. Trzeba wyraźnie odnotować, że Pleschinski mocno podkreśla kontekst historyczny: „Jest rzeczą najwyższej wagi, nie tylko w mojej powieści – mówi w rozmowie z lektorem wydawnictwa C.H. Beck Martinem Hielscherem – by wciąż wskazywać na fakt, że ta piękna, bogata kraina, Karkonosze, której ludowym poetą był Gerhart Hauptmann, polska stała się nie z polskiej winy. Ów koniec Śląska, Pomorza, Prus Wschodnich rozpoczął się wraz z przejęciem władzy przez Hitlera w 1933 r. To, co nastąpiło potem, było rachunkiem za zbrodnie niemieckie. Długi się płaci i płaci się za winy”.
Nie wszyscy są tego świadomi; właścicielka kawiarni w Cieplicach nie traci nadziei: „Będę przyjazna i gościnna. Nie popełniłam żadnej zbrodni. Cóż, głosowało się raz czy drugi, no, jak wypadało Niemcom, no tak” (s. 199). Okazuje się, że odpowiedzialność historyczna wcale nie jest niczym abstrakcyjnym ani nie ciąży wyłącznie na mężach stanu.
Czy Goethe by wyemigrował?
Ważniejsze wydaje się jednak inne pytanie postawione przez Pleschinskiego: co sprawia, że intelektualiści skłonni są niekiedy poprzeć rządy autorytarne? Przypadkowi Hauptmanna warto się przyjrzeć, bo choć opiera się próbom najprostszego wyjaśnienia, to przecież jest na swój sposób wręcz typowy – mynheer Peeperkorn nie był zdaniem Tomasza Manna „człowiekiem zdolnym do wywoływania logicznych zaburzeń”[2]. Ale właśnie ta typowość nadaje mu wymiar uniwersalny.
Do reżimów autorytarnych chętnie kleją się, jak wiadomo, początkujący i podrzędni literaci, słusznie podejrzewając, że na Parnas, przynajmniej ten lokalny, może ich wprowadzić jedynie przychylność zarządzających nim władców. Te reżimy z kolei, choć zwykle za jajogłowymi nie przepadają, to przecież ich potrzebują, choćby po to, by mieć kogo pokazać światu na dowód rozkwitu kultury pod nowymi rządami. Mają też fundusz, by móc ich sobie kupić. Ale Hauptmann nie był debiutantem. Był laureatem Nagrody Nobla, najbardziej chyba znanym w świecie pisarzem niemieckojęzycznym. Cóż mógł mu jeszcze zaoferować dr Goebbels?
Co ciekawe, sami naziści wcale nie zabiegali o jego życzliwość zbyt energicznie. Można mieć nawet wrażenie, że autora Tkaczy traktowali z pewną nieufnością. Ciągnęła się za nim wciąż jeszcze aura lewicującego skandalisty, „Goethego związków zawodowych”, jak go nazwał sam minister propagandy, na dodatek przyjaźniącego się dość ostentacyjnie z intelektualistami i wydawcami pochodzenia żydowskiego. Oczywiście nowi władcy ani myśleli poddawać go jakimkolwiek szykanom – Goebbels dozwalał, by jego twórczość „tolerować”, jednak wcale nie zalecał, by ją „wspierać”. To raczej Hauptmann wykazał tu więcej inicjatywy. Bo czy ktoś oczekiwał odeń, że już w kwietniu 1933 r. nakaże, by przed jego willą na Hiddensee zawisła trzymetrowa flaga ze swastyką?
Zastanawiająca jest przy tym nieodporność pisarza na specyficzny urok nowego kanclerza Rzeszy. W czerwcu 1933 r. oddaje się lekturze „biblii Hitlera”, jak nazywa Mein Kampf, książki „w rzeczy samej o wielkim znaczeniu”. Zachował się jej egzemplarz z odręcznymi uwagami Hauptmanna, a Pleschinski z uwagą im się przygląda. Odnotowuje krytyczne dopiski czytelnika, jak choćby wymowne „a dziś?” przy wywodach autora, poświęconych rzekomemu „tłumieniu wolności” obywatelskich w Republice Weimarskiej. Do myślenia daje jednak podkreślenie zdania, że w każdym „takim wrzodzie” „niczym robaka w gnijącym ciele” można było znaleźć „Żydka” (s. 180 n.). Czyżby odlegle wspomnienie jakiejś nie dość życzliwej recenzji, opublikowanej przez któregoś z krytyków żydowskiego pochodzenia? Antysemityzmu w klasycznym, rasowym, sensie nie sposób jednak zarzucić komuś, kto już w latach 80. XIX w. wyrażał pogląd, że „zmieszanie z Żydami może być dla Niemców pożytecznym odświeżeniem krwi”, a w III Rzeszy napisze – choć, rzecz jasna, tylko do szuflady – jawnie przyjazną Żydom sztukę Ciemności.
