Subskrybuj
Dr, literaturoznawczyni i kulturoznawczyni, pracuje na Wydziale Polonistyki UJ, zajmuje się badaniem najnowszej kultury polskiej w perspektywie pamięci, przeszłości i polityki.

Znośna i nieznośna

<i>Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć</i> Mirosława Tryczyka oraz <i>Płuczki</i>. Poszukiwacze żydowskiego złota Pawła Piotra Reszki podejmują pracę nad trudną – najtrudniejszą – polską pamięcią. Wspólny jest ogólny kierunek tej pracy: konfrontacja wspólnoty z niechcianymi, odrzucanymi faktami, jak również niektóre sposoby przeprowadzania tej konfrontacji.

Teksty składające się na Drzazgę Mirosława Try­czyka krążą (podobnie jak jego wcześniejsza praca badawcza) wokół pogromów, w jakich w czasie wojny ginęli z rąk swoich sąsiadów żydowscy Podla­sianie. Temat Płuczek to bulwer­sująca, wręcz niewiarygodna, lecz trwająca latami powojenna prak­tyka: przekopywanie terenów byłych obozów zagłady w Bełżcu i Sobi­borze w poszukiwaniu kosztowności w szczątkach ciał. W pierwszym wypadku chodzi więc o przemoc i śmierć, których sprawcami byli Polacy, przejmujący potem majątki ofiar i latami utrzymujący zmowę milczenia. W drugim – o potrak­towanie miejsca ludobójstwa i ciał zabitych jako materialnego zasobu, z którego można czerpać korzyści. Oba przypadki oświetlają się, ujaw­niając nieznośną prawdę. Skoro coś takiego było możliwe, oznacza to, że żydowscy Polacy, obywatele tego samego przedwojennego państwa i przed­stawiciele tego samego ludzkiego gatunku, zostali radykalnie wyrzuceni poza obręb wspólnoty. Ich życie nie było postrzegane jako wartość, śmierć jako ciężar, ich ciała nie były ciałami ludzkimi, lecz substancją w rodzaju ziemi czy odpadków.

Trudność pamięci
Na czym polega trudność „trudnej pamięci”, skąd się bierze? Nie chodzi tu tylko o proste zatajanie winy, którą dałoby się ujawnić jednora­zowym, przełomowym aktem. Jedna z możliwych odpowiedzi, jaką suflują pamięcioznawcy, wykorzystuje pojęcie bezpieczeństwa mnemonicznego. Zarówno jako pamiętające jednostki, jak i – tym bardziej – jako wspólnoty mamy skłonność do przywiązywania się do pewnego obrazu naszej prze­szłości jako bezpiecznego oraz obiecującego nam poczucie kontroli nad rzeczywistością. Wzmacniamy więc pożądaną wizję przeszłości, a to, co z nią koliduje, budzi odruchowy opór.

Tymczasem jednak im dalej idą usiłowania takiego zabezpieczania się, im bardziej staramy się stabilizować naszą pamięć wokół konkretnego obrazu przeszłości i im mocniejsze środki do tego zaprzęgamy, tym bardziej prowadzi to, paradoksalnie, do utraty stabilności i zwiększenia poczucia zagrożenia. Przykładem takiej sytuacji jest znana sprawa międzynarodowego skandalu zapoczątkowanego w 2018 r. zmianą Ustawy o IPN, ustanawiającą sankcje karne za przypisywanie polskiemu państwu i narodowi współodpo­wiedzialności za zbrodnie wojenne; działanie, którego celem miało być utrwalenie pozytywnego wizerunku Polski i Polaków, wywołało zgoła przeciwne skutki, ukazując Polskę jako kraj odmawiający głosu ofiarom traum historycznych, ukrywający coś ze swojej przeszłości.

Systemy obronne
Obie książki kierują naszą uwagę nie tylko na fakty, ale i na „systemy obronne” (tytuł jednego z roz­działów Drzazgi), niedopuszcza­jące do artykulacji tych faktów w ramach pamięci – i zbiorowej, i indywidualnej. Tryczyk opi­suje wręcz instytucjonalizację oporu wobec pamięci o pogromie w Jedwabnem: powołanie Komitetu Obrony Dobrego Imienia Miasta pokazuje, jak w „działania obronne” wpisują się władza państwowa, Kościół i samorząd. W obu pozy­cjach najciekawsze – i najbardziej obezwładniające – były dla mnie jednak zapisy rozmów pozwalające obserwować, jak system ten nadaje ramy pamięci konkretnym ludziom.

