Zacznę od końca. Ab ovo, czyli od jajek, bo właśnie jajka – kinder niespodzianki objedzone z czekolady – znajduje córka w szufladzie przy łóżku matki dwa i pół roku po jej śmierci. W tej ostatniej scenie Bezmatku Miry Marcinów zostały „upakowane” – jak zabawki w plastikowym żółtku – wszystkie najważniejsze sensy książki. Dziesiątki jajek obrazują dziecinny apetyt matki na życie oraz zaspokajanie go „po swojemu” (logiczniej byłoby kupować samą czekoladę, skoro nawet nie rozpakowywała zabawek). Sytuacja zdradza też potransformacyjną biedę rodziny (na takie luksusy kobietę stać było tylko przez trzy miesiące, zanim jej firma nie splajtowała) i problem alkoholowy (ojczym kupował dziewczynce kinder jajko zawsze wtedy, gdy sam przynosił wódkę, a i matka – duże dziecko swojej córki – z piciem sobie nie radziła). Puenta książki jest zresztą pozornym końcem – mimo upływu czasu ból po matce nie zelżał, choć „zdrowa żałoba” według wskazań psychologów powinna trwać nie dłużej niż dwa tygodnie. Wciąż też między kobietami (żywą i martwą, a więc w polu pamięci) trwa cicha rywalizacja, odwieczna jak zagadka, co było pierwsze: jajko czy kura („A na koniec powiedziała »jajko«”).
Bezmatek z matką
Mira Marcinów jest znana jako autorka książek naukowych, w których naszkicowała archeologię psychopatologii w Polsce, m.in. Historii polskiego szaleństwa z 2017 r. i Niezabliźnionej rany Narcyza (dyptyk o polskiej psychoanalizie napisany wraz z Bartłomiejem Dobraczyńskim, 2018). W Bezmatku autorka rezygnuje z naukowości i daje nam ekstremalnie osobisty zapis doświadczenia przedłużonej żałoby (zapis autobiograficzny, choć, jak wyznaje Marcinów w wywiadzie dla „Dwutygodnika”, niekoniecznie w skali „jeden do jednego”).
Książka nie koncentruje się jednak tylko na opłakiwaniu zmarłej matki; przeciwnie – źródło żałoby, czyli przeżywania braku drugiej osoby, wybija już w dzieciństwie, kiedy obie bohaterki są pełne życia i bliskie sobie „na odległość rzęs”, a zarazem rozdziela je chłodny dystans narzucany przez matkę. W pierwszej części książki widzimy, jak córka jest poddawana treningowi bezmateczności: znosi znikanie matki w ciągach alkoholowych i przelotnych romansach [„Od kiedy pamiętam, bałam się, że umrze. (…) Gdy nie wracała przez kilka dni, jej siostra mówiła, że pewnie moja mama leży gdzieś pod śniegiem. Pijana. Bez majtek. Zaśnie. Zamarz nie”]; zdobywa szlify w opiece nad rodzicielką (poruszająca scena, gdy pijana mama zabiera dziewczynki na sanki w środku nocy i łamie rękę, ale na wizytę w szpitalu trzeba czekać do rana, aż wytrzeźwieje); wreszcie uczy się, jak być szczupłą, zadbaną i niezależną od nikogo, zależność bowiem „to najohydniejsze, co może spotkać kobietę”. Matka udziela córce lekcji osobistej wolności w okrutny (albo po prostu szczery) sposób – kiedy uświadamia ją, że najbardziej w życiu wstydzi się własnej kuchni, zębów i tego, że „przerwała studia, a nie ciążę”. Moment, w którym dziecko dowiaduje się, że wtrąciło ukochaną osobę w ohydę zależności, i kiedy samo siebie zaczyna postrzegać jako jej „błędną decyzję” – to zarazem chwila, kiedy w pełnię życia wdziera się żałoba, zaczyna się rozciągnięty na lata bezmatek.
Tytułowe słowo książki Mira Marcinów zaczerpnęła z forum pszczelarskiego[1]. Bezmatek oznacza rodzinę pszczół pozbawioną królowej.
Doświadczeni bartnicy potrafią rozpoznać bezmateczność po odgłosach i zachowaniu owadów. Są to m.in. jednostajne buczenie, niespokojne unoszenie odwłoków, „wypryskiwanie z ula”, „buszowanie po wylotku”, bezcelowe kołowanie albo niewyruszanie „na pożytek”. Nie wiemy, w którym momencie powstawania książki pojawił się tytuł (a zatem w jakim stopniu wpłynął na konstrukcję samej opowieści), ale pewne jest, że trafniejszego autorka nie mogła sobie wymarzyć. O językowej namiętności Marcinów – jej wsłuchiwaniu się w „bzyczenie” polszczyzny – świadczą już wcześniejsze publikacje naukowe, w dużej części poświęcone XIX-wiecznemu słownictwu psychiatrycznemu, jednak dopiero pierwsza stricte literacka książka autorki pozwala w pełni docenić jej lingwistyczny talent. O ile jednak tytuł bierze się z zachwytu słowem, o tyle główna narracja rodzi się tam, gdzie język zawodzi, wybrakowuje się: w okresie choroby matki, w chwili jej śmierci i w czasie żałoby po niej.
Bezmatek przy matceJeszcze w odniesieniu do czasu sprzed choroby narratorka stwierdza: „Matka lubiła być moją heroiną”. Uderza dwuznaczność słowa „heroina” – matka jawi się jako główna bohaterka córczynego dramatu, a zarazem jako narkotyk (niezwykle uzależniający, a pamiętajmy, co ona sama mówiła o niezależności!). Pierwsza część książki to ciąg matczynych portretów malowanych przez córkę zarazem z zachwytem i rozczarowaniem. Widzimy matkę szaleńczo beztroską (choć bojącą się obłędu), wirującą w tańcu na kacu przy dźwiękach disco polo, a jednocześnie rozprawiającą o Dostojewskim; malarkę, która z twardą dyscypliną wypracowuje swój piękny wygląd i wizerunek artystki (nawet jeśli jedynym artystycznym zajęciem było szycie torebek na sprzedaż). Ale nie umyka nam też inny obraz: zaharowującej się kobiety, która odpracowuje plajtę swojej firmy na robotach w Reichu i wraca stamtąd poturbowana; która kupuje u rzeźnika resztki niby dla psa, a tak naprawdę na zupę dla rodziny; która piecze dla córki ciastka ze skradzionych jabłek, choć głęboko gardzi „uległymi matkami” zajmującymi się wypiekaniem słodkości. W każdym z tych córczynych szkiców widać matkę jako królową i robotnicę zarazem, uwikłaną w przygodne relacje z trutniami, być może winną rozbiciu rodziny, ale jednocześnie spajającą matrylinearny rój niezwykle silnym, uzależniającym, „heroinicznym” feromonem. Na te wszystkie portrety „sprzed choroby” zaczynają się nakładać – w drugiej części książki – inne obrazy. Pierwszy z nich to matka gwałtownie chudnąca – objaw, który obie z córką bagatelizują, bo przecież zostały kulturowo wytresowane w…