Hauptmann jest autentycznie zafascynowany Führerem. W maju 1933 r. notuje z zachwytem: „Mowy wygłoszonej wczoraj przez (…) Kanclerza Rzeszy będzie się słuchać jeszcze za kilkaset lat”. A w listopadzie 1941 r. (!) zapisuje: „On [Hitler] jest, jak daleko sięga ludzka pamięć, największym wydarzeniem politycznym Niemiec”. Wcześniej, w czerwcu 1940 r., pisze zaś o „światowej rangi geniuszu Adolfa Hitlera”
„Przewodnicy”, „wodzowie”, „conducatorzy”, samozwańczy „naczelnicy” to zwykle „mali ludzie do wielkich interesów”, o ograniczonych umysłach i ciasnych horyzontach. W gruncie rzeczy głupcy, ale głupcy tego szczególnego gatunku, który Arthur Conan Doyle uznawał za najbardziej niebezpieczny: „głupcy sprytni”. Posiadający jeden szczególny dar – wyzwalania w ludziach ich najgorszych, ukrytych energii. I to ta zła energia, niczym brudna piana, wynosi ich do władzy. Co więcej, to zwykle postacie, gdy przyjrzeć im się bliżej, raczej rodem z burleski, w najlepszym razie z operetki, nie z tragedii Szekspirowskiej. A mimo to właśnie intelektualiści skłonni są dostrzec w nich herosów i mężów opatrznościowych. Gdy 15 listopada 1933 r. w Filharmonii Berlińskiej Hitler „zaszczyca” noblistę uściskiem dłoni, Margarete Hauptmann notuje skwapliwie pierwsze wrażenie męża. „Osobliwe i piękne oko”.
W zachwyt wprawia Hauptmanna także włoski duce, który udziela pisarzowi audiencji w kwietniu 1929 r. „Mussolini zaprowadził porządek – notuje Hauptmann. – (…) Przypisałbym mu najwyższej miary kwalifikacje wodzowskie. (…) Kocham grecką młodzieńczość Mussoliniego. (…) Zastosowałbym jego metodę, po pewnych modyfikacjach, do Niemiec”.
Jak to możliwe, że koryfeusze literatury i filozofii dają się – na równi z „ciemnym ludem” – zaczarować takim indywiduom? Że noblista w żałosnym pozerze, tak wiernie odegranym przez Chaplina w Dyktatorze, dostrzega „światowej rangi geniusza”, a Heidegger „nadzwyczajny i pewny instynkt polityczny”? Czy to kompleks intelektualistów, świadomych swej bezsilności, wobec ludzi czynu? Hauptmann zdradza skądinąd niejaką słabość do samorodnych „apostołów” czy „szaleńców bożych”, odkrywających w sobie – jak bohater jednej z jego powieści Emanuel Quint – powołanie „Mesjasza”.
Ta niezdrowa fascynacja „geniuszami politycznymi” nie jest wśród intelektualistów regułą.
Tomasz Mann, wielki rywal Hauptmanna, w sławnym Bracie Hitlerze bardzo wnikliwie i wedle trafnych miar zdiagnozował „demoniczny” fenomen Hitlera, nazywając go „niewydarzonym, wielokrotnie zawiedzionym beztalenciem”, „leniwym, niezdatnym do żadnej pracy”, „facetem, któremu nic się nie udawało”.
Tu zdaje się przebiegać dość klasyczna granica, a Pleschinski wyznacza bardzo precyzyjnie jej przebieg między obu pisarzami, „między reprezentantem czynnego humanizmu” Tomaszem Mannem „a (…) mistykiem”, czyli Gerhartem Hauptmannem, który lubił ponoć „medytować” w nabytym kiedyś we Włoszech habicie franciszkańskim i kazał się w nim pochować: „Z jednej strony opowieści, mające wieść ku światłu, z drugiej, rozmyślania o praprzyczynach i celu bytu” (s. 499–500). A od takich rozmyślań już niedaleko do nacjonalistycznego mistycyzmu „wspólnoty” czy „krwi i ziemi”: podczas gdy Tomasz Mann bez ogródek mówił przez ocean „słuchaczom niemieckim”, co myśli o swoich oszalałych rodakach, Hauptmann gotów był, jak pisał, „na dobre i złe utożsamić się z[e swoim] narodem”. Może to właśnie te mistyczne ciągoty sprawiły, że Hauptmann z taką łatwością przejmował argumentację nacjonalistycznej propagandy. „Nasze działanie, świadome czy nieświadome, dokonuje się dla ojczyzny”, zapisuje na początku września 1939 r., a 7. dnia tego samego miesiąca…