W wypowiedziach mieszkańców podlaskich miejscowości oraz wsi otaczających obozy powtarzają się te same wyrażenia, argumenty, myślowe przeskoki i skojarzenia mające unieważniać trudną prze­szłość, pozwolić poczuć się z własnym sumieniem dobrze – choć nie zawsze się to udaje.

Duża część tekstu Reszki jest zorganizowana przez zestawianie fragmentów wypowiedzi miesz­kańców, co pozwala skupić na nich całą uwagę. W zakończeniu części dotyczącej okolic Bełżca przeplatają się głosy dwóch osób. „Urzędnik” pod wpływem rozmowy z reporterem domyśla się przeszłości swojego wujka, którym, jak się orientujemy, jest drugi bohater tekstu, kopacz. Przez ich wypowiedzi przebija nerwowość, ewidentna świadomość, że coś jest nie tak, która jednak nie będzie wprost wypowiedziana. Urzędnik, bardziej skory do potępienia, póki chodzi o obcych ludzi, znajduje mnóstwo powodów, by się od niego wymówić w przypadku krewnego, „porządnego człowieka” (s. 116). Zestawienie tej oceny z wypowiedziami samego kopacza buduje ironię: ten – w ostatnich słowach reportażu – zamyśla się nad możliwością powrotu do kopania: „podobno (…) w lesie pod drzewami wciąż złoto można znaleźć. Jakby tak pochodzić” (s. 117).

Świadkowie
W obu książkach pojawiają się również informatorzy-świadkowie, którzy, wydawałoby się, szukają możliwości etycznego odniesienia się do sprawy, chcą ocalić twarz nie przez zaprzeczanie przeszłości, ale przez zajęcie „właściwego” stanowiska wobec zbrodni. Często próby te okazują się jednak nieporadne, grzęzną w trudnościach. W kulminacyjnych momentach „system obronny” uaktywnia się ze zdwojoną siłą i ludzie, którzy wcześniej starali się zachować przyzwoicie, wybuchają: zaczynają relatywizować zbrodnie, usprawiedliwiać sprawców, obwiniać ofiary, szukać „bardziej winnych”, na których można by przekierować uwagę. W desperacji przekreślają to, co powiedzieli przedtem, sięgając czasem również po antysemickie klisze.

Przejmujący przykład przynosi Drzazga: Tryczyk opisuje swoje spo­tkanie z przeszło 80-letnim Janem Skrodzkim, który gościnnie go przyjmuje i składa wyczerpujące świadectwo o pogromie w Radziłowie, potwier­dzając, że jego ojciec Zygmunt był wśród sprawców, zgwałcił i zamordował żydowską nastolatkę. A jednak po chwili podejmuje rozpaczliwą, niespójną próbę omówienia winy ojca w taki sposób, żeby ją jakoś złagodzić.

Trudna przeszłość wydaje się nieznośna. Jeśli mamy się z nią skon­frontować, musimy ją jednak jakoś znieść; jednocześnie jeśli staramy się uczynić tę pamięć znośną, pojawia się ryzyko, że zaczynamy nią manipu­lować, ułatwiać sobie tę konfrontację, wmontowując w nią mimochodem „bezpieczniki mnemoniczne”. Żeby dało się o niej pisać i czytać, trudna pamięć musi być przynajmniej minimalnie możliwa do zniesienia; żeby to pisanie i czytanie miało sens, musi pozostać nieznośna. Nie da się wyjść z takiej sytuacji, trzeba ją rozwiązywać wciąż od nowa. Podjęcie próby przełamania tabu może mieć różne skutki; najbardziej przygnębiający wydaje się omawiany w Drzazdze wariant jedwabieński, gdy po ujawnieniu i nagłośnieniu zbrodni nazwa miasta stała się ogólnopolskim symbolem winy (być może odwracając uwagę od powszechności zjawiska), a lokalnie trudna pamięć została kompletnie zablokowana. Czy można było tego jakoś uniknąć? Rozmówca Tryczyka Adam Socha zastanawia się: „Proszę się postawić w takiej sytuacji, w jakiej oni [jedwabnianie] się znaleźli po 2000 roku. (…) Że tam zamieszkał jakiś szczególny, zdegenerowany gatunek ludzki. To jest nie do wytrzymania. Oni potrzebowali pomocy psychologów, kapłanów. (…) Teraz (…) kłamią. Czepiają się wszystkiego, (…) co może dać im alibi” (s. 252–253). Praca…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Duchowość 2.0